poniedziałek, 28 grudnia 2015

PIWO ZA DWA Z GROSZAMI



Tak. Pamiętam to jak dzisiaj. 31 grudzień 2011 roku. Poszłam do Tesco. Kupiłam najtańsze malinowe piwo puszkowe za dwa złote z groszami. Wróciłam do siebie. Nakarmiłam wtedy 3 miesięcznego syna piersią, uśpiłam go a sama pierwszy raz od  X czasu przelałam do szklanki coś co miało w sobie procenty alkoholowe i wypiłam. A raczej pijąc rozdeptywałam ten najgorszy rok w moim życiu, który właśnie usuwał się z mojego horyzontu. Tamta chwila była magiczna. Miała w sobie jakąś siłę, coś co wibrowało we w środku i szeptało aby nie obudzić Małego: "Dopieprzymy teraz wszystkim. Siadaj i pisz. Pisz to wszystko co siedzi głęboko w tobie i nie zważaj na te wszystkie prześmiewcze głosy, które zapewne już wyskakują jak sprężynowy pajac z pudełka i krzyczą, ze to głupie, bez sensu, że nie dla ciebie, że nie dasz rady, że niedorzeczne, że sro, że pierdzioł. Pisz. Wszystko i Prawdziwie. Tak po twojemu."


Nie. To nie były postanowienia. Samo słowo postanowienie, zawsze kojarzyło mi się z przymusem zrobienia czegoś od początku do końca i takim łańcuchem, który trzymał mnie uwiązaną przy drewnianym płocie i wstydem było przyznać się, że już się tego nie chce dla siebie, bo już nie cieszy, bo już nie modne, bo tak naprawdę to nie chciało się tego, ale chciało się, bo wszyscy chcieli..

Tym razem były to moje pragnienia. Takie głęboko schowane właśnie przed ludźmi, przed ich śmiechem, wyśmianiem, zawstydzeniem, przed tym odwiecznym: "Nie wygłupiaj się. Zejdź na ziemię wreszcie. Przecież na to trzeba lat, pieniędzy, znajomości. Szkoda czasu na twoje kolejne głupoty, które masz w głowie."

Sączyłam to piwo, chcąc cieszyć się nim jak najdłużej, bo rozsądek nie pozwalał mi na więcej niż to jedno przetłumaczone przed samą sobą, jako symboliczne - i wystukiwałam na klawiaturze kolejne i kolejne moje pragnienie w niektórych przypadkach  schowane głęboko jeszcze w malutkim dziewczęcym umyśle i sercu.
Wyszło ich dwanaście. Ale każdy z nich miał ogromny emocjonalny ładunek i tyle samo realnej walki, starań i długiej wędrówki aby udało się posiąść każde oddzielnie.

Odgrodzenie się od tego wszystkiego czego nie miałam wtedy: pieniędzy, warunków mieszkalnych, pełnej rodziny dla mojego syna, wykluczenia społecznego przez zrodzenie nieślubnego dziecka - dało mi nieopisaną siłę, dzięki której  uwierzyłam, że jestem w stanie osiągnąć to wszystko, startując dokładnie tu gdzie jestem, z tym co mam i taka jaka jestem.

 Przez cały 2012 rok nie udało mi się spełnić ani jednego marzenia z tej listy, jednak kiedy rok później, dokładnie 14 stycznia 2013 roku siedząc na ławce Sadu Rejonowego i płacząc jak małe dziecko z faktu, że niemożliwe stało się możliwe, że 1,5 roczna dosłownie walka na salach sądowych dobiegła końca  - zrozumiałam, że moja lista ma prawo bytu i ma prawo spełnić się z niej każde z wypisanych pozostałych 11 pragnień. Ale zrozumiałam wtedy coś ważniejszego: że najwięcej szczęścia dają nam te małe kroczki i te małe zwycięstwa, które pokonujemy na drodze do celu jakim jest dane marzenie niż ta jedna chwila, kiedy finalnie dotykamy spełnienia.

1 stycznia minie 4 lata a moja lista jest nadal aktualna. Do tej pory spełniłam połowę z wypisanych pragnień. Nie ma już dla mnie okrutnego czy wspaniałego mijającego Roku. Każdy rok jest taki jaki być powinien. Jest jak każdy nowy dzień: czystą, białą kartką i w większości ode mnie zależy jak tę kartkę zapiszę, pomaluję, udekoruję. Każdy mijający Rok jest dla mnie jak Stary Poczciwy Starzec, który cierpliwie uczył mnie życia: raz kazał mi nosić wodę po 200 schodach na samą górę innym razem obsypywał płatkami wiosennej jabłoni.

Takich Poczciwych Starych Mędrów Wam życzę, abyście doświadczali życia w pełni tak z sińcami od noszenia wiader z wodą jak i po brzegi obsypani płatkami wiosennych jabłoni. Niech 2016 będzie dokładnie taki jaki ma być.



czwartek, 24 grudnia 2015

OKRUCHY BIAŁEJ TRADYCJI


Jako dziecko sama myśl o tym, że ktoś spędza święta Bożego Narodzenia z dala od rodziny - było czymś niepojętym. Byłam przekonana, że ci ludzie są przerażająco smutni, że całym ciałem tęsknią za domami, że czują się jak bezdomni w środku zimy, na mrozie, brudni, głodni. Byłam przekonana, że tylko w rodzinnym domu - święta są świętami, że jeśli ktoś podejmuje decyzję o  spędzeniu tych dni z dala od rodziny - ot tak - to popełnia coś okrutnego, grzeszy i wyrzeka się rodziny - i nie ma dla takiej osoby żadnego przebaczenia, trzeba ją wykluczyć z grona przyjaciół, znajomych czy najbliższych...
Ta magia religijnych świąt z Kościołem, Pasterką, Szopką, Opłatkiem a wcześniej obowiązkowymi Roratami - który to chłód mroźnych zimowych poranków o godzinie 5.00 i tę ciemną drogę do kościoła pamiętam do dziś - została w głowie kilkuletniej dziewczynki, którą kiedyś byłam.. I mimo wszystko - lubię do tamtych wręcz Świętych Świąt wracać.

A potem gdy zaczęłam więcej widzieć, gdy kłótnie między rodzicami mówiły więcej niż jeden wielki hałas; gdy łzy matki i woń alkoholu ojca był coraz bardziej widoczny i wyczuwalny, pragnęłam uciec stamtąd; pragnęłam wykrzyczeć, że ja wierzę w tę ich zakłamaną dobroć względem mnie i względem siebie nawzajem przy tym wigilijnym stole. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że to tak trzeba - po prostu i tylko tyle. Że nie ma w tym prawdy, wyrażenia żalu czy miłości. Była tylko Tradycja i ciągle "ci ludzie" w oczach których musimy być mili, ładnie ubrani, składać piękne życzenia i z pokorą słuchać tych z dobrymi ocenami, posłuszeństwie względem rodziców, sióstr, które składano nam. Nigdy jednak nie zdobyłam się na odwagę aby nie pojechać do domu, do rodziców. Za każdym razem, rok w rok dawałam się nabrać na tę piękną świąteczną aurę wystaw sklepowych, wigilii w gronie znajomych, śnieżnego puchu, tych kolejek na Dworcu po bilet - i za każdym razem wracałam, jednak z każdym kolejnym rokiem coraz mocniej i mocniej musiałam przyciskać moją maskę super bohaterki - twardej superbohaterki, której nic nie rusza z tego co mówi się na jej temat przy rodzinnym stole..

To moje pierwsze Święta - pierwsza Wigilia, którą spędzam tylko z moim dzieckiem z dala od rodzinnego domu. To moje pierwsze Święta, które wreszcie mogłam przygotować po swojemu a tak naprawdę je przygotować a nie być jedynie dziewczynką na posyłki, która ma się dostosować do tego co będzie na stole, jaka muzyka będzie płynęła z radia - a tak naprawdę tego, że w Wigilie nie wypada słuchać radia.
Jestem po części szczęśliwa - tak prawdziwie szczęśliwa, że zdobyłam się na odwagę pozostania u Siebie łamiąc tę sztywną Tradycję Rodzinną. Jednak cały czas nie mogę pozbyć się tego poczucia winy - że jak mogłam nie pojechać - dla Mamy nie pojechać. Nie tyle do Mamy, co dla Mamy - aby ona miała spokojne serce, aby mogła mieć świadomość, że ma wszystkich obok siebie, że co mi odbiło, że tak ją potraktowałam i odsunęłam ją wręcz jak śmiecia w ten przecież szczególny i jedyny dzień..
Nie zdawałam sobie sprawy, jak wielkie wszczepiono mi poczucie winy, które ciągle daje o sobie tak mocno znać..




