poniedziałek, 4 września 2017

Wrócę listopadem

Witajcie.
Dziś bez zbędnych metafor.
Dziękuję każdemu z Was za życzenia powodzenia i dobre słowo w kierunku mojego eksperymentu walki z lękami. To wiele dla mnie znaczy. Możecie wierzyć albo i nie, ale budzę się i pokonuję kolejne wzniesienia myśląc o Was. Może to dziwne, ale tak właśnie jest. Taka świadomość, że ktoś tam gdzieś jest i życzy dobrze, to ogromna siła.

Wrócę do Was i wrócę tu w listopadzie z końcem eksperymentu. Teraz każdą chwilę poświęcam właśnie na niego. Dzieją się niekiedy cuda i rzeczy niewyobrażalne dla mnie samej. Czuję jak moje życie naprowadza się na właściwy kierunek a czyny i ich konsekwencje dokładnie o tym świadczą.

Weszłam w to wszystko na 200%, nawet nie wyobrażałam sobie, że tak to się potoczy. Te pierwsze pokonywanie rzeczki, czy odwaga wyjścia na bieżnię aby pobiegać zaczęły przeradzać się w rzeczy wielkie. Aż szybkość zmian jakie dzieją się obecnie w moim życiu - w jakichś momentach napawa lękiem - co prawda pozytywnym - ale zarazem też takim nowym, takim z którym przekracza się granice nowego i w duszy czuć drżenie serca na myśl co kryje się za następnym zakrętem.

Nie umiem nawet opisywać tego co obecnie doświadczam. Za wiele tego, za intensywnie, za osobiście wręcz.

Ale wrócę. Podzielę się z Wami tym, co udało mi się osiągnąć przez te założone 118 dni. Patrząc na ogrom spraw które chcę zmienić, możliwe, że nie uda mi się zamknąć w czasie jaki sobie dałam, ale z drugiej strony patrząc już w tej chwili na to co osiągnęłam do tej pory, jestem przekonana, że o ile nie zwolnię czy nie wystraszę się Nowego, będę daleko od miejsca w którym zaczynałam.

Wierzę, że zostaniecie w mojej życiowej przestrzeni i wybaczycie mi moją nieobecność u Was. Ale jak to wielokrotnie wielu z Was pisało w komentarz: życie to wybory, niekiedy trudne ale umiejętność stawiania priorytetów i utrzymywania ich jest kluczem do sukcesu. W tym momencie mojego osobiste wyzwanie i życie stawiam ponad Was, jednak sercem jestem z Wami.

Do zobaczenia.
Miejsce się cudownie przez te najbliższe dwa miesiące.
Pozdrawiam Każdego z Was:
Renata.


 To efekt pokonania jednego z najtrudniejszych jak się okazało lęków..
Było trudno - ale było warto!

środa, 26 lipca 2017

LĘK JAK SUPEŁ

DZIEŃ 10 (26.07.2017) ŚRODA.

Niewiarygodny czas. 

To już 10 dzień. A jakby wczoraj wszystko się zaczęło. Czuję jakbym nagle przeniosła się do innego miejsca, innej przestrzeni, jakbym była poza domem, gdzie życie obfituje w przygody, doznania, jakich na co dzień będąc w domu  nie zazna się. A potem sobie uświadamiam, że przecież jestem tak naprawdę w domu a pewna rutyna mi nadal towarzyszy: zaprowadzić do przedszkola dziecko, sprzątnąć, ugotować, zrobić zakupy, odebrać dziecko, poczytać książkę, wypić kawę… I chyba tak wyglądał mój dzień przed eksperymentem. Moje życie. Tylko rutyna i wypełnianie dnia obowiązkami, które są przypisane do dorosłości i macierzyństwa. 

Cała filozofia i struktura moich myśli i wyuczonych zachowań okazała się być nie tyle skomplikowana ale mocno ze sobą powiązana, wręcz ściśnięta. Jedno zachowanie, ciągnęło drugie i robił się supeł, nie do rozwiązania. Tak przynajmniej mi się wydawało, że to się nie zmieni, bo samo przecież się nie zmienia. I możliwe, że tkwiłabym tak do śmierci, gdybym nie spróbowała rozwiązać tego i kolejnego supła ręcznie. Gdybym nie odważyła się za przykładem pilotów przejść nagle z trybu automatycznego pilotażu do ręcznego, gdzie w dużej mierze, wszystko zależy od moich umiejętności, odwagi, opanowania i dyscypliny.


99% lęków z którymi walczę, które się ujawniły na wypisanej liście łącznie 146 pozycji a każdego dnia wychodzą na jaw nowe – to lęki zapożyczone, głównie od mojej Mamy, ale też od nauczycieli, krewnych czy ludzi, którzy w dzieciństwie mnie otaczali. 

Po 10 dniach, mogę nawet odważyć się je podzielić: na te, które były ZAKAZEM i złamanie ich, czy przeciwstawienie się im było jak  wyrok śmierci dla psychiki dziecka, bo niedopowiedziane: „Pamiętaj, jeśli to zrobisz, to zobaczysz co się czeka…” – stało się przepaścią, do której mając te kilka lat, bało się podejść aby nie zginąć.

Ale są też lęki, które wynikają z presji, głównie szkoły, rówieśników: sport, moda, imprezy... Wychowując się w biedzie o większości tego co robili inni można było tylko marzyć, więc uciekało się w kamuflaż bycia fajnym, lubianym, nawet śmiesznym aby tylko nikt nie spojrzał za mnie i nie dostrzegł tego co skrywa mój dom, rygorystyczne wychowanie czy rów w którym bało się, że akurat będzie leżał mój ojciec, wtedy zapity wręcz do nieprzytomności.

