środa, 12 kwietnia 2017

BYĆ KOBIETĄ, BYĆ MĘŻCZYZNĄ - NIE TYLKO OD ŚWIĘTA


W marcu przeczytałam dwie książki, które bardzo poruszyły moim dotychczasowym myśleniem o postrzeganiu ludzi przez samych siebie. Jako osoba, która niekoniecznie miała w głowie dobre wzorce kobiece i męskie a tym samym, mocno kulała w swoim osobistym pojmowaniu kobiecości i przenoszeniu go w codzienne i odświętne życie - żyłam jednak w przekonaniu, że inni mają się w tej materii znakomicie. Otóż po tych dwóch pozycjach zaczęłam poddawać w wątpliwość ludzkie według mnie bezbłędne podejście do faktu bycia kobietą i mężczyzną.

1.

Jak to sami autorzy nazwali: książka napisana dla mężczyzn i o mężczyznach. Czytało mi ją się znakomicie i z wielką ekscytacją, może dlatego, że ktoś nijako wpuścił mnie w zakamarki męskiego umysłu a co tym idzie bycia mężczyzna tu i teraz. No właśnie, tylko, że z tym "tu i teraz" już nie tak wesoło w tym męskim świecie. Pozwólcie jednak, że za wiele nie będę w tej kwestii się wypowiadać - z jednego tylko faktu - nie jestem facetem i ten świat jest mi obcy. 
Książka pisana w formie rozmowy dwóch facetów, wymienionych na okładce, poruszyła wiele codziennych i życiowych kwestii, w tym także pokazała  jak postawa matki czy ojca  może ukierunkować (nie zawsze prawidłowo) życie chłopca, któremu w dorosłych życiu trudno przebić się w ten męski świat. 

2. Wybaczcie zdjęcie, proszę:


"Bez cukru, proszę" Katarzyna Miller. 
To również książka w formie rozmowy,  Miller z Kondratowicz. Książka opisuje życie Miller w całości, od dzieciństwa po dziś dzień, jednak wielokrotnie jest odniesieniem do kobiecości samej w sobie; do babskich przyjaźni; do pogoni za idealnym ciałem; za sławą, rodziną, mężem...

Obie książki tak naprawdę starają się dać wskazówki jak być kobietą i mężczyzną. Facet opowiada innemu facetowi co z kolei inny facet powinien robić aby czuł się męski i co najdziwniejsze, aby się w tej męskości odnalazł i nie zagubił. Kobieta daje rady innym kobietom, aby nie bały się być kobietami. Dziwne, bo przecież rodziny się kobietą i rodzimy  się mężczyzną. To jest przecież w nas od zarania naszego życia. 


Choć, kiedy zadamy zaledwie dwa wybiórcze pytania, przestaje to już aż tak dziwić.
- Lubisz swoją kobiecość?- w odpowiedzi jest ta straszna cisza, coraz bardziej czerwona twarz, niekiedy łzy i tysiące tych samych odpowiedzi: "Jestem brzydka, gruba": "Mam męża i co z tego, skoro on już nie widzi we mnie kobiety, a skoro on jej nie widzi, to znaczy, że nią już nie jestem." "Miałam już kilku chłopaków ale z nikim nie jestem, bo nikomu się podobam, bo nikt mnie nie chce pokochać - to jak mam się czuć przez coś takiego kobietą?"
- Czujesz się męski? - "Daj spokój. Zarabiam marne grosze, w domu żona i dzieci a ja nie umiem zapewnić im odpowiednich warunków - jak mam się czuć męski w takim czymś?"
"Męski? Codziennie do roboty, od świtu do nocy, po 15 godzin. Kiedy wracam nie mam siły na nic innego jak pójść spać. Kumple chodzą na siłkę, uprawiają sporty, mają ciała jak z katalogów a ja? Przecież się nie zwolnię, bo z czego będę żył. O byciu męskim, mogę jak na razie tylko pomarzyć. "

Mnóstwo takich i podobnych odpowiedzi. Smutne to aż, że mimo, że jesteśmy kobietą czy mężczyzną nie czujemy się nimi. Smutne i dziwne, bo gdzie tak naprawdę jest w nas ta męskość i kobiecość: ubiór, ciało, płciowość - czy może to wciąż ta stereotypowość: kobieta  w kuchni przy garach a facet w robocie z kilkoma zerami na koncie? Budzimy się, stajemy przed lustrem i tak często to kogo widzimy nie jest dla nas w żadnej mierze kobiecością ani męskością. Mimo, że nią właśnie jest.

Wkładamy tysiące masek na siebie, permanentnie coś poprawiamy aby wreszcie móc się czuć 100% kobietą i mężczyzną. A i tak nie wychodzi, bo nawet gdy dochodzimy do pewnego pułapu naszego wewnętrznego zadowolenia po wszystkich poprawkach, zaczynamy się bać, że to się zawali i że wyjdzie na jaw jacy jesteśmy do niczego i beznadziejni, że znajdą się i tak od nas lepsi, bardziej męscy czy bardziej kobiece. 

I nawet nie dziwi już fakt, że tak wielu ludzi boi się rodzinnych spotkań i świąt, które już za kilka dni, bo zamiast radości z bycia razem, jest w nas niekiedy tylko lęk o to jak wypadniemy, czy wpasujemy się w oczekiwania, czy tego roku pochwalą nasze męskie osiągnięcia i kobiecy wygląd,? Czy ciotka jedna z drugą nie skomentuje naszych butów "takie męskie te buty założyłaś, trzeba było coś lekkiego, kobiecego włożyć, no popatrz jak ty wyglądasz. O Ania to ma dopiero buciki jak trzeba." Czy jakiś stryjek ze strony kuzynki Zosi nie zapyta nagle: "No Zenek, uda ci się w tym roku zabrać rodzinę na wakacje, bo Krzysiek, ten wiesz, ze strony ojca brata matki Heńka, mówił, że już w maju wyjeżdżającą do ciepłych krajów. Jak tam, dostałeś ten etat w końcu, czy nadal jesteś szarą myszką za biurkiem? Co z ciebie za facet. Musisz się bardziej postarać." 

Jeśli wpisujecie się w kanon rodzinnych spotkań i porównań, życzę Wam abyście znaleźli w sobie siłę i odwagę unieść się ponad to i stanąć dumnie przy swoich choćby najmniejszych osiągnięciach. Życzę Wam aby Wasza Kobiecość i Męskość były po prostu Wasze i po Waszemu - i nie tylko w te święta. 

WESOŁYCH ŚWIĄT WIELKIEJ NOCY.
Renia. 

środa, 29 marca 2017

Zamknięte wrota przeszłości.



Kiedy układam w myślach to co chcę tu napisać, wszystko ma sens, spójność i melodyjność słów, jednak gdy kładę palce na klawiaturze komputera, myśli chowają się po kątach jakby bały się być wywołane do odpowiedzi jako pierwsze.  