Celebracji Waszego Małego Jestestwa - bo w każdym Ono cały czas jest. Niech się narodzi z nową mocą, siłą, odwagą i wiarą w Siebie. Bądźcie Wigilijni każdego dnia - dla Samych Siebie...


Miałam nawet siano - takie prawdziwe z wiejskiej stodoły - i ten zapach.. Chociaż tej Tradycji pozostałam wierna..



wtorek, 15 grudnia 2015

Każda zmiana zaczyna się od niewygodnej pozycji!


Przynajmniej raz dziennie, kiedy wchodzę na edytora tego bloga, kiedy wyświetlam liczbę odwiedzin, kiedy słyszę że ktoś czyta, że ktoś inny śledzi - wstydzę się samej siebie. Tego, że nie rzucam pięknymi szczegółami, konkretnymi przykładami; że nie opisuję jak kroczę dumnie cały czas prosto przed siebie; że nie skupiam się na pięknie teraźniejszości i przyszłości - ale... No właśnie, że ciągle nic mi nie wychodzi, że ciągle się cofam, że ciągle powracam do - przeszłości; że co i rusz wyciągam jakieś okropne i nieludzkie wątki, szczegóły, że po co w ogóle obnosić się tak publicznie z tym całym swoim brudem i zgnojeniem. No ile można paplać się w tym co było? Ciągle przekonuję siebie, że to bez sensu, że trzeba po prostu zapomnieć o tym co było, podnieść się, otrzepać kolana i pójść wreszcie do przodu. Przecież nikogo to nie obchodzi jak byłaś traktowana w dzieciństwie, przecież to, że masz takie a nie inne imię to żadna tragedia, że czym to w ogóle jest w porównaniu do życia w domu dziecka, do bicia, maltretowania, uciekania w mroźne noce tylko w koszuli przed pijanym ojcem.. Niczym.. Tak samo jak moje życie - niczym ważnym.

Miałam wczoraj sen. Krótki w którym moja mama słysząc opowiadania publicznie innych dorosłych o swoim dzieciństwie - zapytała się mnie w pewnej chwili: "No a Ty też powiesz, że miałaś trudne dzieciństwo i będziesz o nim pisać?" Na co ja odpowiedziałam: "Tak, napiszę ale dopiero jak umrzesz." A dziś zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę to ona a nie pijany ojciec jest główną "bohaterką" mojego bloga i pisania. Tylko nadal odczuwam dziecięcy przerażający lęk przed wypowiedzeniem czy napisaniem czegokolwiek złego na temat mojej mamy, rodzinnego domu, ojca czy tego jak mnie traktowali. O wiele inny byłby ten blog, gdybym mogła otwarcie napisać, moja matka to, moja matka tamto.. Napisać aby opisać mechanizmy, powiązania - a nie po to aby ją zgnoić na oczach wszystkich. Ale nie mogę - bo nadal ta dziecięca część we mnie panicznie się boi napisać cokolwiek złego na Mamusię - bo Ona nigdy nie była winna, wszyscy inni tak - ona nie. Ona zawsze była ofiarą, która swoim cierpiętnictwem potrafiła zmanipulować dziecięce patrzenie na wiele spraw, na życie.

Czym mocniej przecinam te emocjonalne sznurki, które mnie z nią łączyły a raczej na których ona mnie trzymała - a nie ma chyba rzeczy, myśli, zdarzenia, które nie byłoby obwiązane sznurem i zaciśnięte grubą pętlą na moim życiu - tym w pierwszych chwilach czuję wielką zniewagę do samej siebie, że wyrządzam jej - mojej mamusi - tak wielką krzywdę, że nie mam prawa tego robić, nie po tym ile dla mnie/dla nas poświęciła.

A tak - poświęciła bardzo wiele - bo całe swoje życie. Całe. W jej życiu nie ma i nigdy nie było miejsca dla niej samej. Nienawidzi siebie - nie może patrzeć na siebie w lustrze. Jej wyznacznikiem wartości są inni ludzie. My - jej dzieci, mąż, wnuczki, szwagier. Nigdy nie zdobyła się na odwagę aby przeciwstawić się konwenansom rządzącym życiem w rodzinie jej pochodzenia; nigdy nie zdobyła się na odwagę sprzeciwienia się poglądom, zachowaniom swojej matki. Jej matka była dla niej świętością - nadal jest - mimo, że od kilku lat nie żyje. Dlatego całe życie byłyśmy marionetkami w jej dłoniach pociąganymi za sznurki z jej władczej góry. Ubiór, oceny, szkoły, prace, mężowie, dzieci, nasze zachowanie, wiara, przekonania, nawet to jak mówimy czy mówimy - choć często było lepiej jak nie mówiłyśmy ... Wszystko.. Nawet znaczenie miało to na jakiej wysokości zwiążemy kucyk z tyłu głowy... Bała się inności, tego co nowe, tego co modne, co wyniosłe, co wyciągało przed szereg. Wmówiono jej, że ma stać cicho w szeregu i  niczym się nie wyróżniać; wmówiono jej, że nie zasługuje na nic dobrego, ważnego; że ma brać co życie daje i nie wybrzydzać. I tak właśnie żyła: schowana, cicha, nadstawiająca ten kościelny policzek dla każdego kto miał ochotę dać jej w twarz bez względu czy była winna czy nie. Ona była przekonana, że musi, że to jej katolicki i społeczny obowiązek.

Była mamą z dystansu, ciągle smutną, płaczącą, wylęknioną. Były jednak chwile kiedy żartowała, śmiała się i próbowała się wygłupiać. Kiedy tuliła tak matczynie a nie na pokaz. I wydaje mi się, że gdyby odważyła się być sobą - byłaby kimś wyjątkowym, nadzwyczajnym, kimś kto miałby cały świat u swoich stóp a nie klęczał całe życie u czyichś stóp. Ale była mamą - nadal jest - która poświęciła wiele aby w tak ogromnej biedzie i pijaństwie ojca stworzyć coś w rodzaju domu - może nie rodziny - ale domu. Jej serce jest przepełnione miłością i dobrocią - tylko to serce ciągle jest sercem małej dziewczynki, które niekiedy błaga wręcz o to aby ją kochać i opiekować się nią - bo nikt tego jej nie dał w dzieciństwie a ona żyje w przekonaniu, że tylko inni ludzie mogą sprawić że będzie czuła się kochana.

Może łatwiej byłoby wydostać się z mgły przeszłości, gdyby mama umiała udźwignąć całe zaprzeczenie, którym karmiła nas przez całe życie? Niestety. Dla mamy - mój ojciec już nie pije - bo nie pije tak jak kiedyś. Bo tak naprawdę "to nie mam na co narzekać; nie bije mnie, nie ubliża mi, pracuje, przynosi pieniądze, stara się aby ten dom jakoś wyglądał - a reszta? Reszta to i tak już się nie zmieni..". Co prawda był czas, że porwał nas nurt rzeki, płynęliśmy nie wiedząc dokąd i czy przeżyjemy ale udało się złapać konara i wyjść na brzeg, słońce nas osuszyło - więc nie ma już po co wracać do tamtych czasów. Na szczęście to co najgorsze już się skończyło i teraz jest już dobrze. Było, minęło. Nie wracamy do tego.

Mierzę się nie tylko z przeszłością, z ranami, które przeszłość mi zadała ale chyba najbardziej z poczuciem winy, że robię to wszystko wbrew mojej matce, pomimo, że nakazała tego nie ruszać, nie wynosić z domu, że nikt ma się o tym nie dowiedzieć.
Za każdym razem, kiedy odcinam ten kolejny sznur na który przywiązała mnie jako dziecko winię siebie że wybieram Siebie a porzucam ją. I nawet jeśli gdzieś wewnątrz siebie wiem, że podejmuję właściwą decyzję to moje wewnętrzne dziecko ze strachu, że mama się dowie i przestanie je kochać kuli się w sobie, ucieka na ciemny strych i nie chce mnie widzieć na oczy...