Są też takie lęki, które były kumulacją wszystkiego a balansowały na granicy życia i śmierci w najlepszym razie uszkodzeniu ciała. To ogromna i wewnętrzna siła do bycia kochanym a przez to udowadnianie, że jest się tego wartym. Jeśli nie działało to na Najbliższych, biegło się do znajomych, szkolnego środowiska czy nawet obcych ludzi. Udowadnianie - to nawet nie wychodzenie ze strefy komfortu ale wchodzenie bez odpowiedniego przygotowania czy sprzętu na pękający lód po to tylko, aby inni zobaczyli we mnie, kogoś lub coś,  co sprawi, że mnie zaakceptują, albo przynajmniej zauważą i wezmą pod uwagę moją determinację. Stawiało się wtedy wszystko na jedną szalę: karę, która czeka po powrocie do domu, opinię i bycie lubianym wśród znajomych ale przede wszystkim własne życie.

I te ostatnie są najtrudniejsze do opanowania, bo są najcięższe. Jest w nich tyle chaosu, zagubienia, tyle ludzkich twarzy, tyle wypowiedzianych słów i tyle przyjętych uwag, obelg, wyśmiania, niekiedy pochwały, która mieszała się w tym wszystkim w wielkiej maszynie dorastania i kształtowania masy, własnej tożsamości i pewności siebie. 

Przez te ostatnie najtrudniej się przebić. Zrozumieć je. Bo lęki trzeba zrozumieć, odnaleźć dwa zwisające kawałki sznurków, za pomocą których można cały supeł rozwiązać. Niestety te ostatnie są zazwyczaj zasupłane gdzieś pośrodku i aby do nich dotrzeć, trzeba najpierw rozwiązać te, które są przed nimi, z jednej i z drugiej strony. 
Tylko, że te pośrodku ściskają najmocniej życie, często nie dostarczając odpowiedniej ilości tlenu i blokują życie  po całości.

Aby to zrozumieć wystarczy zawiązać kilkakrotnie z całych sił supeł w jednym miejscu, przed nim i za nim zawiązując jeszcze kilka innych, potem zanurzyć to w wodzie i dłońmi z przyciętymi po samej skórze paznokciami spróbować go rozwiązać. Niektórzy już po pierwszym rozwiązanym supełku mają dość; inni po pierwszej próbie rozwiązania, mają dość… To właśnie jest metafora naszych lęków. Zostawiamy, odchodzimy, wrzucamy tam, gdzie ich nie widać i dostosowujemy się do życia razem z nimi. A potem się przyzwyczajamy, bo sama myśl, że miałoby się podjąć ich ponownego rozwiązania, powoduje odwrócenie głowy w drugą stronę i udawanie, że nic takiego nie miało miejsca.

ALE WARTO.  Każdego dnia, rozwiązać choćby jeden supeł…


Dzień 6. (22.07.2017)

"Wrzos przynosi nieszczęście" - takie słowa rozbrzmiewały mi od wielu lat w głowie. Nie wierzę w przesądy, ale tego się trzymałam jak ślepy laski, na równi z tym, jak bardzo pragnęłam je mieć na swoim balkonie czy w domu. Kupiłam. Uśmiecham się za każdym razem do siebie, gdy go widzę.
Ten dzień był bogaty w odwagę, ale wrzos stał się symbolem tego dnia ...



Dzień 7 (23.07.2017)

Od tego dnia zostało 111 dni do końca mojego eksperymentu. Zawsze miałam problem z oceną w oczach innych a zwłaszcza tego co piszę czy publikuję. I wtedy idąc za jedną z blogerek OTO JA i jej projektem 365 dni, postanowiłam każdego dnia przez 111 dni publikować na Instagramie jedno zdjęcie. Dziś jest 4 dzień a ja pragnę od tego uciec jak najdalej. Usunąć wszystko co tam się znajduje, powyczyszczać, aby być bezpieczna i nieoceniana. Bo każde rozwiązanie jest dla mnie obezwładniające. Zarówno to, jeśli ktoś to polubi czy napisze komentarz, bo od razu tysiąc myśli przychodzi do głowy i rozsiada się na władczym tronie i mnie napomina; jak również wtedy kiedy nikt tego nie zauważy, bo to znaczy, że jestem do niczego a moje zdjęcia czy opisy tylko zabierają wirtualną przestrzeń innym. To jest naprawdę dla mnie trudne - wyjść z tym co robię i z tym co piszę do ludzi, którzy mnie znają na co dzień.. Bardzo trudne...

 

Dzień 8 (24.07.2017)

To moja bieżnia.  Łączna długość ok. 0,5 km.
Z każdym dniem jest mi bliższa, spokojniejsza, już nie straszy tak bardzo jak pierwszego dnia; Ludzie, którzy tam pracują lub biegają, zaczynają być już niekiedy niewidoczni.To duże osiągnięcie jak dla mnie. Ale nadal serce uderza mocnej, kiedy ją przekraczam. 



Dzień 9. (25.07.2017)

To był wspaniały dzień. Jeden z tych, które się długo pamięta. Tu złamałam dość mocno siebie wewnętrznie. Pozaglądałam w wiele ukrytych zakamarków a zwłaszcza tych, do których nie chciałam zaglądać, bo tak mocno straszyły w dziecięcych wspomnieniach. 
Padał deszcz od samego rana - to za mało powiedziane. Lało. A gdy odwiozłam syna do przedszkola (tak w wakacje też chodzi do przedszkola), wiedziałam, że to właściwy dzień na mierzenie się z tym co w głowie głośno wybrzmiewa: "Pada deszcz. Nigdzie nie wychodzisz. Siedzisz w domu, bo się przeziębisz i rozchorujesz." Tego dnia nie poszłam na bieżnie. Poszłam do lasu, gdzie czekał na mnie drugi mur: "Tylko pamiętaj, żeby nie wchodzić do lasu a już broń boże wchodzić gdzieś dalej niż przy drodze. Bo jak wejdziesz to zgubisz się i nikt cię nie znajdzie, albo zaatakuje cię coś i nawet zagryzie na śmierć..."  
Dwa potężne mury do pokonania. Lejący deszcz i droga, którą jeszcze tak naprawdę nigdy nie szłam. Miałam punkty odniesienia, tam,  po tamtej stronie, muszę się kierować w tę a potem w tamtą stronę. Przeszłam prawie 8 km. Zgubiłam się dwa razy. A raczej zabłądziłam lub mówiąc prościej wyszłam w drugim końcu sąsiedniego miasta. Większość czasu w lesie, niekiedy przez jakieś ścieżki polne przy których tu tu, to tam stały domy a niekiedy rosło zboże. Po 1,5 godzinie odnalazłam samochód i prawie popłakałam się ze szczęścia - że się odważyłam i nie przestałam ufać sobie, pomimo tysiąca głosów, jakie rozbrzmiewały w mojej głowie i płynących ze strachu łez w kulminacyjnych momentach.  Co prawda miałam włączoną nawigację w telefonie, ale miejsca w których się gubiłam w środku lasu, były jedną zieloną plamą. Byłam zdana zatem tylko na siebie... 
Ubrania suszą się do teraz :)
Ale dalszy dzień przyniósł jeszcze kilka innych zwycięstw, to jednak będę wspominać długo i z sentymentem.