Minione dni, kończący się miesiąc to dla mnie Oczyszczenie. Jeszcze do teraz brzmi to jak bajka - a mimo to - to rzeczywistość. W ostatnie dni stanęłam z największymi lękami z przeszłości twarzą w twarz. Weszłam w ich głębie, w sam środek i ponownie doświadczając tamtych wręcz drastycznych sytuacji, słów i czynów - pozwoliłam samej sobie aby pierwszy raz w swoim życiu, to przeżyć w pełnej gamie uczuć, emocji, łez, strachu i panicznego lęku. Jako dziecko było to niemożliwe. Był zakazany płacz, odczuwanie strachu - nawet wtedy a wręcz wtedy, kiedy byłam krzywdzona zarówno cieleśnie jak i emocjonalnie. Wszystko musiało zostać we mnie. Świat i ci, którzy wyrządzali mi krzywdę, nie mogli widzieć nic, co było wyznacznikiem bólu czy dziecięcego lęku.... Wprost tego zakazywali a wręcz kazali po wyrządzonej krzywdzie dziękować sobie, za to, że tym okrutnym traktowaniem uczą mnie jak żyć i dzięki temu jest szansa, że wyjdę na ludzi. 

Dziecięcy mózg szybko uczył się, że musi udawać, że musi powstrzymywać, przetrzymywać i gromadzić w sobie - wszystko w sobie: upychać, chować tam gdzie to tylko możliwe. Wszystko to , co destrukcyjne, czego ciało w postaci krzyku, płaczu, ucieczki czy samoobrony, chce z siebie wyrzucić, oczyścić się. Niewiarygodne jak szybko w kilkuletnim dziecko powstają tak silne mechanizmy obronne, które oddzielają emocje od przeżyć, od doświadczeń, które wszystko mrożą. To nic innego jak życie w ciągłej bajce, tylko cały czas po stronie skutej lodem krainy. 

I jeszcze bardziej niewiarygodne jest,  jak dziecięcy strach i lękowy paraliż przenosi się w dorosłe życie i osadza na innych ludziach, sytuacjach a nawet miejscach. Z zewnątrz jesteś dorosły. Masz te 30, 40 a nawet 60 lat ale w środku, w twojej głowie jest wylęknione dziecko, które tobą steruje. 


Z każdym kolejnym rokiem jesteś przekonany, że to chyba twój los: taki właśnie ciemny, zdala od innych, z przekonaniem beznadziei, nieudacznictwa; że może i masz te swoje talenty ale i tak nic ci po nich, bo nikt nie chce po nie sięgnąć, nikt cię nie chce wyciągnąć z tego dołka rozpaczy, nikt ci nie chce podać ręki i w ciebie uwierzyć. Żyjesz i czekasz. A potem już tylko czekasz, bo życie utożsamiłeś z czekaniem aż ktoś pokaże ci jak żyć, aż ktoś powie ci ile jesteś wart, ile możesz i że w ogóle coś możesz. Bez innych pozostaje ci czekać i to w takim miejscu abyś nikomu nie przeszkadzał, abyś nie zawadzał. Z boku, z tysiącami masek, sztucznych uśmiechów, min adekwatnych do przeżywanych sukcesów otaczających się ludzi. Siła, która cię trzyma z dala od ciebie samego jak tak silna, że po latach prób i szarpaniny, zaczynasz w końcu wierzyć, że mieli racji ci, którzy mówili, że nic z ciebie nie będzie, że nic nie potrafisz, że nikt ciebie takiego nie pokocha. Nie ma nikogo obok ciebie, więc złość i nienawiść gromadzona przez tyle lat w tobie, może uderzyć tylko w ciebie, bo tylko ty jeden stoisz bezbronny na jej drodze. I uderza. Przechodzi przez ciebie jak huragan, niszcząc wszystko to co twoje. 

Ale czasami bywa tak, że coś w tym huraganie ocaleje. Jakaś cząstka ciebie, która cicho będzie wołać spod gruzów zawalonego życia. Możesz chcieć ją usłyszeć albo możesz udać, że to ci się tylko zdaje i wrócić do swojej jaskini życia,  bycia tym, któremu nic w życiu nie wychodzi, w którym to inni są odpowiedzialni za jakość twojego życia. 

Piszę to, bo po to powstał ten blog. Aby pomógł mi wydostać  z gruzów moje wewnętrzne zastraszone, ranione i krzywdzone dziecko. I udało się. Droga była najtrudniejszą jaką przemierzałam. Ale opłacało się. Jednak cała gama emocji, doświadczeń i tego co udało mi się przeżyć zwłaszcza w ostatnim czasie - jest aż nadto osobista i pozwólcie, że zachowam ją dla siebie. 


Jeśli komuś przejdzie przez myśl pytanie "Czy przebaczyłam moim rodzicom?" - bo to oni byli największymi krzywdzicielami mojego dzieciństwa - to odpowiedź brzmi: NIE. Bo tak naprawdę czym jest przebaczenie? Zapomnieniem wyrządzonej krzywdy? Przecież to niemożliwe przy pełnej sprawności umysłu. Takich krzywd i zachowań nie sposób zapomnieć. Dziś  ja - jako dorosły człowiek czuję do nich odrazę, złość i nienawiść, że oni - jako dorośli wtedy ludzie - dopuścili się takich czynów na kilkuletnim dziecku - ich dziecku. Byli mądrymi ludzi, życiowo również, ale nie zrobili nic aby zmienić swoje zachowanie - jako rodziców. Najważniejsze dla nich było to jak będą postrzegani przez ludzi. Byli tymi, którzy czekają na dowartościowanie od strony innych ludzi; którzy czekają aż ktoś ich zauważy i doceni. Swój egoizm i dążenie do bycia kochanym i szanowanym przez innych nazwali MIŁOŚCIĄ RODZICIELSKĄ. 

I to są te dwie prawdy, które ścierają się od pokoleń: Miłość rodzicielska i potrzeba bycia kochanym przez dziecko. Dwie prawdy, które dzieli przepaść. Zrozumienie tego wyzwala. Zrozumienie, że oni byli tak skupieni na swojej prawdzie, że tak mocno w nią wierzyli i uważali za coś niepodważalnego, oczywistego i świętego - że nic i nikt nie był w stanie powiedzieć im, że robią źle, że ja jako dziecko, ich dziecko, potrzebuję od nich zupełnie innej miłości, zupełnie czegoś innego. 