Opuszczona przez wsparcie matki, opuszczona przez najważniejszą część siebie - odcinam kolejne emocjonalne uzależnienia..



niedziela, 13 grudnia 2015

Kiedy zaczęłam żyć, życie wchodziło już bez pytania w moje życie.


Pierwszy raz od nie wiem nawet kiedy spałam z zapalonym światłem. A cały wczorajszy wieczór i dzisiejszy dzień był czasem, kiedy nie mogłam w żaden sposób siebie doświadczyć, zintegrować się z sobą. Czuć, że jestem to ja. Był we mnie przeogromny lęk - wręcz taki dziecinny, kiedy wydaje się, że pod łóżkiem i w każdym możliwym zakamarku czeka na ciebie jakiś przerażający stwór, który jedyny czego pragnie to cię pożreć - dosłownie pożreć, może nawet zabić. Jedyne czego pragnęłam cały czas to aby ktoś dorosły i życzący mi dobrze schował mnie w swoich ramionach - dokładnie tak jak chowa się portfel, głęboko aby nikt nie ukradł i nie widział. Tego właśnie pragnęłam, potrzebowałam. Aby ktoś rozprowadził wokół mnie aurę, która sprawi, że stanę się nie tyle bezpieczna, co niewidoczna dla tych wszystkich czyhających potworów i złych mocy. Niestety nikt nie mnie nie schował. Nawet nie pomogło to emocjonalne dopieszczenie, którego doświadczyłam całe sobotnie popołudnie w towarzystwie mojej przyjaciółki i jej przytulenie..

Nie wiem kim byłam, nie wiem co tak naprawdę się we mnie wydarzyło. Nie znalazłam nawet lekarstwa aby choćby uśmierzyć ten ból.
Nie pamiętam czy kiedykolwiek coś podobnego przeżywałam. Może właśnie jako dziecko? Może to właśnie ono po tylu latach wreszcie mi zaufało na tyle aby uzewnętrznić we mnie ten paraliżujący lęk? A może to była ta dziecinna traumatyczna samotność, to opuszczenie w najważniejszych chwilach tego dziecięcego życia?

Nie wiem. Godzinę temu pierwszy raz po ponad 24 godzinach wreszcie poczułam, że wewnętrznie wracam do siebie. Pomału - ale odczuwam siebie w sobie...

Tak czy inaczej to było doświadczenie trudne, bo nawet sny były jakby przeciw mnie, pełne lęku, ciągłych pobudek..

Jednak to doświadczenie wiele mnie nauczyło. Po pierwsze uszanowałam ten wewnętrzny lęk i dałam mu możliwość aby wybrzmiał, nie gnoiłam siebie, nie deptałam siebie.. Tuliłam. Tak. Mocno siebie tuliłam.. I byłam sama ze sobą tak blisko - jak możliwe jeszcze nigdy..

Teraz kiedy to wszystko mija mam wrażenie jakbym budziła się z jakiegoś koszmarnego snu.. Niestety to nie był sen.. A życie -  które wreszcie zrozumiałam, że nie da się na nie przygotować. Ale któremu można pozwolić w sobie wybrzmieć.

I nawet ten cały post jest taki niezgrabny, bo jeszcze zerkam w stronę drzwi,  czy aby nikt się nie wkrada, rozpraszając przez to moje myśli.


czwartek, 3 grudnia 2015

STARE MYŚLENIE WYZNACZA KIERUNEK



Każda chęć podjęcia działania - ruszenia tego zaklejonego od lat  emocjonalnego gówna to rozdzierający ból, który rozwala wszystkie wewnętrzne siły, chcące to oderwać. Nic nie jest łatwe. Nawet to nakładanie codziennych masek na twarz też nie należy już do najłatwiejszych, bo one już nie stapiają się tak silnie z twarzą jak kiedyś. Co i rusz odstają - bo to już nie to. Klej już wysycha. Podejmujesz walkę niedoklejania, wymycia, osuszenia tych miejsc aby wybrzmiały naturalnym pięknem. Bardzo chcesz. Wiesz jaka jest do tego droga, wiesz jakich użyć środków. I dopóki wiesz - wszystko ma sens. Świat nabiera barw, widać spełniające się marzenia.


Jednak wszystko trafia szlag, kiedy wychodzisz z tej strefy posiadania wiedzy i oglądania projektów swojego życia w przyszłości. Kiedy zaczynasz krok po kroku realizować postawione etapy celów. Zdradzasz sama siebie, nienawidzisz siebie, uciekasz, wyzywasz  siebie od najgorszych dziwek, kurw i nieudacznic. I słyszysz tylko jedno: Nie rozumiem po co to wszystko. Było, minęło. Zapomnijmy. Zatuszujmy. Wytrzyjmy gumką do ścierania i żyjmy jak do tej pory. Udawajmy, że nic się nie dzieje. Kupmy lepszy klej do masek. Ale do jasnej cholery zostańmy tu gdzie jesteśmy. No przecież i tym razem się nie uda. Po co tracić ten czas. To bez sensu. Włącz telewizję. Obejrzyjmy jak co dzień o tym, jak ludzie walczą. To na pewno nas czegoś nauczy. Dowiemy się czegoś o sobie. Ale po co to zmieniać? Po co ćwiczyć, uczyć się? No po co?

Przecież nie mamy dla kogo.. Nie widzisz.. Nie mamy dla kogo...

Widzisz tu kogoś?

Ok, rozumiem. Każdy chciałby lepszego życia. Ale nie każdy może mieć. Ty nie możesz. Widzisz sama. Próbowałaś. Nie wyszło. Zapomnijmy. Nikt się nie dowie. Nie wracajmy do tego więcej.. Umawiamy się, że wszystko zostaje tak jak dawniej...


Stare myślenie jest jak  parkowanie. Jeśli nie zachowasz odstępu, jeśli nie zapewnisz sobie odpowiedniego dystans od innych pojazdów- nie ruszysz z miejsca...


wtorek, 1 grudnia 2015

PRZEDŚWIĄTECZNOŚĆ



Cały miniony miesiąc przyglądałam się mojemu uzależnieniu; temu wszystkiemu co trzymało mnie na uwięzi u innych ludzi. Dużo zobaczyłam, jeszcze więcej zrozumiałam. I zazwyczaj kończyłam właśnie na tym: WIEM! I albo się zatrzymywałam w tym miejscu mojej wiedzy, albo pozostawiałam  zmiecione w jedną kupkę śmieci i biegłam dalej. Nigdy nie dokończyłam sprzątać. Wiele razy rozwalałam w przypływie złości albo raczej niemocy to co udało mi się zmieść w jedno miejsce. Wszystko dlatego, że się bałam. Bałam się zmienić, bo bałam się tego, tego i tamtego. I tak tkwiłam zapatrzona i zanurzona w marzeniach o tej pięknej mojej przyszłości, cały czas jednak tkwiąc w jednym i tym samym miejscu, które cechowała przeszłość. 



Listopad dał mi również możliwość aby odważyć się postawić pierwsze kroki, aby pójść dalej poza wiedzę. Wyjść z tego latami zasiedziałego przedziału komfortu. Nie były to łatwe kroki, bo po pierwsze nowe, dotąd napiętnowane lękiem, odrzuceniem ale w konsekwencji dawały mi poczucie lekkości i przeświadczenie, że skoro mogę uczynić to i to - to mogę uczynić o wiele więcej. Wtedy też odważyłam się spojrzeć w dotąd jeszcze pozamykane zakamarki mojego życia, których tak mocno się wstydziłam, brzydziłam i bałam, które czyniły ze mnie głupią, bezmyślną i nieporadną życiową dziewczynkę, której nie wolno z racji popełnionych błędów podnieść do góry głowy i czuć się częścią tego świata a jedynie podwładną tych wszystkich demonów mojej przeszłości. Zrozumiałam też, że pomimo tak ogromnych zniszczeń w moim życiu, tylu wydanych wyroków na mój temat, tylu szyderstw, wyśmiań, porzuceń mnie i wystawienia prawie że mojego życia na sprzedaż przez emocjonalne ubezwłasnowolnienie mnie - mogę je naprawić. Mogę je odbudować.  