Dzień 10. (26.07.2017)
Tak się zaczął dzisiejszy dzień.. Nie poprzestałam na jednym zwycięstwie. Zaciągnęłam dziś ponownie na siebie kurtkę i poszłam na poranny trening w las przy padającym deszczu. Dziś zaufanie do siebie w lesie było pomimo wszystko nadszarpywane kilkakrotnie (choć tę drogę znałam o wiele lepiej niż wczorajszą, bo wczorajszej nie znałam prawie w ogóle) a mimo to, wewnętrzne wylęknione dziecko w obawie przed karą za wejście do lasu i to w deszcz odzywało się ze zdwojoną siłą, nie wiedząc do końca dlaczego. Dziwne te rzeczy dzieją się w naszych głowach...



Czym wchodzę głębiej w ten eksperyment, tym, coraz trudniej mi się tym dzielić publicznie, bo sama, gdy patrzę na te moje lęki z boku, wydają się dziecinne i nieadekwatne do wieku jaki mam i do doświadczeń jakie za mną czy obowiązków i odpowiedzialności w jakich się znajduję. To trudna część tego eksperymentu ale wierzę, że za niedługo spojrzę na to inaczej, spokojnie i BEZ LĘKU :)

Dziękuję, że jesteście obok.

piątek, 21 lipca 2017

DRUGI KROK TEŻ JEST TRUDNY.. cd



Dzień 3. (19.07.2017)

Ranek:
Jest trudniej niż myślałam. 
Po opublikowanie „eksperymentu” na blogu poczułam ekscytację, radość, coś nowego, coś co będzie się działo. Ale już wieczorem zaczęło mieszać się to ze strachem, z chęcią ucieczki. Chciałam nacisnąć „usuń” i udać, że nic się nie wydarzyło i czym szybciej powrócić do starego trybu życia, do udawania, że jest dobrze jak jest. 

 (...)

Kiedy wczoraj grupowałam lęki i zastanawiałam się dlaczego akurat tego się boję i dlaczego akurat to czy tamto, tak mi przeszkadza i cofa – zdałam sobie sprawę, że są to sprawy, zdarzenia czy ludzie, których pragnę, do których chcę biec, być na równi a nawet górować, prowadzić, przewodzić, zdobywać. Dziwne uczucie: zrozumieć, że to czego się boję tak naprawdę jest tym czego najbardziej pragnę, co tak naprawdę stanowi o mnie…




Pierwsze kroki:

32/31 Boję się chodzenia po bieżni/Biegania 

Przekroczyłam bramki bieżni na stadionie. W głowie miałam cały czas co myślą inni o mnie. Zapewne się śmieją, że chodzę a nie biegnę a gdy zaczęłam biec, myślałam, że pewnie się śmieją, że biegam tak wolno i tylko co drugie okrążenie, że taka jestem słaba, że nie powinno mnie tam być, bo to miejsce dla najlepszych a nie dla słabeuszy. Cały czas skupiałam się na tym, co odpowiem, jak ktoś mnie zagadnie, co tu robię, albo kiedy usłyszę kąśliwe uwagi od panów pracujących na trawniku boiska: „Co tak wolno?” „Tutaj się biega a nie chodzi!” „Oj słabiutko, słabiutko, może lepiej pójdź do domu?”.
Nie skupiłam się ani trochę na tym co robię. Szłam, biegłam i myślałam tylko o tym co oni sobie w tej chwili o mnie myślą. 

Trudne to było.

64. Boję się słuchać głośno muzyki przez słuchawki. 

Od pierwszej chwili poczułam się wolna. Nie musiałam niczego kontrolować. To z jednej strony było trudne, oddać całą kontrolę: słuchu, wzorku, dotyku, czucia – ot tak życiu. Ale to też było cudowne. Wreszcie, pierwszy raz od jak dawna to nie wiem, słuchałam: muzyki, myśli, siebie. Ludzie wokół mnie rozmawiali ze sobą, mimika ich twarzy wskazywała, że się uśmiechają, smucą, krzyczą – a ja przechodziłam a nawet przebiegałam obok tego, nie przygarniając ludzkich słów, gestów, jako skierowanych do mnie. Może tak wygląda wolność i świadomość życia po swojemu a nie nasłuchiwanie ciągle czy ktoś mnie woła, krzyczy na mnie, zwraca mi uwagę… 

11. Boję się skoczyć przez rzeczkę. 

Stanęłam przed nią, po tym jak dzień wcześniej, natknęłam się na nią podczas spaceru z synem i nie odważyłam się przeskoczyć i musieliśmy zawrócić, choć dzieliło nas tak niewiele do głównej drogi.
Pojawił się paniczny strach. Nie umiem go określić. Ale wiem, że przeżywałam go jak byłam mała. Gdzieś w cieniu tego strachu przebłyskuje postać ojca i ten przymus, aby przeskoczyć. A ja się bałam..
To maluśka rzeczka, wystarczyło zrobić krok. 
Zrobić. Nawet nie  skoczyć. 
Zrobić. Ale lęk był ogromny. 
Po długim wahaniu i cofania ciała... 
Przeskoczyłam.
 Złapałam się ziemi i nie straciłam równowagi. Stanęłam po drugiej stronie.  I poczułam jak popłynęła mi łza: szczęścia, wygranej.
 Pierwszy raz łza popłynęła poza moją kontrolą...