Z tego konfliktu miłości  dorosłych - rodziców, którzy wiedzą lepiej, co jest lepsze dla ich dziecka bierze się ta przepaść w którą wpada tak wielu z nas i nie jest w stanie wydostać się z niej do końca życia. Siedzimy tam w tym ciemnym dole i czekamy na tych naszych rodziców, którzy przyjdą wreszcie po nas i dadzą nam to czego my naprawdę chcemy. Oni czekają na górze aż my przyjdziemy do nich jako dzieci i podziękujmy im za ich trud i poświęcenie a my czekamy na tym dole aż przyjdą i przeproszą nas za krzywdy, które nam wyrządzili i że dadzą nam wreszcie taką miłość jaką my pragniemy. Całe życie czekamy aż przyjdzie ojciec i weźmie nas na ręce i przytuli i powie: "Synu jestem z ciebie dumny" "Kochanie, jesteś księżniczką tatusia"; Czekamy na matkę aż przyjdzie  i bez stawiania wymogów pozwoli nam wtulić się w swojej ramiona i powie: "Kocham cię bez względu jakie masz oceny. Kocham cię, nawet wtedy, gdy jesteś zła: Kocham cię, choć wolisz ubierać te zielone spodnie, których ja nie lubię..."  Ich wewnętrzna prawda naprzeciw naszej. Dorosłość i dziecięctwo.  Tak naprawdę my nie czekamy na człowieka, który przyjdzie i nas pokocha, poślubi; nie czekamy na szefa, który nas pochwali w pracy i da premię w ramach uznania - my ciągle czekamy na rodziców, którzy przyjdą do nas, siedzących, przerażonych, samych  w ciemnym pokoju. 

To właśnie zrozumiałam; że oni nigdy po mnie nie przyjdą, bo przeświadczenie, że robili wszystko aby żyło mi się jak najlepiej i że oddali by za mnie życie z miłości, jest ich prawdą ostateczną. Zrozumienie tego, że muszę wstać, wyjść z tego pokoju i iść dalej bez tatusia i mamusi z dziecięcych lat - było jak odejście od grobu, w którym nagle pochowało się najważniejsze osoby w twoich życiu, bez których życie traci cały sens. Szarpanina, kto pierwszy przeprosi i weźmie winę na siebie, dobiegła końca. Czekanie aż mnie pokochają i zaakceptują taką jaka jestem naprawdę również dobiegła końca. Oddałam im ich słuszność. Oddałam im słuszność ich prawdy i zostawiłam przed bramą ich domu, mojego rodzinnego domu.  Pożegnałam się emocjonalnie na zawsze z tym, co się wydarzyło i odeszłam w stronę mojego obecnego domu, ku teraźniejszości. 

Ale to właśnie to pożegnanie i pogodzenie się ze stratą dało największe oczyszczenie i prawdziwą wolność dorosłego człowieka. 
Wróciłam z odległej podróży. Wróciłam wreszcie do siebie. Ta mała dziewczynka, która jest we mnie już nie tęskni za tamtą rodzicielską miłością. Wreszcie może żyć bez lęku i obaw że ten tatuś, wejdzie do pokoju i zacznie ją bić a mamusia dopowie jej, że jest nic nie warta. Może wreszcie być dzieckiem: radosnym, żywym, odważnym, w poczuciem ważności i wartości w moim sercu i razem ze mną już dorosłą tworzyć piękno obecnego życia. 

Po 34 latach życia, wreszcie dowiedziała się, że ci, na których czekałam całe życie już nie wrócą. Umarli. A tym samym nie zrobią mi już żadnej krzywdy. Mogę wreszcie żyć bez strachu, bez lęku, bez negacji i poniżania. Strata boli ale czas ma w sobie moc uzdrawiania. Życie stanęło dla mnie otworem... Jestem wolna... Jestem szczęśliwa...

Wybaczcie tą mnogość słów. Ale ten blog był właśnie po to, aby pomógł mi odnaleźć samą siebie. I to właśnie się wydarzyło. Dawno też nie było mnie u Was. Skupiłam się w marcu na poszukiwaniu siebie, kosztem rezygnacji z relacji, choćby blogowych. Ale wracam pomału i do Was. 

Dziękuję, że przez cały czas trwania bloga i moich wewnętrznych historii, towarzyszyliście mi przez cały czas. 
R. 






środa, 1 marca 2017

"I tak wiele się stało. I nie stało się nic."


Uciekł, nawet nie wiem kiedy. 
Zresztą jakby się chował cały czas. 
Skończył się. 
Zerwałam dziś lutową kartkę z kalendarza. 
Był chwilą, która nie wiem kiedy minęła. 
Z całej listy lutowych zadań, udało się postawić krzyżyk tylko przy jednym. 
Z pięciu wypożyczonych książek, zaledwie jedna doczytana do połowy. 
Odwołane zajęcia, spotkania..
Wszystko na opak, wszystko jakby dostało drgawek i schowało się pod ciepłe koce,
 bez kontaktu z rzeczywistością.
Permanentne przeziębienie i pozostałość równie przeziębionej ambicji, 
że przychodnie i lekarze to nie dla mnie.
Samochód pozostawiony w warsztacie;
Telewizor w naprawie, po której nawet zielona dioda nie zamierza dać o sobie znać.
Piesze wyprawy z wózkiem w deszczowym towarzystwie;
Siatki sklepowych zakupów obwieszone na palcach rąk a tu jeszcze samoloty zrobione przez przedszkolną ciocią trzeba gdzieś uchwycić i jakimś cudem złapać choćby za kaptur rozpędzonego pięciolatka, przy najbliższym skrzyżowaniu.

No nie tak miał urealnić się wypisany pięknie scenariusz lutego. 

Pokora. 
Luty to pokora. 
Nic ponad to. 
Plany swoją drogą a życie swoją. 
Rozeszły się tym razem. 
Nie było im po drodze ze sobą.

Jednak życie  pustką nigdy nie jest.
"Kiedy Bóg drzwi zamyka to otwiera okno",
mawiał ksiądz Twardowski.
Za zamkniętymi drzwiami zostało wiele z planów,
jednak przez otwarte okno weszło to i owo:
Karnet na siłownie;
Wiadomość od znajomego, który zamilkł na kilka lat;
Tulipany w słoiku po kawie;
Materialna miłość Ojca;
Ciepłe wieczory w towarzystwie Mamy;
Przepiękne wschody słońca, zatrzymywane w kadrze przez niedomytą szybę, 
i równie piękne zachody.




10.02.2017 - zachód słońca


Luty jakoś szarością zapisał swój byt, 
Szybko przyszedł, szybko odszedł. 

Przyszło nowe.

Pachnie wiosną, wspomnieniami.
Stoi pudło gotowe pomieścić w siebie zimowe kurtki i buty z kożuchem. 
Balkon coraz częściej otwiera się na oścież,
Ptasi śpiew unosi twarz do słońca.


22.02.2017 - wschód słońca w niedomytej szybie.


Marzec aż czerwieni się od dat urodzin. 
Lista prezentów zaczyna się tworzyć.
A gdzieś pomiędzy, dla samej siebie sto lat zaśpiewam.
Słoik już pusty, kwiaty kupić trzeba.
Prymulka od mamy za wczasu już dana,
Niby mała, jednak  miłości w niej tyle, że w doniczkę większą przesadzić trzeba.