Obserwacja z boku będzie nadal dla mnie ważna, jednak chcę iść dalej, stawiać kolejne kroki. Dlatego właśnie grudzień będzie miesiącem działania. Takiej przedświątecznej sprzątaniny. Dokończenia spraw przed którymi uciekałam całe życie i za które to niepowodzenia winiłam innych. Bycie odpowiedzialnym za swoje życie. Nie da się raczej wykładać matematyki na studiach nie znając tabliczki mnożenia. Można udawać co prawda, ukradkiem liczyć na kalkulatorze lub telefonie - ale to męczące i pełne napięcia i strachu, że ktoś przyłapie w końcu, wyśmieje, zwolni. Tak też ciężko wejść w dorosłe życie nie nauczywszy się bycia dzieckiem, nastolatkiem. Oczywiście możliwe - ale strasznie męczące, owiane lękiem, strachem że w końcu ktoś się pozna. Zresztą wystarczająco długo żyłam w taki sposób. Mimo nadchodzących mrozów wierzę, że tymi działaniami uda mi się zbudować most łączący całe moje życie, dzięki któremu będę mogła bez obaw iść do przodu nie uciekając i nie bojąc się przeszłości. 



czwartek, 26 listopada 2015

WARSTWA PO WARSTWIE



Nie umiem mówić wprost - to kolejne odkrycie mojej obserwacji mnie samej. Nie umiem mówić, nie dlatego, że nie wiem co powiedzieć, czy nie wiem czego chcę. Nie umiem - bo się boję. Boję się reakcji ludzi. Tracę masę czasu na ewentualną analizę ludzkich zachowań, odpowiedzi a najwięcej na mimikę. Wychowałam się w rodzinie, gdzie twarz rodzica, jej wyraz, oczy i wargi mówiły więcej niż wypowiadane słowa. Jestem dzieckiem domysłów, nie tylko tej rodzicielskiej reakcji ale także reakcji moich odbiorców po drugiej stronie skrzynki mailowej, naprzeciwko mojej twarzy czy monitora, już jako dorosły. Tak mnie uczono w imię Jezusowego nakłaniania do nadstawiania tego drugiego policzka. Drugiego i trzeciego, czwartego. Zabrakło ci policzka, nadstaw rękę, nogę, brzuch.. Albo najlepiej zejdź z drogi aby inni mogli spokojnie przejechać i dotrzeć do celu. A ty? Jakie to ma znaczenie. Ważne że zachowałeś się w imię nadludzkiej Miłości. 

Kilka dni temu miałam sen. Jeden z jego elementów był znaczący, ten drugi zresztą też. Byłam małą kilkuletnią sobą. Nie innym dzieckiem, ale mną cofniętą w czasie. I nagle ni stąd ni zowąd ta mała "ja" powiedziała mi coś co znaczyło mniej więcej tak: " Odrzuć to wszystko co poboczne. Idź." Kiedy się obudziłam poczułam jakby mój umysł się opróżnił. Działałam tak, jakby to co robię, piszę, mówię było czymś naturalnym, oczywistym, właściwym. Nie analizowałam, nie traciłam czasu i nie napędzałam się lękiem i krytycznymi myślami "A co jeśli?" "I myślisz, że dobrze robisz?" "A co jeśli odpowie ci tak i tak?" "I naprawdę uważasz, że powinnaś tam pójść - że zasługujesz na to?" To wszystko nagle zniknęło. W tym śnie ta mała ja nie tylko to powiedziała ona też coś robiła. Co? Nie pamiętam. Ale pamiętam ten spokój, tę przestrzeń, tą naturalność i swobodę w jej działaniu i o dziwo - efekty wręcz natychmiastowe i realne. Ona nie czekała na te efekty. Zrobiła swoje i poszła dalej. Efekty ją doganiały same, zaczepiały ją i mówiły: "No to jesteśmy".

Trochę to infantylne, może śmieszne, ale tak właśnie było. Potem długo obserwowałam mojego synka. On też się nie zastanawiał, nie pytał czy wypada, czy zasługuje. Po prostu sięgał po to, czego w danej chwili chciał. Mówił to, co chciał powiedzieć. I było to tak naturalne i normalne dla niego, ale także dla mnie jako obserwatora.

Teraz widzę jak błędnie przedstawiono mi świat i ludzi w nim żyjących. Cały czas żyłam w przekonaniu, że to "nadludzie", że oni każde moje zachowanie oceniają, analizują i podejmują decyzję: odpisać, oddzwonić, spotkać się, przepuścić na pasach. Włożono mi do głowy, że nie ma miejsca na pomyłki, na złe zachowanie, na poprawki. Od razu i cały czas masz być gotowa na to aby pokazać się z jak najlepszej strony ale tylko po to, aby inni poczuli się dzięki mnie lepiej, aby zachować się w taki sposób aby inni mnie zapamiętali: "O ta dziewczynka, to taka miła, grzeczna.." I ta najważniejsza końcówka "(...) musi mieć mądrych rodziców, skoro w taki sposób się zachowuje."
Tak właśnie żyłam: "Nawet jak się z ciebie śmieją, to nic. Ty masz się uśmiechać i pomimo to pomagać. Podejdź do nich i powiedz im, że mimo to, ty będziesz ich lubiła i jeśli będą potrzebować twojej pomocy to im ją udzielisz!"

Bycie cały czas własnością innych. Żyć tylko po to aby innym żyło się lepiej.. Moje życie miało być tylko piękną wizytówką moich rodziców - jako rodziców ale przede wszystkim LUDZI. Nie udźwignęli swojego życia, nie wykreowali go tak jakby tego pragnęli, więc uczynili ze mnie zamiennik i zbiornik swoich niespełnionych ambicji, marzeń, ludzkich upodobań, schematów, stereotypów, tradycji itd.

Ta Mała "ja" bardzo często mówi do mnie w snach. Pokazuje mi jaka jestem naprawdę - jaka byłam zanim zostały nałożone na mnie te wszystkie rodzicielskie i społeczne warstwy. I jej tak bardzo zależy, żebym siebie odnalazła pod tymi warstwami; żebym była sobą i usilnie pokazuje mi tą "mnie" właśnie w snach.

Jest przy mnie, mimo, że ja jako dorosła, przez tyle lat jej nienawidziłam w sobie, uciekałam od niej, wyrzekałam się jej. Ona została i czekała na mnie a teraz tak mocno z całych swych dziecięcych sił o mnie walczy.

Paradoks? Może, ale najpiękniejszy jaki mógł mi się zdarzyć. Szukałam miłości, akceptacji i bezpieczeństwa u dorosłych, rodziców, przyjaciół, facetów - a znalazłam go w Sobie - to we mnie poczułam się najbardziej bezpieczna, kochana i akceptowana..

Bo dziecko jest w stanie przeczekać największe emocjonalne mrozy na osobę, którą kocha. A dziecko kocha zawsze pomimo a nie za coś.


niedziela, 22 listopada 2015

POMIMO...


Od kiedy dorastam do mojego człowieczeństwa, od kiedy dokopuję się niekiedy do mojego prawdziwego i zakopanego "ja" wreszcie i chyba po raz pierwszy doświadczam istoty życia skrytej w każdej jego sekundzie.  Kiedyś  składało się ono tylko i wyłącznie z wydarzeń. To kropki z dziecięcych kolorowanek, które po połączeniu miały ukazać poszczególne obrazki - miały ukazać całość. No i nigdy nie wolno mi było wyjść za linię, poza kropkę. "Ma być równo - ma być idealnie połączone - pamiętaj." Wydarzenia były czymś co trzymało mnie przy życiu, dzięki nim mogłam czekać zatopiona w tej szarości mijających dni. Tak właśnie to pamiętam. Jako szarość. 