DZIEŃ 4 (20.07.2017)

(...)

Cała trudność tego eksperymentu, polega na tym, że każdej minuty chcę się poddać, chcę to porzucić, może odłożyć na jakieś „potem” „kiedyś”. To jak wybór  alternatywnej drogi dojazdu do punktu B, która nagle z asfaltowej przemieniła się w szutrową i człowiek w sekundzie zaczyna żałować, miotać się w samochodzie, szukać jakiegoś pobocza, wysepki, gdzie mógłby zawrócić na tę którą tak dobrze zna. Nawet już woli stać w tym korku, w upale, ale czuć się bezpiecznie w sobie – bo wie gdzie jest i co go czeka.


****************

32/31 Chodzenie/Bieganie

To mój trzeci dzień, kiedy przekraczam bramki stadionu i staję na bieżni. Nadal towarzyszy mi lęk, przed tym, czy ktoś tam będzie już biegał, albo czy przyjdzie. Nadal to dla mnie mur, który stoi twardo w mojej głowie. Jednak dziś było już o wiele spokojniej w mojej głowie podczas samego marszu. Myśli o ocenie przez innych nie zniknęły, ale były mniej intensywne. Złapałam się nawet na tym, że myśli o zupełnie osobistych sprawach i planuję w głowie dzień i przyszłość. 

 To kolejny dzień, gdzie nikt mi nic nie powiedział, nawet nie patrzył się dłużej niż moment zamykania samochodu na parkingu obok. I wtedy dałam sobie szansę pomyśleć: „A może tych ludzi kompletnie nie interesuje czy ja biegnę czy idę po tej bieżni? Czy jestem oblana potem i oddycham wystarczająco głośno, aby usłyszeć mnie na trybunach czy nie? Może Ci co biegną, po prostu biegną i zmagają się z życiówkami czy własnymi słabościami a nie zawracają sobie głowy moją osobą? 

 Tak czy inaczej, dziś dałam sobie szansę aby biec tyle ile mogę a resztę maszerować. To i tak wielkie osiągnięcie, niż czajenie się zza drzewami i patrzenie jak inni trenują albo czekanie aż nikogo nie będzie, aby spróbować a potem uznać, że jestem beznadziejna.

Pomimo to,  strach przed chodzeniem i bieganiem po bieżni, nadal jest do pokonania, choć na szczęście każdy krok przybliża mnie aby zostawić go zza bramkami.


11. Przeskoczenie przez rzekę.

 Wróciłam nad ten strumyczek, który choć na szerokość męskiego kroku, to dla mnie stanowił ogromną barierę i zagłuszał mnie myślami: „Nie dasz przecież rady”.


Skakałam tyle razy aż przekonałam samą siebie, że potrafię i ta konkretna rzeczka i to konkretne „przejście” nie jest mi straszne i jestem je w stanie pokonać z łatwością. Jutro tam jeszcze wrócę, aby utrwalić świadomość, że „potrafię”.



64. Słuchanie głośno muzyki gdy idę chodnikiem.

Czekałam wprost tej chwili, aż będę mogła założyć słuchawki i odciąć się od świata, ludzkich rozmów, min, zachowań… Czujność, która ciągle we mnie jest – no właśnie jest nadal. Ale słabnie. Odczuwam to w głowie, jak więcej we mnie spokoju, wyciszenia, koncentracji na sobie, na tym co robię a nie tym co dzieje się wokół mnie.

30. Boję się ćwiczyć na balkonie.

Dziś spędziłam tam już kilka minut dłużej niż wczoraj. Było inaczej. Myśli o tym, że na pewno ktoś mnie obserwuje z okien naprzeciwko  nie zniknęły, ale bardziej liczyło się dla mnie rozciągnięcie po ponad godzinnym treningu niż to czy ktoś patrzy. Ni mniej ni więcej, to nadal trudne doświadczenie, stać na balkonie i rozciągać się czy ćwiczyć na widoku tak naprawdę głównej ulicy, sąsiadów z bloku naprzeciwko i całej infrastruktury, która rozciąga się przed i pod moim blokiem.


(...)

Najważniejsze jednak doświadczenie wczorajszej końcówki dnia i dzisiejszego poranka to świadomość, że będzie TRUDNO. A skoro wiem, że będzie trudno, to chęć rezygnacji, niemoc, bezradność czy powątpiewanie czy to ma sens, są tylko momentem, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę: „To jest to "trudne" co miało być i nadeszło. Muszę to przetrzymać, posiedzieć obok tego, niech się dzieje w głowie, to co się dzieje. Minie. Jutro będą nowe możliwości.”

(...)

Co chwile napływają myśli aby zamienić rolki na wrotki. Bo wrotek boję się mniej, niż rolek. Ale po chwili przychodzi zastanowienie, że właśnie o to w tym projekcie chodzi, aby wreszcie nie szukać zamienników, nie uciekać a stanąć twarzą w twarz z tym czego się boję…



DZIEŃ 5 (21.07.2017)


Te zapiski zmian jakie zachodzą w mojej głowie i ciele, są uzdrawiające jak i motywujące. Czekam na tę chwilę, kiedy zasiądę przed komputerem położę palce na klawiaturze i zacznę pisać. Gdyby nie to, możliwe, że bym odpuściła, udała przed samą sobą, że zapomniałam, że ten jeden raz mogę odstąpić od postanowienia zmiany.

Wczoraj odważyłam się na powrót do przeszłości aby odnaleźć zalążki i przyczyny mojego wycofania z zajęć sportowych, ćwiczeń, ruchu. Tym razem jak i w wielu poprzednich przypadkach sam lęk o to, że będzie bolało i będzie ciężko był noszony w głowie na wyrost. Sama konfrontacja była jak ruszający się ząb. Wystarczyło poruszać nim kilka razy i wyszedł sam, bez większego bólu czy krwawienia. Tak też było i teraz. 
Wszystkie przyczyny moich porażek na wf  leżały na skraju głowy. Wystarczyło tylko po nie sięgnąć i wyciągnąć na powierzchnię, przyjrzeć się im i zobaczyć jakie spustoszenie robiły w moim życiu.  
Przypisałam myśli do ich właścicieli; odczuwalny lęk do poszczególnych wydarzeń ze szkolnego boiska czy gimnastycznej sali. Zrozumiałam wiele i zobaczyłam, że większość lęku, który w sobie nosiłam był nie mój a osób mi wtedy ważnych.