Plany rozpisane, cele postawione.
Czas wszystko pokaże, w którą pójdę stronę...

Nowe się zaczyna. 
Życia rok przybywa, 
Trójka z czwórką miejscami się zamienia,
na szczęście nie z przodu.
A szczęście, że z tyłu, bo to znak, że żyję, że życie przede mną.

A dopóki żyję - wszystko jest MOŻLIWE!!! :)

Cudownego Marca Wam życzę!
I pięknej wiosny!
Tej w Waszych sercach również! 

A tak sentymentalnie ale jakże pięknie na koniec:





piątek, 3 lutego 2017

NOWOROCZNY KWARTAŁ


Życie to pociąg, który ciągnie za sobą wagony dni minionych. Niektóre odczepia, zostawia a z niektórymi jedzie dalej. Często są balastem, ciężarem; często spowalniają, niekiedy zatrzymują. Jednak są też takie wagony, które być muszą, bo tworzą całość, bo jeden napędza drugiego, bo ten z tyłu nie pozwala osunąć się temu, który przed nim.

Tak najłatwiej zobrazować mi moje życie, to które dzieje się teraz. Wagony, które doczepiłam w listopadzie, asekurują te, które doczepiam każdego dnia, miesiąca i te które mam nadzieję, będę doczepiać na kolejnych stacjach.

Kiedy w lutym siłownie pustoszeją,  półki napełniają się na nowo słodyczami, kłótnie wybrzmiewają coraz głośniej, książki coraz głębiej spychane w róg szafki - moje noworoczne postanowienia dobijają właśnie do wyznaczonej kwartalnej przystani. To niewiarygodne uczucie. Usiąść, obejrzeć się za siebie i mieć świadomość, że się udało, że pokonałam odcinek, który sama sobie wyznaczyłam. Odcinek, który nie raz zakrawał o chęć ucieczki, bezsilność, łzy, niemoc.


Mój Nowy Rok rozpoczęłam tym razem w listopadzie, zaraz po tym pamiętnym upadku na samo dno mojego człowieczeństwa. Dno w którym cała w niemocy leżałam schowana pod kocem czekając na zbawienie, które ma przyjść z zewnątrz → Październik
Poniekąd przyszło w postaci cyklu internetowych szkoleń: " Sukces to ja ". Niby wszystko wiedziałam - na rozum - ale to nie wystarczy aby zadziały się zmiany  - nie wystarczy u mnie. Po niedługim czasie zrozumiałam wreszcie sercem i nic innego jak wyszłam spod koca i zaczęłam mój Nowy Rok.

Trzy miesiące: listopad, grudzień, styczeń. Piekielnie trudne trzy miesiące. A niby jedno słowo: Kwartał. Chwila, kilka dni, szybko minie, pomęczysz się może trochę i będzie lepiej, no to do roboty, nie ma na co czekać:
1. Twój cel na życie!
 Matko, czego ja chcę od życia? A niby skąd ja mam to wiedzieć, już teraz, przecież wszystko może się zmienić. Po co mam planować? Niech biegnie swoim rytmem, ja się dostosuję.
2. Twój cel na Rok!
Kolejne ambitne pytanie. Przecież rok nie mniejszy niż życie. Toż ja mogę w miesiąc wszystko stracić, umrzeć a oni pytają o rok. Nie, bez sensu, zresztą i tak nie wyjdzie. Przecież znam siebie, nie wyjdzie, zrezygnuję. Bez sensu.
3. Twoje cele na kwartał, na miesiąc, tydzień i każdy dzień!
Więcej się nie dało. W dodatku nie cel a cele. Boże, czy naprawdę było mi tak źle pod tym kocem. Skąd ja ma to wszystko wymyślić? A skąd ja mam wiedzieć, czy to będzie właściwe, czy się uda, czy...


I wtedy przyszło olśnienie. Jak to mówią: "Człowiek rodzi się głupim i głupim umiera", ale to prawda. Masz jedno życie, jedno jedyne, w dodatku nie masz zielonego pojęcia na jak długo. A Ty ciągle odkładasz swoje marzenia, na to nieszczęsne "potem", "kiedyś", bo ciągle masz wrażenie, że jesteś jeszcze za młody na to aby to dziś podejmować te decyzje i planować: wyjazd, kurs, zakup... Albo nagle uświadamiasz sobie, że jesteś już na coś za stary, że to marzenie, to przecież taka już dziecięca bluzka z kucykiem Pony, cała różowa na dodatek wszędzie brokat - no, przecież wyśmieją cię jak ją założysz a z resztą co tu wyśmieją, no nie wejdzie ci przez głowę. Było to nosić jak byłaś dzieckiem. Nie założyłaś, trudno, teraz w czymś takim chodzić nie możesz.

Włączyłam ponownie wideo z pytaniami o cele, nałożyłam słuchawki i chyba przez te słuchawki słowa dotarły do serca. TWOJE! Czyli MOJE? Czyli, że naprawdę mogę? Tak wszystko co tylko zapragnę? Nawet tę bluzeczkę z Pony? A Matko! Ale to  by było spełnieniem największych marzeń, móc spełnić to wszystko o czym marzę!

I tak się zaczęło. Co prawda radość zaczęła pomału ulatniać się, kiedy cele główne, zaczęłam rozbijać na małe kroki; kiedy odkryłam, że abym mogła podróżować, muszę najpierw wyjść z długów, zacząć zarabiać i móc wydawać te zarobione pieniądze na podróże; Kiedy dotarło do mnie, że abym mogła spełnić marzenie przed publicznymi występami, muszę najpierw uporać się z moim największym lękiem - przed publicznymi występami :)

To były trzy trudne miesiące i trzy trudne cele, bo bardzo przyziemne, bo wymagające ogromnego nakładu pracy nad sobą, dyscypliny, zmiany myślenia, poproszenia o pomoc, wyjścia spod tego koca i pójścia do ludzi, zapukania do drzwi i zapytania: "szukam pracy, może mają Państwo coś do zaoferowania?" I tak właśnie było. Jednym z takich celów na ten pierwszy kwartał było: wyjście z zaległości finansowych. Nie napawa optymizmem i nie uskrzydla, prawda? :), ale daje podwaliny do późniejszych zwycięstw i radości.