W wędrówce jaką rozpoczęłam kilka lat temu ku tzw. wyzdrowieniu, przeczytałam wiele książek, wysłucham wielu audiobooków, nawet obejrzałam wiele filmów. Ale w żadnej nie znalazłam odpowiedzi jak poradzić sobie z tym przeogromnym bólem, który rozrywa od środka, kiedy zwykła codzienność wali się na łeb na szyję, kiedy nic nie ma sensu, kiedy najchętniej zniknęłoby się na zawsze, albo żeby to zawsze nagle zniknęło. Nie znalazłam odpowiedzi - do dziś. Bo dziś zrozumiałam, że nikt nie może dać tej odpowiedzi. Można dać wskazówki i takie też czytałam, widziałam, słuchałam: zaparz sobie kawę, weź relaksującą kąpiel, wyjdź na spacer, spotkaj się z kimś. Ale to w momentach wewnętrznego rozpadu są kompletne bzdury, bo... Bo prawda jest taka, że jedyna odpowiedź jaką chciałoby się przeczytać czy najlepiej usłyszeć to: "Zaraz będę obok Ciebie i wszystko od Ciebie zabiorę, uwolnię cię od tego co się boli, wyleczę cię. Poczekaj chwilę. Zaraz będę." I nie chodzi o przyjaciela, który przyjdzie i każe ruszyć tyłek z kanapy, iść wysmarkać nos a potem włożyć buty i wyjść z nim. Nie. To potrzeba zrzucić tę niewygodną odpowiedzialność, konfrontację ze światem, niepewność, lęk, brzydotę. Wszystko. Upchać w solidne ludzkie drzewo i od razu odczuć lekkość. "Uff. Nareszcie! No dobrze, to teraz mogę żyć na nowo."


Dziś był i właśnie się kończy ten dzień, kiedy po otwarciu oczu wiedziałam, że lepiej dla mnie a także dla tych, co obok mnie, jakbym te oczy otworzyła dopiero wieczorem. To ten dzień, kiedy właśnie po ludzku wszystko jest do dupy; kiedy nic nie wychodzi; wszyscy są przeciwko; byle głupstwa urastają do ogromnych rozmiarów; nawet dziecięcy śmiech - ten, który w inny dzień przyniósł by radość - dziś rozrywa każdy nerw, każe zatrzaskiwać się na siedem spustów w sobie. Ale to też dzień kiedy wszystkie głosy przeszłości zjednoczyły się przeciw mnie: że niechluja, że nie pościelone łóżko, że stosy brudnych naczyń; że jak jak wyglądam; że włosy wyglądają na tłuste;  że przypalone ciastka i że cała jestem do dupy, że zajmuję tylko innym miejsce, że inni jakoś mogą a ja nie; że marnuję czas; że nie potrafię się wziąć za siebie; że to, że tamto.
Takie jedno wielkie "nic", leżące zgnojone przez własne myśli na środku całego egoistycznego mniemania, że przecież dotarłam już do pewnego momentu takiej mnie, która udowodni że, ....


Wsiadłam do samochodu, pojechałam do lasu. Las zawsze mnie wycisza i jakby oddaję mi moje cząsteczki siebie w jego szumie i zapachu. Mam przyjaciółkę, która często pisze mi o pokorze. Jej pokorze. Długo nie rozumiałam o co tyle zamieszania z tą pokorą. Do tej pory kojarzyła mi się z uległością. Dziś zrozumiałam chyba jej sens. Dotarło do mnie, że droga, którą biegłam do dzisiejszego południa, to nie ta właściwa. Po raz kolejny chciałam wykreować siebie na kogoś, kim inni się zachwycą, kogo będą chcieli znać, chwalić się nim, kto wreszcie zabłyśnie a tym samym odbierze sobie te lata zniewagi, wyśmiania. Chciałam być cały czas idealna.. Pokora to dla mnie właśnie  zatrzymanie się i postawienie pytania czy właśnie tam chcę dojść? Czy chcę tam dojść tylko i wyłącznie dla siebie czy dla innych? Czy chcę powielać dawne życie, kiedy moje "ja" było reprezentowane przez innych?



Wróciłam już jako ja, ciągle kuśtykająca na tym "ja", ale tym reprezentującym mnie samą. I gdy wysiadałam z samochodu przed blokiem uświadomiłam sobie, że znalazłam odpowiedzieć na to moje pytanie o cud przetrwania tych dni do dupy. ŻYJ POMIMO. Jedź do lasu, upiec ciasteczka, pobiegnij wieczorem do sklepu, jeśli zorientujesz się, że zabrakło dżemu do ciastek - nieważne, że cała w mące. Włożona do głowy idealność kazała mi szukać odpowiedzi, które wygładzą każdą "złą"emocje, każdy jakiś ból czy emocjonalne mrowienie - abym mogła patrzeć na dzień jak na piękną białą kartkę. To było piekielne trudne nie uciec dziś od tego bólu, od tego napięcia, chaosu w sobie i obok siebie. Wszystko we mnie krzyczało, błagało powrotu na stare ścieżki, do starych schematów myślenia, aby tylko nie czuć, nie słyszeć - aby jak kiedyś być emocjonalnie zamrożonym.. 



Zaczynałam ten dzisiejszy dzień jako Małe Dziecko głupiutkie, bezbronne, takie, na którym można się wyżyć, zostawić każdy słowny brud. Potem wsiadłam do samochodu jako Rodzic. Chodziłam po lesie pozwalając temu Dziecku biegać, krzyczeć, nawet uciekać ode mnie aby po chwili przybiegło z patykiem, kamieniem lub szyszką. Kończę ten dzień jako Dorosły, który jest dumny z obu moich wewnętrznych stanów, którymi byłam w ciągu dnia, który jest wdzięczny za każde doświadczenie. I który przemógł się także do pozmywania naczyń z całego dzisiejszego dnia..

Jakkolwiek mocno rozszarpał mnie ten dzisiejszy dzień, tak jeszcze mocniej zrozumiałam, że żaden dzień nie jest taki sam, że każdy niesie tysiące możliwości do zrozumienia, do bycia, do doświadczania; że nawet jak niewygodnie to można żyć, nawet jak boli, nie trzeba uciekać ale pozwolić sobie tego doświadczyć - właśnie tego co po ludzku niechciane, złe, niewłaściwe;  że żyjąc pomimo, kuśtykając na tym budowanym dopiero "ja" można wbrew wszystkiemu wejść głębiej - głębiej w swą ludzką naturę...








piątek, 20 listopada 2015

"ŻEBY DOJŚĆ, TRZEBA ZACZĄĆ IŚĆ!"



Można się czołgać, można podjechać, złapać stopa. Nieważne. Trzeba wyruszyć. W moim przypadku wyruszyć w głąb siebie zanim wyruszę przed siebie. Dla jednych to strata czasu, dla innych głupota, dla kolejnych kompletne ześwirowanie i niezrozumienie. Dla mnie to właśnie dojrzałość. I tylko to jest dla mnie najważniejsze. Nawet gdybym miała nie zdążyć przeżyć czegoś innego to wędrówka w głąb mojej świadomości albo raczej nieświadomości jest dla mnie nie tyle bardzo ważna, potrzebna ale fascynująca.



Wczoraj zrobiłam przerwę w mojej obserwacji mnie samej z boku, z dystansu. Wzięłam ponownie kartki, długopisy i zrobiłam trzy listy: 1) Czego się dowiedziałam w tym ostatnim czasie? 2) Co wymaga przepracowania z tej pierwszej listy? I trzecia jakże ważna: Co udało mi się dokonać? Długo się zastanawiałam nad tą trzecią - no bo po co? szkoda czasu; to nic innego jak egoizm, jak chwalenie siebie... Po tym natłoku myśli wróciłam do listy pierwszej i dopisałam:

  • Zrozumiałam, że chwalenie siebie uważam za coś gorszącego, grzesznego, coś czym lekceważę innych, czym się wywyższam a czego mi nie wolno.
Pierwsza lista ma w sobie ponad 30 praw, czy prawd które zobaczyłam, zrozumiałam -  które do tej pory kierowały moim życiem a ja bezwładnie pochylałam głowę i z obojętnieniem mówiłam: "Mam to gdzieś, niech się tak dzieje." Niektóre prawdy czy prawa były zdumiewające. Tak pochowane i zakamuflowane, że gdyby nie ta przestrzeń przy jednoczesnej akceptacji wszystkiego co we mnie, możliwe, że nigdy bym tego nie zrozumiała. Na przykład:

  • dlaczego całe dzieciństwo chodziłam w spodniach z jeansu. I to takich grubych. Nawet wtedy, kiedy w lato panował przeszło 38 stopniowy upał;
  • dlaczego tak bardzo uzależniłam się od konta na fb; dlaczego tak strasznie kontrolowałam wszystko to, co tam zamieszczałam a jeszcze bardziej to co, ktoś umieszczał w komentarzach, czy na mojej tablicy; dlaczego nigdy nie dodałam pierwszego lepszego zdjęcia zrobionego na wakacjach, tylko zawsze musiałam je najpierw obrobić, udoskonalić; dlaczego tak bardzo raziły mnie wpisy i "niechlujność" na profilach znajomych;
  • dlaczego zawsze chciałam "zdobyć" tych, którzy byli "na topie", którzy mieli pewien prestiż, którzy dla przeciętnego człowieka byli ponad nim, bez możliwości wejścia w ich świat;
  • dlaczego moje życie toczyło się tylko w przestrzeni tego co było albo tego co będzie - nigdy tego co teraz. 
Ujrzałam też siebie jako zwykłego człowieka a nie nadczłowieka jak dotąd i to tylko to" nad" miało oznaczać skrzywdzone, bezbronne dziecko w całej swej  niewinności. No właśnie nie. Zobaczyłam jak wiele we mnie wręcz nienawiści do ludzi. Takiej chęci sponiewierania innymi - głównie tymi, którzy mają to, czego ja nie mam a czego tak bardzo pragnę. Zobaczyłam moje skłonności do skłócania ludzi, do wręcz stawiania ich w złym świetle. Wszystkie te moje destrukcyjne zachowania miały oczywiście swój początek w rodzinnym domu, to były też mechanizmy obronne małego dziecka, które pozwalały mu przetrwać, wyszarpnąć jakąś emocjonalną kromkę chleba, bo wiedziało, że nikt mu jej ot tak nie przyniesie. Te mechanizmy były tak silne, ta walka o gramy miłości, uwagi i akceptacji, że nie chciały odpuścić. Te kilkanaście dni, które za mną dały mi to zrozumienie jak raniące były i są to mechanizmy dla mnie samej ale przede wszystkim dla innych. To dziwne a nawet śmiesznie smutne, ale do teraz żyłam w przeświadczeniu, że ja nikogo nie skrzywdziłam, niczemu nie jestem winna. A nawet jeśli zrobiłam tak jak zrobiłam to tylko dlatego, że tak musiałam. Ale przecież nie chciałam skrzywdzić a skoro nie chciałam to tak naprawdę nikogo nie skrzywdziłam - dokładnie tak jak moja Mama. 

Druga lista ma w sobie imiona osób, które skrzywdziłam - mniej lub bardziej. Ma w sobie te obszary mojego życia za które do tej pory nie brałam odpowiedzialności. To trudna lista - ale chyba najcenniejsza i dająca największe emocjonalne zyski i zwycięstwa. 

Na trzeciej do wczoraj były tylko dwie pozycje. I wydawały mi się niczym, dopóki ich nie napisałam, nie popatrzyłam i nie zobaczyłam stojącej za nimi przeszłości i mojego doprowadzenia sprawy do końca pomimo strachu, wstydu.. Dziś dopisałam trzecią pozycję..

Ten blog jest tak naprawdę namacalną zmianą na moje uczenie się być dokładnie tu gdzie jestem, dzielenie się doświadczeniami, które przeżywam właśnie dziś, czy wczoraj wieczorem. Nie kilka lat temu, czy nie za kilka lat. Doświadczanie tego co tu, to specyficzne moje doświadczania tego co tu jest jakby koniecznie zanurzone po trochu w przeszłości aby nadać temu "tu" wyrazisty i czytelny dla mnie kolor. Ale dzięki przeżywaniu tego co w tej chwili - mój wzrok coraz częściej zatrzymuje się na drzewie, kałuży, staruszku, czy kolorze kubka, który trzymam w ręce. Banalne -  ale dla mnie nieznane do teraz.


środa, 18 listopada 2015

"CZEKAJĄC NA TO CO BĘDZIE, NIE WIDZIAŁAM TEGO CO BYŁO"


Szczerość. Prawdomówność. Wszystko było nie tak jak być powinno albo nie było w ogóle. "Masz mówić prawdę - jak Cię pytam, bo inaczej..."; "Rodziców nie wolno okłamywać"; "Masz być ze mną szczera i powiedzieć wszystko tak jak było naprawdę, bo  i tak się o wszystkim dowiem". Cały paradoks tkwił w tym, że to działało tylko w jedną stronę. Dziecko ma być szczere i mówić prawdę rodzicom. Oni nie muszą. Mocno zaryglowane drzwi z jednej strony i otwarte na oścież z drugiej, do których nie wolno było nawet podejść, często spojrzeć.

Sobotnia konfrontacja w przestrzeni bezpiecznej przyjaźni z pytaniem w roli głównej, uświadomiła mi coś jeszcze. Całe życie byłam przekonana, że to co słyszę od ludzi nie jest prawdą. Mówią, bo mówią - bo tak wypada, żeby nie zranić. I tak jak przykre słowa, uwagi były dla mnie prawdą i wierzyłam na oślep, że tak właśnie jest - tak w przypadku słów miłych, komplementów uśmiechałam się w ramach zakłamanego podziękowania i odchodziłam z przekonaniem: "Skoro tak powiedział/ła, to znaczy, że tak nie myślał o mnie. To tak naprawdę znaczy, że nie podobałam mu się, nie spędziła tego czasu miło..." Bezpieczeństwo przyjaźni pokazało mi, że są ludzie, którzy mówią to co naprawdę myślą, nawet jeśli nie jest to na początku miłe, słodkie. A jeśli jest miłe i słodkie to takie właśnie jest w rzeczywistości. Zrozumienie tego przewróciło mój świat jakby do góry nogami.

Dlaczego? Nie inaczej niż przez zachowanie mojej mamy. Tego co mówiła i jak negowała to, co mówił ojciec. Pierwszy raz zdałam sobie z tego sprawę rok temu. Uwierzyłam jej, że się naprawdę cieszy moim szczęściem, tym, że udało mi się spełnić moje kolejne marzenie. Bo tak właśnie pełna dumy, radości i matczynej miłości mówiła mi to w dodatku pijąc ze mną wino za to moje szczęście. Niespełna trzy miesiące po wspólnej radości wykrzyczała mi, że to co zrobiłam było najgłupszą rzeczą jaką zrobiłam. A mówiła, że się cieszy - tylko dlatego, żebym się na nią nie obraziła - ale skoro minęło już trochę czasu to może mi wreszcie powiedzieć co ona o tym myśli... Do dziś pamiętam to wszystko co mówiła. Wtedy otworzyły mi się oczy, zobaczyłam, że przecież tak robiła całe życie: najpierw chwaliła, cieszyła się a potem.. deptała równo z ziemią. A ja? Za każdym kolejnym razem wierzyłam, że tym razem to naprawdę się cieszy, że jest ze mną szczera, że nie kłamie...

Chyba też z tęsknoty za prawdą zdecydowałam się na terapię. Przeczytałam gdzieś: Tam się dowiesz jak jest naprawdę. Nawet nie byłam do końca świadoma, jak bardzo łaknęłam tej prawdy, nawet nie potrzebowałam, ale łaknęłam.
Stagnacja emocjonalna ze strony terapeuty na mój temat, brak tego zdeptania po jakimś czasie, ta nicość słowna: "No dobrze, znamy się już trochę to teraz mogę ci wreszcie powiedzieć co o tobie myślę..." bardzo pomału pomagała mi odryglowywać te drzwi co za mną i podchodzić do tych drzwi co przede mną.  Istniejąca jednak sprzeczność między rzeczywistością a tym co słyszałam na sali terapeutycznej ciągle jednak miotała moim postrzeganiem świata.

Zakończyłam terapię, mimo to, nie uwierzyłam do końca w to co tam słyszałam pozytywnego na mój temat. Wpojone zakłamanie i to, że rodzic ma pozwolenie na to zakłamanie było silniejsze.

W sobotę zadałam sobie pytanie: "A co jeśli to co usłyszałaś dzisiaj i to co słyszałaś wcześniej - było właśnie takie jak mówili? Co jeśli ktoś pochwalił twój wygląd bo tak właśnie myślał? Co jeśli nie wszyscy cię okłamywali?