(...)

Zrozumienie tego stało się mechanizmem do otwarcia drzwi emocjonalnego więzienia w jakim przez tyle lat żyłam. Jestem w tej perspektywie wolna. Mam przed sobą świat z całym bogactwem i wiem, że sport jest po mojej stronie. Ale zrozumienie to jedno, teraz czeka mnie najtrudniejsza walka, aby codziennym wysiłkiem i stawaniem  twarzą w twarz z tym czego się bałam i boję pokonać to. I tu tak naprawdę nie ma już żadnych magicznych środków na pokonanie lęku, jak pokonywanie go każdego dnia od nowa, aż jego siła będzie malała i pewnego dnia, wchodząc na bieżnie zapomnę, że jej się bałam.



PS. Odważyłam się jednak wpisać ten projekt w ramy czasowe. Jest ich naprawdę dużo i wiele z nich będzie wymagała naprawdę wiele determinacji i pracy. Dzień zakończenie to 11 listopada. Z wielu powodów wybrałam akurat ten dzień. 

wtorek, 18 lipca 2017

EKSPERYMENT

Jeśli coś ma się wydarzyć, to się wydarzy. Jestem tego przykładem.

Przez tydzień czasu odwiedzając sklepy, rzucała mi się w oczy, gazeta, na którą nigdy nie zwracam uwagi. "Świat wiedzy", ze swoją tytułową stroną "Jak pokonać 100 lęków w 100 dni" [7/2017]. Za każdym razem brałam ją do ręki, przeglądałam jak kobieta pokonuje swoje lęki.  I mimo, że odkładałam na miejsce, to cały czas o tym myślałam. Kilka dni temu nim zdałam sobie sprawę, znalazła się w moim koszyku. Kupiłam ją. Przeczytałam ponownie, już na spokojnie w domu o każdym lęku, z którym kobieta sobie radziła. Niektóre wyśmiałam w duszy, myśląc: "O Boże, jakie to głupie. Jak można o tym publicznie pisać i robić taki hałas." A potem stało się coś niezwykłego.

Zrozumiałam, że we mnie samej jest niezmierzona ilość lęków i strachu, które cały czas noszę w sobie. Na równi z trudnym doświadczeniem choroby mojego syna, które miało miejsce kilka dni temu, postanowiłam, że wezmę przykład z tej kobiety i zmierzę się z własnymi lękami.

Chciałam to zrobić w zaciszu samej siebie. Ale potem pomyślałam, że uczynię to na łamach tego bloga. To podnosi moją poprzeczkę, bo poniekąd wyjdę naga przed ludzi, obtarta z całej zewnętrznej zbroi, która te lęki kamufluje. Ale wierzę, że będzie to bardziej uzdrawiające niż samodzielna walka.
 Nie stawiam sobie jednak ram czasowych.

Jeśli zechcecie mi towarzyszyć w tym eksperymencie ale też trudnej walce niekiedy z demonami przeszłości, będę wdzięczna, bo nic nie daje większego przeświadczenia zwycięstwa niż obecność kogoś kto życzy dobrze, a obecność tych, co będą życzyć źle będzie jeszcze większym katalizatorem do zmian.

https://pieknoumyslu.com/pokonywanie-leku-znikad/




Dzień 1 (17.07.2017)

To tak naprawdę dzień trzeci, bo pierwszy krok uczyniłam w piątek (15.07), jednak to kolejny jednorazowy akt odwagi, bez przyczyn, bez przygotowań, dla udowodnienia, złamania siebie, wystawienia bardziej na pośmiewisko przez samą siebie.

A dziś zaczęłam spisywać swoje lęki, zaczęłam tworzyć listę: „Boję się…”. Wystarczyło kilkanaście minut aby pojawiło się ponad 50 haseł. Niewiarygodne, co tak naprawdę się działo. Te lęki ustawiały się w rządku: jedna myśl za drugą i jak przedszkolaki w kolejce do zjeżdżalni popychały jedna drugą, aby jak najszybciej znaleźć się na dole. 
Ale o dziwo, po wypisaniu tych kilkudziesięciu pozycji, poczułam ulgę, niewiarygodną. Napisane myśli nabrały innego wymiaru. Stały się czymś konkretnym: osobą, wydarzeniem, sytuacją, ale przede wszystkim ukazały się jako PRZESZŁOŚĆ. Materializowane na papierze, wnosiły nie tylko słowa ale niekiedy w przeciągu kilku sekund całą gamę przeżyć, początków, przyczyn.

Szłam ulicą trzymając w jednej ręce długopis a w drugiej mały notatnik. Zapisywałam każdą szykującą się do zjechania myśl. Każdy lęk. Niczego nie pomijałam, choć w pierwszej chwili w konfrontacji z moją dorosłością wydawała się głupia, dziecinna, śmieszna. Ale sięgając do wcześniejszych prac nad sobą, wiedziałam, że w tych najmniejszych z pozoru myślach, kryje się niekiedy przyczyna całej destrukcji.

Pisałam, pisałam. W domu moje dziecko siadało obok mnie na balkonie i myśląc, że robię listę zakupów, udawało, że robi swoją, w swoim zeszycie, co chwilę wyrywając mnie z wirujących w głowie myśli pytało: „Mamo a jajka mamy, czy też trzeba kupić? A chleb? Bułki? Mleko?”
To niewiarygodne, jak w tym samym czasie przyszło mi konfrontować się z przeszłością tak trudną i radością tak niewinną i piękną mojego dziecka w teraźniejszości, w tym „tu i teraz”.