Gdybym miała wyciągnąć z tego kilka życiowych nauk na przyszłość, dla siebie a może i dla innych:


  1. Patrzeć szeroko na całe życie. Gdybym skupiła się tylko na tych trzech celach kwartalnych, nigdzie bym nie doszła. One były trudne, ciężkie, jak  skały które trzeba wtoczyć na samą górę w upalne dni. Zanim zerknęłam na to na czym mam się skupić teraz, najpierw patrzyłam na to, jak wyglądać będzie moje życie, gdy osiągnę cele z całego roku. Wyobrażenie o tym jak zmieni się moje życie już za rok, że będę tam gdzie od zawsze pragnęłam być - dawało nieziemskiego kopa, który każdego dnia zganiał mnie z łóżka(często musiał to robić siłą) ale dawał siłę do stanięcia twarzą w twarz z tym co jednak muszę zrobić teraz, zanim zadzieje się to, co ma się zadziać za jakiś czas. 
  2. Wszystko się zmienia, kiedy zaczynam coś zmieniać. Choćby negatywna odpowiedzieć, tak naprawdę przybliża mnie do celu a tym bardziej rozszerza mój światopogląd i obecne myślenie o danej sytuacji. Każde "nie" zmusza do tego, aby szukać dalej a kiedy zaczynamy szukać, umysł podsuwa rozwiązania,  o których często nie mamy pojęcia. 
  3. Nie ma sytuacji bez wyjścia. I można by dalej za księdzem Twardowskim dopowiedzieć: "Kiedy Bóg drzwi zamyka, to otwiera okno." To prawda. Często bazujemy na wyuczonych mechanizmach; często znamy tylko jedną drogę do domu, jeden rodzaj sera, samochodu, ciągle te same bułki czy te same słowa w odpowiedzi do ludzi, których boimy się urazić naszą szczerością czy niekiedy egoizmem. To jak winda, która zamyka nam się przed nosem i zamiast pójść schodami, czekamy na następną, bo mamy w głowie, że windą będzie szybciej a schodami się zmęczymy, spocimy no i jak będziemy wyglądać; to jak autobus, który nam odjechał. I mimo, że za nim ustawił się kolejny, to nie wsiadamy, bo tym tylko do następnego przystanka byśmy podjechali a potem musielibyśmy się przesiadać, to już lepiej zadzwonić do szefa i powiedzieć, że się spóźnimy i czekać na następny, bo tego jesteśmy pewni, że dowiezie nas od punktu A do punktu B, bez naszego myślowego udziału i fizycznego wysiłku. A przecież życie to nie tylko ten jeden autobus, winda czy samochód, czy nawet ci sami ludzie.. Życie to cała gama codzienności, które dzieją się każdej sekundy obok nas, właśnie wtedy kiedy coś wyuczonego nie wyjdzie. A kiedy odważymy się jednak spróbować, okazuje się, że te inne bułki, choć ciemne, są równie pyszne jak te jedzone od kilku lat.
  4. Wbrew opiniom jeden krok naprawdę przybliża nas do celu drogi. Te oklepane 30 minut dziennie, naprawdę potrafią zdziałać cuda o wiele większe niż te dwa dni pod rząd, bez chwil na cokolwiek innego. Bo kiedy zaczyna się iść świadomie, to i kroki stawia się świadomie. To już nie jest tylko wypełnienie zadania, dorównanie konkurencji, udowodnienie wszystkim, ale moja świadoma wędrówka. Ten dzisiejszy jeden krok, który wiem w jakich postawiłam go butach i w którym miejscu. Jutro będzie kolejny i nim się obejrzę naprawdę podróż zacznie sprawiać mi radość a nie obowiązek czy punkt na liście. 
  5. Bo MOJE rozszerza perspektywę. Bo moje daje wolność wyboru, radość w chwilach dla mnie odpowiednich, ścieżki dla mnie właściwe. Ale "moje" nie wybiega z taką siłą ku drugiemu. Moje sukcesy mają tak ogromne znaczenie tylko dla mnie. Moja radość, że tej nocy moje dziecko przespało, pierwszy raz całą noc od kilku dni, rozrywa mnie wewnętrznie do tego stopnia, że jestem gotowa dzielić się tym z całym światem. A świat uśmiecha się, mówi: "O to super!, Gratuluję, na pewno się cieszysz?"; "Miło to słyszeć córeczko, czekałam aż zadzwonisz i to powiesz. To w takim razie mogę wracać ze spokojnym sercem do swoich zajęć." I wtedy zaczynasz to zrozumieć - o ile zrozumieć się chce - że ta moja perspektywa: radości, zwycięstwa, celów, nagród, sukcesów, bólu, łez, straty - będzie w mojej skali, tylko we mnie. Ludzie naprawdę się ucieszą, pocieszą, zostaną na chwilę, ale nie będą w stanie odczuwać moich emocji. Zostawią mnie z nimi, czy to tymi dobrymi czy trudnymi, wrócą do siebie, bo wrócić muszą. I zrozumienie, że MOJE rozszerza tylko moją perspektywę, jest kropką nad "i", która pozwala wreszcie uwolnić się od oczekiwań i iść własną drogą, stawić sobie cele, które mnie będą ubogać, pchać do przodu, dawać radość, wytchnienie, szczęście... Bo MOJE naprawdę wiele zmienia - o ile mam odwagę pozwolić mu istnieć samodzielnie. 
  6. I chyba najważniejsze - dla mnie najważniejsze. Jeśli masz cel, wreszcie wiesz dokąd zmierzasz. Nie straszna ci plątanina ulic, obwodnic, dróg - masz przecież przed sobą, tą jedną w danej chwili drogą i wiesz, że to właściwa. To kwestia zaufania, że skoro ją wybrałaś, to znaczy, że jest właściwa - teraz jest właściwa. Czy będzie właściwa z perspektywy czasu? Nikt tego nie wie, nawet ty. Musisz zaufać sobie i po prostu dojechać nią do wyznaczonego punktu na mapie twojego życia. Nie jesteś w stanie jechać wszystkim drogami, którymi podążają inni. Wybierz tę właściwą dla siebie i nią jedź. 
fot: http://wgospodarce.pl/


To był naprawdę cudowny czas. Trudny, ale dający wiele satysfakcji. Czas w którym podczas realizacji postawionych celów, marzenia już na tym etapie zaczęły się spełniać, uwidaczniać, stawać się wyraziste a co za tym idzie dawać przeświadczenie, że najprawdopodobniej, to ta właściwa droga. A nawet jeśli nie, to jest to wspaniała droga, po której kroczenie teraz daje mi wiele satysfakcji, poczucia przynależności i wewnętrznego sensu mojego życia. Czego chcieć więcej?

A jak Wasze noworoczne postanowienia? :)

piątek, 13 stycznia 2017

WARTOŚĆ STAŁA


Po raz któryś już naciskam Backspace, bo wszystko co napiszę nie ma tak naprawdę dla mnie składu ani ładu, jakoś to nie moje: albo  napisane coś co brzmi radośnie a może nawet śmiesznie albo zapchany ciężkimi emocjami tekst dla - no właśnie do końca nie wiem dla kogo lub czego.