Wczoraj poszłam do lekarza po skierowanie. Tylko. A on zadawałam tyle pytań, co boli, od kiedy. Pytał z taką delikatnością jakby nawet troską. - "O nie, jest miły. Jezu, co ja teraz zrobię. Zaraz mnie wyśmieje, wykrzyczy, że tyle zwlekałam, że jestem taka i taka.. Nie chcę już tego słuchać, chcę uciec." - myśli biegały po mojej głowie.
- Proszę tu jest pani skierowanie, a tu przepisałem jeszcze pani lek przeciwbólowy aby do czasu wizyty nie musiała pani cierpieć z powodu bólu..

Popłynęły mi łzy. Czyli jest jeszcze jedna osoba, która za dobrocią nic więcej nie ma w zamiarze mi ofiarować? Tylko miłe słowo i pomoc..?

Po tylu latach zaczynam ufać, że często jeśli ktoś mówi: "Popatrz, tam pod tym drzewem siedzi czarny kot." - to tak właśnie jest. I nic więcej. I nie inaczej.



wtorek, 17 listopada 2015

"DELEKTUJ SIĘ SMAKIEM SIEBIE"

Pierwszy raz zjadłam rybę bez przypraw dokładnie rok temu w Wigilię. Tradycyjny Karp, którego każdy miał sobie posolić na talerzu. Nie posoliłam. Mało tego. Zachwyciłam się jego smakiem z goła naturalnym. "Czyli bez soli, też może smakować" - pomyślałam delektując się jego smakiem.

Do dziś pamiętam, jak niedodanie soli do gotujących się ziemniaków z ludzkiego zapomnienia było czynem  karygodnym, wręcz karalnym. To założenie, że ziemniaki są zjadliwe, tylko wtedy jak są osolone - było jak świętość. Nawet nie liczyło się to, czy jest ich wystarczająca ilość w garnku - ale czy są posolone.

Wszystko musiało być doprawione, aby smakowało. Nie było miejsca na posmakowanie w pierwotnej formie. Może marchewki z domowego ogródka, albo truskawki, wiśnie z podwórkowych drzew - ale i to musiało być starannie umyte, wytarte. Zjedzenie prosto z ziemi czy z krzaka - to kolejne przestępstwo: bo brudne, bo się rozchorujesz; bo się ubrudzisz no i - co ludzie sobie pomyślą jak zobaczą, że jesz z piachem... ?

Od kilku miesięcy staram się nie używać przypraw, zwłaszcza do tych potraw, których smaków jeszcze nie poznałam. Niewiarygodne jak smakują, jaka w nich różnorodność, kolorystyka.
Gdzieś to moje życie było jak to jedzenie. Nigdy nie mogło być naturalne, nigdy brudne, prosto z ziemi - tak jak zostałam ukształtowana. Wszystko musiało być dosolone, zaprawione, odpowiednio ułożone, przysmażone..Bo surowe i nieprzyprawione to co to za jedzenie. Żadne.  Miałam nałożone na siebie kilkadziesiąt warstw - nawet cebula tylu nie ma. Tylko, że ze mnie nikt ich nigdy nie ściągnął, ja sama też nie.. Niemożnością było wiedzieć jak się smakuje tak naturalnie, mając na sobie te wszystkie przyprawy, dodatki...

Do teraz żyłam w przeświadczeniu że jestem grzeczna, cicha, spokojna. A na pewno, że taka mam być. Dziś poszłam na spacer, na pocztę, do lekarza. Na spacerze czułam się jak egoistka, bo kompletnie nie obchodziło mnie co się wokół mnie dzieje, czy ktoś nie potrzebuje pomocy, czy ktoś nie leży w rowie pijany, czy wymuszę pierwszeństwo na pasach. Tak, do tej pory jakbym szukała sposobności aby innym pomagać, wybiegać przed wszystkich, z zarzuconą przez ramię apteczką  ratować, poświęcać się.. Na poczcie nie podeszłam do staruszki i nie podałam jej laski, kiedy jej wypadła z rąk. Moje ciało się wyrwało na wewnętrzne polecenie: "No idź i podnieść, jesteś młodsza. Masz iść to zrobić. Tak cię wychowałam.", jednak moje serce mówiło: "Nie chcę iść. Chcę stać w tej kolejce jak ci wszyscy ludzie. Ona sobie poradzi beze mnie." - poradziła i to całkiem dobrze. U lekarza nie wpuściłam nikogo przed siebie.. Pilnowałam swojej godziny jak pies podwórka.


Egoizm, lenistwo czy może mój naturalny smak?


poniedziałek, 16 listopada 2015

"DAJCIE CZASOWI CZAS!"

Kilkanaście lat temu uczyłam się grać na gitarze. Struny metalowe, piekielnie wysoki próg, co niemożnością dla początkującego było złapanie podstawowych chwytów nie wspominając o barowych. Po 15 minutach przyciskania pod opuszkami palców zbierała się krew, niekiedy metal strun przecinał skórę. Każde dociskanie kolejnej struny sprawiało ból, niekiedy tak wielki, że całe ciało zaczynało drżeć. Nie miałam szczęście do gitary. Znajoma chciała się pozbyć, ja pragnęłam nauczyć się grać. Moja naiwność i jej chęć wzbogacenia się. Nic więcej pisać nie trzeba.

Uczyłam się grać sama. Kilka kartek z rozrysowanymi chwytami i stary znaleziony śpiewnik.

- Tylko pamiętaj, aby łapać chwyty od razu całe. Nie dokładaj oddzielnie każdego palca, bo będziesz się uczyła w nieskończoność - usłyszałam po jakimś czasie od znajomego.

Nie do końca wiedziałam o co mu chodzi, ale posłuchałam. Spędzałam godziny na to aby trafiać w odpowiednie struny.  Pamiętam  krew na palcach i twarde jak kamienie bąble na opuszkach. Ale pamiętam też moje pierwsze zwycięstwa, kiedy palce w jednym czasie złapały chwyt "C". Od tamtej pory nie przeszkadzała mi ani krew ani twarde opuszki.

Nauczyłam się grać - ale nigdy nie uwierzyłam, że potrafię grać sama. W akompaniamencie innych gitar - tak; sama - nigdy. W międzyczasie kupiłam sobie drugą; nową, lepszą i w pełni moją. Od ponad ośmiu lat nie miałam gitary w rękach. Schowana w pokrowcu leży na szafie w rodzinnym domu. Porzuciłam ją - bo nie wystarczyło mi odwagi aby grać samodzielnie, aby uwierzyć, że potrafię to zrobić. Nawet nie spróbowałam..

Listopad to dla mnie miesiąc, kiedy odważyłam się na inną samodzielność. Na swoją życiową samodzielność a może samotność. To czas, kiedy obserwuję siebie, moje zachowania, reakcje, moje opinie na temat innych ale przede wszystkim na temat samej siebie. Pierwszy raz w życiu od tak dawna świadomie stoję jakby w jednym miejscu. Z boku siebie.. Od niczego nie uciekam, w nic co jak magnez, który ciągnie do przeszłości, do tego co dobrze znane - nie wracam.  Doznaję uczuć, emocji, których nigdy do tej pory nie doznałam i pozwalam im przeze mnie przepłynąć.. Są dni że tęsknota jak wichura szaleje po mojej duszy, że ciało, serce stoi już w drzwiach z kluczami w dłoni i błaga mnie, aby stąd uciec, aby więcej już żadnych emocji nie wpuszczać.. Tak, są dni kiedy to przeraża ale są momenty kiedy to fascynuje. Pierwszy raz fascynuje mnie moja osobowość z całą różnorodnością.

Zawsze się bałam intensywności emocje, tak jak bałam się  łapania chwytu całego jednocześnie - tylko dlatego, że ktoś powiedział, że to trudne.. Ale jedno i drugie wymaga dania sobie świadomie czasu. Czasu w którym  równie świadomie porażki będą czymś normalnym, codziennym. A mało tego, będą jak schodki, które o ile z nich nie zawrócę zaprowadzą mnie do wyznaczonego celu..

I siedząc na jednym z nich zdałam sobie sprawę, że przez te wszystkie lata, jakaś siła we mnie, nie pozwoliła mi sprzedać tej mojej gitary...




niedziela, 15 listopada 2015

ZRÓB SOBIE MIEJSCE!