Więc tak zaczyna się mój eksperyment. Czas w którym przyjdzie mi stanąć twarzą w twarz z tym, od czego od dawna uciekam, tłumacząc sobie, że to nie wypada, że wyrosłam, że teraz jest ważne co innego, że przeszło minęło, że tylko „teraz się liczy”, że szkoda czasu…

Nie, nie szkoda czasu, który poświęca się na uprasowanie białej koszuli, w której po włożeniu człowiek czuję się pewny siebie, piękny, na miejscu, na równi z innymi, emanujący radością i szczęściem i pewnością, że jest tam, gdzie chciał być, że jest tym, kim chciał być.


Nie szkoda zatem czasu na wygładzenie tego co gdzieś podczas terapeutycznego prasowania się zagubiło, zawieruszyło albo odnalazło. To już nie terapia, to już nie nauka prasowania, ale świadome i umiejętne prasowanie, z pewnością celu i słuszności. 

https://fi.pinterest.com/pin/451837775092179507/

Dzień 2. (18.07.2017)

Co mi towarzyszy?

Mnogość myśli. Paniczny strach, który odrywa moje ciało od krzesła. Chodzę w tą i z powrotem. Nie mogę usiedzieć z kartką na miejscu, bo czuję, że to już za długo, że marnuję czas, że powinnam wziąć się do roboty a nie pisać coś co z pozoru przecież nie ma już znaczenia.

Towarzyszy mi przede wszystkim lęk i mrowienie w głowie. Taki sam ból głowy, jak w dzieciństwie, kiedy czekałam na przyjście rodziców i swoją karę za coś co zrobiłam źle, lub dobrze. Bez znaczenia. Czekanie na karę.  Moje ręce nerwowo biegają po całym ciele, trudno mi je utrzymać na klawiaturze, nawet w tym momencie. 

Na obecną chwilę moja lista liczy 110 pozycji lękowych. A to jak się domyślam kropla w morzu. 

Jeszcze nigdy nie stanęłam tak mocno z tym co wywołuje strach. O wielu sprawach wiedziałam, że: boję się pająków, pijaków, bójek, czy mówienia przez mikrofon lub rozmowy przez telefon z biurami czy instytucjami, gdzie trzeba podać swoje imię i nazwisko. Znałam przyczyny, więc było to czymś oczywistym. Boję się bo… I dalej życie toczyło się swoim rytmem. Nie zatrzymywałam się nad tym, chyba mało kto zatrzymuje się nad swoim lękiem wysokości, strachem przed myszami, czy lataniem samolotem. „Tak mam”;   „mam to od zawsze”; „to przecież się nie zmieni”. Ale były lęki, które odczuwałam każdym koniuszkiem palca, jednak siła ich była porażająca na tyle, że stała się świętością, tematem tabu, o którym sama ze sobą nie odważyłam się nawet porozmawiać. Miała w sobie też tę prześmiewczość, ten wstyd, który wyłaził za każdym razem, kiedy tylko dana sytuacja przyszła na myśl. A wstyd odbiera godność więc trzeba zrobić wszystko aby go nie odczuwać, ale przede wszystkim aby nikt inny go nie zobaczył.  Więc najlepiej unikać, uciekać od tych myśli.


Terapia daje przeświadczenie sprawczości, mocy:  „Od teraz jesteś dorosły, masz moc, to ty decydujesz co z daną myślą, sytuacją zrobić.” Więc po dorosłemu, uciekasz, chowasz się za innymi sprawami, aby tylko o tym nie myśleć nie mówiąc o konfrontacji  z tym co doskwiera. Nazywasz to odpowiedzialnością: praca, dzieci, dom, rodzina – „no nie mam czasu zajmować się głupotami”. W końcu jako dorosły mogę powiedzieć „nie” ! Mogę powiedzieć: „nie muszę tam iść”! Nie powiem przecież: „boję się tam iść, bo boję się przeskoczyć ten płot, bo nigdy mi nie wychodziło, nigdy nie byłem w stanie podskoczyć w górę aby złapać się górnej części i przełożyć nogi. Byłem za to wyśmiewany, szkalowano mnie, bo ciota, bo ciepłe kluchy, bo żaden ze mnie chłopak tylko baba.  Uciekałem, Wymyślałem wymówki”. Dziś jako dorosły mogę przecież powiedzieć: „nie muszę przeskakiwać tego cholernego płotu”. A że to gryzie gdzieś w środku? Nikt nie widzi. Chociaż tyle. Muszę wracać do dzieci. Jestem za nich odpowiedzialny. Szkoda mi czasu na głupi płot. Są ważniejsze rzeczy w życiu.”

Ja też nigdy nie umiałam przeskoczyć płotu. Ale na szczęście dziewczynom nie kazali udowadniać, że potrafią. Ale musiałam udowodnić, aby dostać choćby dostateczną ocenę, że potrafię przeskoczyć skrzynię na lekcjach wuefu. 

Nie potrafiłam.

 Do dziś kiedy widzę jakiś mur, płot, czy drewniane ogrodzenie, dopada mnie trauma z dzieciństwa. Do dziś uciekam, co prawda nie już na tył kolejki, jak to robiłam w szkole, ale wybieram drogi okrężne, choćby nie wiem jak mi się śpieszyło. Tłumaczę sobie za każdym razem: „Przeskakiwać mogą dzieciaki. Mi nie wypada. Jestem dorosła, jestem matką nic już nie muszę. Mogę wreszcie iść jak człowiek chodnikiem i drogą, nawet o ten odcinek dalej. Nic mi nie będzie. Będą nawet za to zdrowsza.”

Okłamuję  siebie tak okrutnie, że aż boli, gdy dotrę okrężną drogą do domu. Siadam, i czuję jak wewnętrznie rozdziera mnie jakiś ból, jak staję się małym nieporadnym dzieciakiem, którego z tej i z tamtej strony boiska ktoś przezywa i pokazuje palcem.
I za każdym razem wiem, że nie wiem jak okrężną drogę wybiorę, strach pójdzie razem ze mną, będzie mi wierny do momentu aż pewnego dnia nie odważę się przeskoczyć tej skrzyni, płotu czy muru zostawiając go na zawsze po drugiej stronie.