Wydarzyło się naprawdę dużo w przeciągu ostatniego czasu. Dużo i tak naprawdę w 99% pozytywnie. Nie umiem nawet do końca opisać tego wewnętrznego stanu, który jest we mnie. To jak czas, kiedy człowiek dowiaduje się, że jego największe marzenia, w dodatku z półki: "Marzenia dla sensu marzeń, i dla pozostania marzeniami na zawsze." nagle się spełniają, w dodatku jedno po drugim. Umysł nie ogarnia, serce skacze z radości, jakiegoś zachwytu bliżej nieopisanego w tę i tamtą stronę, ty biegasz od okna do okna jakbyś chciał wykrzyczeć wszystkim co się właśnie wydarzyło, ale broń Boże nie piszesz nigdzie o tym, aby twoi znajomi bliżsi czy dalsi się nie dowiedzieli, bo jeszcze ci to będę chcieli zabrać a może z niezrozumienia i niewiedzy twojego życia, wyśmiać, choć tym wyśmianiem nawet nie zawracałbyś sobie ... głowy . Więc kręcisz się jak ten pies ganiający za swoim ogonem i do końca nie wiesz co ze sobą zrobić. Wcześniej kręciłeś się z rozpaczy, że to twoje życie do kitu, bez sensu i taka czarna dziura a teraz kręcisz się bo nie ogarniasz tego szczęścia, które wreszcie usiadło obok Ciebie i po kumpelsku z tobą obgaduje kolejne etapy, tego co ma w zamiarach. A na Twoje cele, które wypisane stoją na półce, kiwa z aprobatą głową i wyciąga zza siebie notes aby zapisywać: jak, gdzie, w jaki sposób, z kim... 

 Zerkam przeto na inne blogi, jakoś zapełniając moją blogową pustą przestrzeń i... Tym razem pytanie do Was, tak prosto z mostu, bez dodawania 1200 znaków bez spacji. 

Czym dla Was jest Rodzina? Rodzina w Waszym sercu ale też w głowie. 

Skąd takie pytanie? 

A no nurtuje mnie od dawna, a głębsze zastanowienie dał urywek jednego z blogowych tekstów o wartościach i najważniejszych rzeczach w życiu, gdzie oczywiście na jednym z pierwszych miejsc jest Rodzina. I tak naprawdę gdzie bym nie czytała, czy nie słuchała, to jedną z głównych wartości Polaków jest Rodzina. Tylko pytanie, czym ta rodzinna wartość jest tak naprawdę? Jak ona ma się do mnie jako osoby? Bo jeśli naprawdę idąc tokiem myślenia, że wartość, rzecz najwyższej wagi i coś czego człowiek się nie wyzbywa, bo stanowi o nim samym, to skąd tylko w samej Polsce tyle rozwodów, zdrad, przemocy? Czy to jest kwestia samego sloganu i pewnego rodzaju mody - mieć Rodzinę? Ogólnie, taką z nazwy, z tą czy tamtą żoną, w końcu to bez różnicy, z tą nie wyjdzie to będzie następna, no bo "tego kwiatu to pół światu", z tymi dziećmi obok mnie czy na drugim końcu miasta czy kraju a może kontynentu?
Wiecie dla mnie Rodzina nigdy nie była wartością, ale nigdy nie odważyłam się tego powiedzieć na głos, bo bałam się potępienia, wygnania, wytykania i nawet rzucenia na płonący stos. Wbijano mi do głowy, że Rodzina jest najważniejsza na świecie, że bez niej zginę itd... Więc siedziałam cicho jak mysz pod miotłą i głównie przez to, do dzisiaj nie wiem co tak naprawdę jest moją główną wartością. Nieśmiało odpowiedziałabym, że wolność, moja osobista, no ale na tyle cicho aby nikt nie usłyszał :) 

Więc Moi Kochani? Czym dla Was jest Rodzina? Czy jest ona równie wysoko w klasyfikacji wartości czy może o dziwo jej tam nie ma?

A jeśli mowa o rodzinie :)


PS. Miło mi Was gościć w pierwszym poście w Nowym 2017 Roku :)
Renia.


wtorek, 20 grudnia 2016

DOBRO WRACA



12 grudnia 2016 godz.8.43



Dopiero po ponad upływie roku, mogę napisać, że cały ten blog  nabrał rzeczywistego wymiaru. Układanka słów nadająca tytuł tego miejsca stała się wykładnią mojego życia w realnym świecie. Dotarłam do  "TU".  To była długa i trudna podróż, której nie jeden zresztą raz byliście świadkami czytając przekładnię zdarzeń na słowa. Kiedy nadawałam mu taki tytuł byłam daleka od tego, co dzieje się wokół mnie. Daleka sercem. Zaczepiona o przeszłość, wpatrzona jedynie w przyszłość, biegłam niekiedy na oślep, nie dostrzegając tego, co właśnie "Tu".

Przedostatni wpis ukazywał mój upadek w każdym calu mojego człowieczeństwa. Bo jeśli człowiek gubi radość chwili, chęć odkrywania, doświadczania i zachwycania się życiem  a tym samym zamyka się przed światem z całą armią oczekiwań, zranień i żali - po prostu spada w otchłań, zakrywając się deklem szeroko pojętego braku sensu. Ale jeśli dopuści do siebie prawość stwierdzenia, że wszystko co nas spotyka dzieje się we właściwym ku temu czasie, istnieje szansa, że w którymś momencie spadając, zaczepi o metalowy schodek drabinki, która ukryta w ciemnościach podziemnej studzienki i od niej rozpocznie swoją wspinaczkę w górę - ku życiu.


"Twoje trzy cele na najbliższy czas". 
Naciskasz "wyślij". Zamykasz oczy i czujesz się jak zdrajca.

- Dlaczego to zrobiłaś?

"Dziękujemy za wypełnienie formularza.". 


To był mój schodek o który zaczepiła się moja noga, gdy spadałam bez chęci opamiętania. To formularz jaki, poniekąd dla zabicia ostatnich resztek odczuwanego poczucia winy, że marnuję swoje życie, wypełniałam wpisując z łatwością słowa, które nijak miały się do moich celów - bo celów wtedy nie miałam żadnych. 

Wolontariat w Szlachetnej Paczce. Wszystko nowe, nie do końca od strony organizacyjno-logistycznej zorganizowane. Wiele znaków zapytania: jak postąpić z tą czy inną rodziną? Przyjąć ją do projektu? Nie przyjąć? Zaufać w to co mówią, czy nie? 

- To ty decydujesz! To od Ciebie zależy - pamiętaj. 

W przeciągu kilku dni musiałam dorosnąć. Ubrać się w odpowiedzialność i dorosłość, zrzucić narzekanie, ocenianie. To tak, jakby wyrzucono mnie z samolotu, z ekwipunkiem do skoku spadochronowego. Kilka godzin szkoleń, spotkanie, delegacja, lista rodzin a potem słowo: LECISZ! 