 A mimo to, ciągle wybieram okrężne drogi.

Aż do teraz…

29. Boję się przeskoczyć przez skrzynię.

http://www.majesticsport.pl/pl/c/SKRZYNIE/181

piątek, 30 czerwca 2017

UBIERZ SIĘ I ZAŁÓŻ BUTY


Musisz być gotowy w razie czego do ucieczki. Musisz być gotowy do ratowania życia. Swojego przede wszystkim.

Nikt jednak do końca nigdy w to nie wierzył, że będziemy musieli biec i stamtąd dokąd dobiegniemy, pozostanie nam patrzeć na zgliszcza, na ruinę tego co było ostoją. "W razie czego" oznaczało bardziej tyle co: jakby naprawdę się tak wydarzyło, że - co raczej jest mało prawdopodobne - ale uderzyło właśnie w nas dom; tyle co: bo tak się powinno zrobić; bo tak dyktuje ciało - aby uciekać, aby chronić życie.

Nie pamiętam aby ktoś zakładając buty czy spodnie wkładał do kieszeni dokumenty, pieniądze. Nie pamiętam, aby ktoś pomyślał o telefonie czy dodatkowej parze ubrań, albo o butelce wody...
Pchani wiarą matki, która wystawiała w okna krzyże i święconą wodę, formuła: "Ubierz się i załóż buty" bardzo szybko stała się formułką a co za nią idzie nieodłącznym elementem burzy.

Bo jeśli bierzesz pod uwagę fakt, że za chwilę twój dom ma ulec spaleniu, zawaleniu, zniszczeniu; jeśli masz świadomość, że Ty zdążysz uciec i przeżyć; i jeśli masz świadomość, że nie będziesz miał do czego wracać - naprawdę nie zabierzesz ze sobą pieniędzy, dokumentów czy choćby drugiej pary ubrań?

Od środowego wieczora nieprzerwanie jest ulewny deszcz, grad, , burze, grzmoty i ten przeogromny w swojej sile wiatr, który niszczy tak wiele po drodze. Połamane słupy, drzewa, zniszczone samochody, uliczne lampy.

Kiedy pakowałam plecak "w razie czego" stanęłam między nim a wszystkimi rzeczami, które zgromadziłam w tym mieszkaniu. Spakowałam ubrania, dodatkowe buty, dokumenty, laptopa, telefon... Wiedziałam, że nie mogę zabrać dużo, bo " w razie czego" będę musiała zbiegać z dzieckiem po schodach z 10 piętra i ratować nie tylko swoje ale i jego życie.

A potem gdy wyszło słońce, zastanawiałam się nad tym, gdybym naprawdę straciła te wszystkie rzeczy, gdybym naprawdę nie mogła ich odzyskać, dotknąć, użyć.

A potem się uśmiechnęłam  i podziękowałam Bogu za dotychczasowe doświadczenia, które spotkały mnie w życiu. Zrozumiałam, że nawet gdybym to straciła i tak potrafiłabym zacząć od nowa, bo tragiczne sytuacje życia nauczyły mnie już wielokrotnie zaczynać od nowa  z jedną parą butów, kilkoma ubraniami, dokumentami i świadomością, że:

Nie to co mamy pozwala nam żyć, a to jak potrafimy żyć sprawia, że posiadamy rzeczy. 

Wczoraj jadąc samochodem w jedną z popołudniowych wichur, milimetry przed maską  samochodu złamała się uliczna lampa. To były sekundy a ona łamała się jak plastikowa łyżeczka. Wiatr pchnął ją w prawo od mojego samochodu.
Dopiero gdy szczęśliwie dotarłam do domu, uświadomiłam sobie jak blisko było od tragedii a może nawet od śmierci....

Szczęśliwego weekendu, pomimo burz...






poniedziałek, 12 czerwca 2017

BIAŁOWIEŻA - tam gdzie natura i cisza zadziwia człowieka.




Dziś, bardziej opowiem obrazem niż słowem.
Białowieża. Podlasie. 4 km od granicy z Białorusią.
Cisza, spokój, piękno natury i powietrza.
Z gwaru stolicy przeniesieni w otchłań szumu drzew i śpiewu ptaków...




Jeden dzień wystarczył aby choć w małym stopniu poznać to miejsce i - zakochać się w nim a dokładnie w tym spokoju, w wolności życia wolno.
To +/- 250 km od obrzeży Warszawy, skąd ruszaliśmy, w zależności jaką wybierze się trasę. 
Co prawda nie mijaliśmy majestatycznych widoków jak to było w przypadku wyjazdu w Bieszczady, czy nie rzuciły się nam w oczy przewodnikowe zabytki, ale od samego początku towarzyszył nam - brak pośpiechu, brak ram czasowych, brak czegokolwiek w kategoriach: "musimy". Nic nie musieliśmy a mogliśmy wszystko.. 
To były też jedne z najcudowniejszych chwil w ostatnim czasie zapracowania, gonitwy warszawskiej i potyczek życia codziennego jakie mogliśmy spędzić ze sobą tylko my dwoje: ja i mój syn. Dopiero z dala od domu utwierdziłam się w przekonaniu, że najcenniejszym prezentem jaki mogę mu ofiarować jest nic innego jak mój czas na jego wyłączność, obecność i wspólne bycie tu i teraz..

A więc byliśmy. 
Choć najpierw zabłądziliśmy. 
Kilka kilometrów przed Białowieżą, chcąc najpierw  zwiedzić Rezerwat Żubrów.
Ale udało się.
Oto i on!:


 i dojście do niego:

A potem był podziw ale też i smutek. 
Zacznijmy jednak od podziwu i dziecięcej radości:







Podziwu raczej tłumaczyć nie trzeba. A smutek?
Chyba wystarczy ostatni obrazek, który powie więcej niż nie jedno słowo. 
Wilk - ten, przez którego przemawia dzikość, siła, życie i wszystko do czego człowiek nie raz pragnie dążyć. A wystarczy drut aby wszystko mu zabrać, co stanowi o nim. 