A potem było zderzenie. Zderzenie z rzeczywistością o której nie miałam pojęcia, mimo, że rozgrywała a tak naprawdę rozgrywa się obok mnie, zaledwie 5 minut jazdy samochodem. Nawet nie wiem czy słowo: bieda, jest właściwym określeniem. Bo nawet dla mnie, dziewczyny, która w dzieciństwie musiała zbierać po rowach butelki aby mama kupiła za nie chleb; która choćby te dwa miesiące temu musiała przeżyć przez 9 dni za 35 zł - nagle staję w progu domu, który trudno nazwać domem. Zmuszona jestem zadawać pytania o zarobki, o wydatki i gdy słyszę: "42 zł. Widzi pani, tyle mogę wydać na tydzień, ale tylko wtedy jak wykupię tylko jedne leki z kilku przepisanych. Gdybym chciała wykupić wszystkie w miesiącu - nie zostało by mi nic."  Wtedy wszystko we mnie się łamie. I ta właśnie kobieta ratuje mi życie - moje życie. To był ten skok ze spadochronu - ten lot podczas którego zobaczyłam wszystko z zupełnie innej perspektywy; zobaczyłam przestrzeń, w której jest miejsce również dla mnie, ale przede wszystkim na tle Innych osób, wreszcie dotarło do mnie, jak jestem bogata pod każdym względem. 


Dzień Finału Paczki to dwa dni, w których doświadczyłam, tego, czego nie doświadczyłam przez ostatnie kilka lat:

- Koszt Paczki dla jednej z rodzin, wyniósł ok. 8000!!! Uważam, że o takich gestach warto mówić głośno. To był koszt rzeczy materialnych, ale również serca, jaki Darczyńcy przekazali tej rodzinie, remontując i nakrywając kilka dni przed finałem na własny koszt dach tej rodziny - choć ona prosiła tylko o papę na przeciekający kawałek dachu. 

- Kolejna rodzina dostała całą wyprawkę dla mającego urodzić się  dziecka, choć w swoich potrzebach nie wspominali o niczym dla niego a poprosili o żywność, chemię. Ci ludzie, którzy przygotowywali tę paczkę od pierwszej chwili byli dla mnie wielkim wyzwaniem. Nie potrafiłam przez cały czas uwierzyć w to, że ktoś chce komuś pomóc - tak bezinteresownie i na taką skalę. Pytano o ulubione bajki jakie lubi 6 letnie dziecko, bo chcą kupić ubranka właśnie z ulubionymi bohaterami bajek, żeby dziecko miało podwójną radość. Ale to był tylko początek. Darczyńca zaoferował pomoc przez cały rok. Pomoc i wsparcie dla tej rodziny.

- Staruszka, na widok której człowiek pragnie po prostu usiąść obok a najlepiej wtulić się w te babcine objęcia. Osoba, która skradła serca nas wszystkich. Żyje sama, bez łazienki, bez wody. Wniesione paczki zajęły cały pokój - jedyny jaki ma. A ona usiadła, patrzyła na te pudła i płakała. Długo płakała, takimi babcinymi łzami, ściskając mocno dłoń koleżanki. "Boże. Ja nigdy w życiu nie dostałam tylu prezentów." 

- A Kobieta, która żyje za te 42 złoty na tydzień? Nie wierzyła w to co się dzieje. Paczki były wnoszone i wnoszone. A potem gdy wszystkie stały już w pokoju, ona stała oparta o ścianę i płakała. Zakrywała twarz rękoma i płakała. "Nie mogę..." "O Boże, nie wierzę, że po tylu latach, ktoś zechciał mi pomóc". Prosiła o kurtkę na zimę, bo ma tylko jedną od ośmiu lat. Druga co prawda jest, ale ma ponad 10 lat, a ona chciała wreszcie pójść od kościoła w święta w nowej. Być jak inni. Mieć coś nowego na święta. I nie uwierzycie ile radości, sprawiło jej samo zakładanie, przymierzanie i oglądanie się w lusterku. Pozapinana od góry do dołu, z kapturem na głowie, stała wpatrzona w samą siebie w lusterku... 



Te  i pozostałe doświadczenia o których można opowiadać bez końca, doprowadziły mnie do mojego osobistego "Tu". Ta metafora skoku nie jest wymysłem na rzecz słowa ale przekładnią na to, co naprawdę wydarzyło się w moim życiu. Odbiłam się od tego dna, wyszłam z niego, szczebel po szczeblu. Spotkanie po spotkaniu z realnym człowiekiem; rozmowa po rozmowie; jedna, druga i kolejna opowiedziana historia życia; emocje, łzy i bezinteresowna pomoc, których na każdym kroku byłam świadkiem. To wszystko stało się ścianą, od której mogę wyruszyć właśnie w to: "OD TERAZ", ale też o którą w chwilach trudnych mogę się oprzeć, poczekać, znaleźć rozwiązania i iść dalej. 

Paczka się skończyła a moje życie właśnie się rozpoczyna. Blog również przekracza ze mną kolejny rok. Będzie mi towarzyszył, choć nie tak często. Zrozumiałam, że sens życia, to drugi człowiek - ale przede wszystkim ten, spotkany twarzą w twarz. Postanowiłam włączyć się  w dalszą pomoc wolontarystyczną: Paczkę Seniorów; pomoc w schronisku dla zwierząt a także otworzyć się na ludzi, którzy mieszkają obok mnie, za ścianą a o których nic nie wiem, uciekając do tej pory wzrokiem, spojrzeniem i mówiąc zdawkowe: "Dzień Dobry". Postanowiłam zapukać do ich drzwi i powiedzieć: "Dzień Dobry. Mam na imię Renia. Mieszkam po sąsiedzku..." Postanowiłam wreszcie wykorzystać te możliwości, jakie ma w sobie moje życie i osobowość i nie czekać na niewiadome "kiedyś" a właśnie "Od teraz" krok po kroku pokonywać drogę ku wytyczonym marzeniom i celom: napisać książkę; polecieć do Nowego Jorku; założyć Fundację i - skoczyć ze spadochronu :) 


Dopóki "chcesz" wszystko jest możliwe. Choćby to była tylko iskierka, która tli się niewidoczna; choćby wydawało się, że za chwilę płomień zgaśnie. Dopóki "chcesz", świat będzie po Twojej stronie. Choćbyś spadł na samo dno, swojego człowieczeństwa, choćbyś stracił sens i ludzi, którzy ten sens tworzyli, choćbyś czuł się wykluczony z tej czy innej społeczności - dopóki "chcesz" żyć - to życie nigdy Cię opuści. 