Cała wędrówka po Rezerwacie i widok tych przepięknych i okazałych zwierząt nasuwała pytanie, o sens bycia na pokaz, w klatkach, choć na wybiegu. Zwłaszcza, że gdzie nie sięgnąć wzrokiem, roztaczała się Puszcza Białowieska i ich prawdziwy dom.. 
Ale nie mi do końca oceniać słuszność czy tragizm tej sytuacji. 


A potem w samej Białowieży, najpierw poszliśmy na pizzę. Może nie wpisuje się to w opowieści o puszczy, dzikości i oderwaniu od materialnej gonitwy, ale sam pobyt w pizzerii miał dla mnie wymiar rodzinny. Cudownie było cieszyć się widokiem dziecka, wspólnym posiłkiem. A pizza sama w sobie przepyszna. Jeśli będziecie polecam:
Pizzeria Siciliana, ul. Waszkiewicza 22. 


Tak naprawdę po odliczeniu czasu na dojazd i powrót, mieliśmy na miejscu jakieś 5 godzin na wszystko. To mało, Zwłaszcza z dzieckiem, które ma swoje potrzeby i zachcianki i trudno wszystko ustawić w szereg gotowy do zwiedzania. Ale uważam, że to co zobaczyliśmy i tak pokazało nam w dużym stopniu co kryje w sobie Białowieża i okolice. 

 Sama Białowieża zaprasza do Białowieskiego Parku Narodowego. 
Przepiękne miejsce. Park, Muzeum, Przeszłość i ta powtarzalna ale jakże unikatowa w obecnym czasie Cisza. 


 Dworek Gubernatora Grodzińskiego. Skąd? Kiedy? Kto? Jak?
Nie wiem. Wolałam chłonąć obrazy niż słowa wypisane na tablicach informacyjnych. 


Muzeum Przyrodniczo-Leśne. 
Niestety byliśmy tam już późną porą jak na muzeum, bo po 16.00, kiedy ono zamknęło główne sale przyrodnicze i jedyne co mogliśmy zobaczyć to dwie wystawy i wjechać na wieżę widokową. 
Wjechaliśmy zatem.



A Park sam w sobie?




Ominęło nas kilka atrakcji, dostępnych w weekend.
Piątek okazał się jednak weekendem nie być.  
Wrócimy zatem... 


Ale jest jeszcze coś, co jeśli się wybierze polecam. 
Nam się nie udało, ze względu na porę, czyli 17.30. 
Wracając z Białowieży, na początku Hajnówki, 
zaraz przed cmentarzem, skręćcie w prawo w ulicę Celną a dalej na jej którymś zakręcie w kolejne  prawo w las. 
A w lesie będą kierować Was już znaki na - KRYNOCZKĘ.



To Cerkiew Św Braci Machabeuszy a zarazem źródło uznane przez wiernych kościoła prawosławnego za cudowne. To oczywiście informacje z Wikipedii, bo jedyne co ujrzeliśmy to zamkniętą na kłódkę bramę i w oddali niebieską Cerkiew. 
Ale samo bycie w środku lasu dawało magiczne odczucie, jakby uniesienia ponad całym pędzącym światem. Zdjęć nie zrobiłam nawet przez bramę. Chciałam, ale fakt, zostawienia aparatu w Białowieży - uniemożliwił mi i szybko ostudził chęci, kierując nas z powrotem do Białowieży po zgubę.
Jeśli będziecie tam przed nami, lub już byliście - podzielcie się jak było poza bramą :)

Mimo, że byłam w Białowieży tylko ten jeden raz;
mimo, że wiele jeszcze przed nami do odkrycia w tamtym miejscu i jego okolicach; 
POLECAM. 
Dla tej CISZY - naprawdę warto. 





wtorek, 30 maja 2017

W poszukiwaniu inspiracji



Nie wiem do końca co napisać. Nie tyle teraz co w ogóle. I chyba dlatego tyle czasu nic nie pisałam. Szukam w głowie wytycznych, jakiejś ścieżki, którą chciałabym podążać. W pewnym sensie ten blog osiadł na mieliźnie. Gdzieś założenia i myśl przewodnia dotarły do celu i stąd pytanie: Co dalej? I właśnie na to pytanie nie znajdują odpowiedzi. Może też dlatego, że wirtualnie jestem gościem, w tym także u Was, nad czym ubolewam, bo czytając nagłówki Waszych postów, znajduję wiele ciekawych informacji i przeżyć, ale ostatni czas wypchnął mnie do życia w realu.

Blog miał być o terapii, o DDA, o całym dochodzeniu do siebie. I kiedy dotarłam do mojego jestestwa, nie wiem jak ukierunkować ten blog dalej. Pisanie o codzienności, co zjadłam, gdzie byłam, co robiłam dziś, wczoraj jakoś mnie nie przekonuje. Pisanie o rzutowaniu dzieciństwa na "dziś" - już chyba za bardzo ciąży i pragnę po prostu żyć tym co teraz a przeszłość zostawić w przeszłości.

I nie wiem co dalej a odchodzić stąd nie chcę... Jeśli komuś zrodzi się jakiś pomysł, chętnie się mu przyjrzę...


Ale piszę też bo poszukuję inspiracji. Zaczynam pracę nad moją książką. To cel na kolejne dwa miesiące. Zaczynam, to znaczy od maja szukam pomysłu na treść, fabułę, przekaz. Książek jest multum, powielonych tematów - masa. A mimo wszystko ciągle ktoś gryzie temat z jakiejś innej strony. Może jest coś, o czym chcielibyście przeczytać, może macie pomysły o czym napisać książkę. A może chodzi Wam po głowie tylko jakiś wątek, jakaś historia.. Bardzo mi pomożecie swoimi pomysłami, bo i światopogląd Wasz ogromny i  czytelnictwo innych książek wysokie. Będę Wam wdzięczna. Odwdzięczę się wysyłając książkę - jak już zostanie wydana :)

W chwilach wolnych usiądą z kawą także u Was..
Pozdrawiam Was i przesyłam kilka zapisanych chwil z majowego jakże spontanicznego wyjazdu w Bieszczady:)
R.