Niech te święta i każdy dzień, który nastanie po Nich, będzie nową możliwością, nową drogą czy nowo spotkaną osobą w Waszym życiu. Wiary, zwłaszcza wtedy, kiedy wokół Was jedynie stara szopa, siano i ciepło płynące jedynie od zwierząt. Przeświadczenia że każda chwila, sytuacja i miejsce może zapoczątkować rzeczy wielkie a człowiek, choćby miał tylko strzechę i kaflowy piec jest w stanie odmienić bieg i sens życia drugiego człowieka. 

Renata.

piątek, 11 listopada 2016

W PERSPEKTYWIE ROKU



listopadowe niebo widziane z mojego okna


Dokładnie o tej porze rok temu, kreśliłam pierwsze słowa w tej blogowej przestrzeni, której kawałek postanowiłam sobie przywłaszczyć, nadając jej taki a nie inny tytuł, który miał być moją osobistą tabliczką informującą, że tu jestem. Tak właśnie - JESTEM. 

Nie do końca też wiedziałam co chcę osiągnąć tym blogiem. Czy ma tak naprawdę pomóc mi, czy to ja opisując swoje doświadczenia i wykaraskanie się z nich, mam pomóc Innym? Nie debiutowałam w tej blogowej strefie a mimo to odczuwałam lęk, strach i niepewność czy to ma jakikolwiek sens, bo wiedziałam, że jeśli się odważę, będzie tam dużo mnie, tej od dawna ukrywanej, nieznanej ale prawdziwej. A to rodziło mój strach, choć wiedziałam, że będzie prowadzony piórem anonimowości.

Mój pierwszy blog: "Na krawędzi życia" założyłam w połowie czerwca 2009 roku, był jak bardzo wiele innych blogów o wszystkim i o niczym. Codzienne życie, wzloty, upadki, przemyślenia, znajomi, wspólne podróże, przyjaźnie. Po pewnym czasie ta nijakość blogowa zaczęła mi przeszkadzać. Chciałam czegoś konkretnego, pisanego moją ręką ale nie o mnie, coś, co będę mogła włączyć chociażby do CV jako mój dorobek pisarski. Założyłam drugi blog: "Warszawa da się lubić". I tak naprawdę to było moje pisarskie dziecko. Nic innego nie zawierał w sobie, jak Warszawę. Od kiedy w 2009 roku przeprowadziłam się z Lublina (gdzie studiowałam) do Warszawy, zwiedzałam i odkrywałam jej zakamarki. Bez mapy, bez przewodników. Wsiadałam, jechałam, wysiadałam i szłam. Z aparatem, ciekawością i zachwytem. Tamten blog dał mi wiele realnych kontaktów z osobami mającymi na uwadze dobro i wizytówkę stolicy; moje zdjęcia, które zamieszczałam u siebie, były umieszczane na innych stronach warszawskich portali. Na tamtym blogu byłam  w pełni personalna, z imienia i nazwiska. I chyba to spowodowało, że, gdy musiałam stanąć przed sądową salą a potem kontrolować wszystko co istnieje w sieci pod moimi osobowymi danymi - ze łzami w oczach ale usunięcie obydwu blogów stało się dla mnie koniecznym rozwiązaniem: w końcu nie byłam już tylko sobą ale także matką mojego dziecka i to jego ochrona stała się wtedy dla mnie priorytetowa.  I mimo, że na blogach nie było niczego co by ingerowało w prawo czy naruszało czyjeś dobro, to sam fakt, mojego tak obszernego bycia w wirtualnym świecie, mogło spowodować liczne utrudnienia w życiu rodzinnym. Nie było to łatwe. Jednym przyciskiem usunąć coś co się kochało, co się stworzyło na takim a nie innymi poziomie, coś co dawało wiele możliwości. Jednak rodząca się wtedy odpowiedzialność za nowe życie wzięła górę.  Do dziś tęsknię za "Warszawą" - to tak, jakbym straciła część siebie. 

Na dwa lata zniknęłam całkiem z blogosfery. Na ponad rok zaniechałam jakiejkolwiek formy pisania, choć moje pierwsze kroki pisarskie stawiałam będąc w podstawówce. Co wtorek siedząc z radiem przy uchu, wsłuchiwałam się w audycję: "Piosenki z listów" w lokalnej rozgłośni. W którejś audycji w konkursie mój list został nagrodzony. To była dopiero radość małej dziewczynki. Kolejny list już w zwykłej audycji został zakończony słowami prowadzącego: "To był zaszczyt przeczytać taki list." Pamiętam tamte emocje po dziś dzień. Kochałam to robić. Kochałam pisać, choć oprócz uczuć jakie były we mnie, nie wiedziałam, że mam prawo coś zrobić z tą miłością i łatwością przelewania myśli na papier. 

Rok temu wylękniona na samą myśl o pisaniu czegokolwiek o mnie, pojawiłam się w tym miejscu. To był trudny rok. Każdy wpis był dla mnie wyzwaniem. Nie bałam się pisać ale bałam się tego co napiszę, bo nigdy nie tworzę wstępnych scenariuszy. Od zawsze pisałam wszystko na czysto. Mając jakieś doświadczenie w blogowaniu, ten blog był dla mnie ciężarem. Ale gdy tak myślałam dzisiaj o tym wszystkim co się zadziało, zrozumiałam, że jako jedyny z wszystkich trzech, dał mi najwięcej życiowej mądrości. A prawdziwą mądrość zdobywa się często w trudzie, pocie i zniechęceniu. Prawda boli, nie da się ukryć, ale gdy pierwotny ból minie, ona sama zyskuje na wartości. 

Dziś, mimo, że to negowałam, jestem zupełnie kimś innym, niż byłam rok temu. Nie wiem czy byłabym w tym samym wewnętrznym miejscu, gdyby blog nie powstał. Ale powstał a potem pojawiliście się Wy. Osoba po osobie, komentarz po komentarzu. Za te ostatnie pozostawione słowa, najbardziej dziękuję - świadomie ja pozostawiłam je bez mojej informacji zwrotnej. Podniosłam się, wiele zrozumiałam, wiele się nauczyłam o sobie - kiedyś się z Wami tym  podzielę. Ale to co najważniejsze to przestałam się wstydzić samej siebie, tego, że to moje życie jest takie jakie jest a nie takie jakie sobie wyobraziłam. Przestałam uciekać od samej siebie w świat wyobrażeń. Ten mój ostatni emocjonalny upadek, uświadomił mi, że z każdej największej trudności zawsze się podnosiłam i szłam dalej, nawet jeśli leżąc wydawało mi się, że wszystko przegrałam. Zawsze. Teraz też udało mi się podnieść i idę dalej, tak samo jak ten blog przekraczając kolejny rok istnienia, idzie dalej na równi ze mną. 

Chcecie czy nie, jesteście częścią mojej historii - która nie kończy się jedynie w świecie wirtualnym. 


Witajcie!
Ukrywanie się pod anonimowością mnie zmęczyło i oddalało od siebie samej. 

Mam na imię Renata. Miło mi poznać każdego z Was!