Zaczęłam iść. Sama. Odczepiłam całą przeszłość. Zostawiałam ją w bezpiecznym miejscu. Nie udało mi się jeszcze wszystkiego pozamykać, ale sama świadomość prawdy, umiejętność zrobienia tego i odwaga stanięcia na równi z drugim człowiekiem pozwala mi wyruszyć - pomimo ciągle istniejącego przeciągu.

Dziwne uczucie iść samemu. Iść bez obciążenia. To tak mało realistyczne, że co chwilę oglądam się za siebie aby upewnić się, że nic za mną nie ma. Wszystko jest obce, nowe. Wszystko to co do tej pory mijałam każdego dnia i z pozoru znałam na pamięć.

Z każdej podróży zawsze się wraca do siebie. Do siebie fizycznie ale i do siebie emocjonalnie. Do tej pory wracałam tylko fizycznie do mieszkań, do miejsc. Wczoraj pierwszy raz wróciłam do siebie emocjonalnie. Doświadczyłam wreszcie co znaczy móc zaufać, co znaczy mieć swój emocjonalny dom w którym wiesz, że nic ci nie zagraża, że możesz chodzić w brudnym swetrze, jeść rękoma i pić z butelki. Jednak przewrotność ludzkiego myślenia okazuje się nie mieć ograniczeń lub mieć je w nadmiarze, jeśli dajemy je sobie sami.

Przez ostatnie dwa lata słyszałam pytanie, odnoszące się do mojego zachowania względem pytającego. Gdy je słyszałam zamierałam, czułam jak paraliżuje mnie strach, jak cała moja dorosłość rozpływa się gdzieś, zostawiając na pastwę losu to biedne wewnętrzne dziecko, które.. No właśnie: które za każdym razem odbierało to pytanie jako atak, jako chęć poniżenia, wyśmiania, zdeptania.. Wczoraj usłyszałam to samo pytanie od innej osoby. Każde słowo było takie samo, każdy ruch głową był taki sam, nawet tak samo zmarszczyło się czoło.. Nie wierzyłam w to co słyszę i widzę..
Tylko tym razem moja dorosłość nie uciekła. Zawstydziła się, ale po chwili zatrzymała. Rozsiadła się wygodnie i powtórzyła sama sobie to pytanie..

Do dziś nie znalazłam na nie odpowiedzi. I tak naprawdę nie ma to dla mnie aż takiego znaczenia ją w sobie odnaleźć. Bo doświadczyłam czegoś o wiele wartościowszego.
 Nie uciekłam od drugiego pytającego - bo mu ufam. Nie bałam się swojego brudu wewnętrznego - bo wiedziałam, że jestem przy nim bezpieczna i w pełni akceptowana. Do tej pory przez te wszystkie lata, chyba traktowałam to jako coś oczywistego, coś co jest składnikiem przyjaźni. Choć z drugiej strony słowo "zaufaj mi" wzbudzało we mnie przeogromny lęk i z góry dobrze mi znaną manipulację i w konsekwencji zdradę, kłamstwo, wyśmianie.. Nie ufać nauczyła mnie moja mama, zmuszając mnie do zaufania jej, choć była to tylko gra słów mniej lub bardziej świadomie przez nią wypowiadana.
Wczoraj jakby na nowo poczułam się cudownie mogąc paplać się w moim wewnętrznym brudzie, szukając kamyków szczęścia, bo czułam się bezpieczna, pewna, przeświadczona, że mogę sobie grzebać w tym błocie a on - przyjaciel -  poczeka na to aż coś znajdę lub powiem: "Ok, nic nie ma, możemy stąd iść!"

Wieczorem paplałam się już sama w tym moim wewnętrznym błocie. Nie oceniałam siebie, nie analizowałam tego jak się zachowałam, co mówiłam, co mogłam ulepszyć.. Po prostu się paplałam.. Bo po tyle latach wędrówki wreszcie wróciłam do mojego emocjonalnego domu. Dotarło do mnie, że zaufać sobie - to pozwolić sobie na paplanie się w błocie i czerpanie z tego radości..

Zaakceptować siebie z całym pięknem i brudem. Bo pomimo różności płonie we mnie ten sam płomień mojego życia. I właśnie tu od teraz rodzi się moja akceptacja  kamyków zanurzonych w moim błocie.




sobota, 14 listopada 2015

"OSWOIŁEŚ MNIE, WIĘC TERAZ ZA MNIE ODPOWIADASZ!"

... Zanim jednak zrobiłam krok do przodu, tak naprawdę zrobiłam go pierw do tyłu. Pod wpływem wielu sytuacji zrozumiałam, że w moim życiu panuje permanentny przeciąg, że jeszcze nigdy nie zamknęłam żadnych drzwi poszczególnych rozdziałów i etapów w moim życiu. Stąd też nic nie mogło nabrać ładu, tego czysto ludzkiego, codziennego i rokującego na przyszłe życiowe decyzje. Ten krok w tył, to trzy długie wieczory z kartką i długopisem w dłoni. To wypisywanie zdarzenie po zdarzeniu, relacja po relacji, sytuacja, etap, rozdział, wszystko po sobie. Trzy kartki A3 zapisane od góry do dołu. Patrzyłam na to długo, płynęły łzy, z każdej strony przebijał się przeogromny strach gdy wzrok padał na poszczególne wyrazy, zdania, sytuacje.. Odłożyłam długopis nie mogąc uwierzyć, że do teraz targałam ze sobą każdą napotkaną osobę, przed którą nie miałam odwagi choćby podnieść głowy do góry, targałam każdą złośliwość, niewygodną sytuację, każde rozstanie, pogardę, opuszczenie, niedotrzymane słowo i wszystko, naprawdę wszystko co się wydarzyło aż do tego momentu.. Byli tam wszyscy, nawet Ci, których już na tym świecie nie ma. Wszyscy - tylko nie Ja!
Z każdą kolejną minutą docierało do mnie, że targałam to wszystko i tych wszystkich ze świętym przeświadczeniem, że to oni są wszystkiemu winni. Oni i tylko oni. A ja? A ja zostałam do takiego życia zmuszona, muszę być poddana bo inaczej.. I tu pojawiał się zawsze strach w który nie chciałam wejść, więc szłam ciągnąć za sobą Tira załadowanego po brzegi przeszłością.

Klucz znalazłam w zrozumieniu,  że ja też skrzywdziłam wiele osób takim a nie innym zachowaniem, pretensjonalnością, nieludzkimi oczekiwaniami... Wreszcie mogę zamknąć to co do tej pory otwarte, naprawiając przed tym pourywane drzwi i zepsute zamki. Wreszcie mogę przestać uciekać.

Wreszcie mogę podnieść głowę, przestając przeglądać się jedynie w zmętnionych kałużach przeszłości..


piątek, 13 listopada 2015

"KIEDY ZACZYNASZ DROGĘ, BĄDŹ GOTOWA JĄ SKOŃCZYĆ!"

Do października żyłam w błogiej świadomości, że uzależnienia dotykają ludzi - tych innych ludzi. Nie mnie. Niestety zderzenie z prawdą było bolesne. Leżałam długo w dole rozpaczy, kobiecej zniewagi, upokorzenia, pytań na które szukałam odpowiedzi ale tylko takich, które odsuną winę ode mnie i znajdą swoje miejsce u innych osób. Zbiegi okoliczności, napotkane osoby, rozmowy i to co przelewało się przez wirtualny papier doprowadziły mnie do momentu, kiedy stanęłam w prawdzie sama ze sobą. Kiedy wreszcie tak naprawdę to ja nacisnęłam na hamulec w tym życiowym samochodzie i zatrzymałam się. Nigdy wcześniej tego nie zrobiłam. Nigdy się w moim życiu nie zatrzymałam. Nigdy sama. Całe życie biegłam z jedną ręką lekko wysuniętą w tył, aby w każdej chwili ktoś mógł mnie złapać  i zatrzymać mnie, przyciągnąć do siebie i obiecać pomoc, wsparcie i sielankowe życie, w którym ja będę wreszcie najważniejsza i wolna od odpowiedzialności za swoje życie.
Stanięcie w prawdzie z samą sobą, zadanie sobie pytania; "Czy chcesz?" było podniesieniem pierwszy raz głowy do góry w momencie stawianego pytania w moją stronę. To nie był żaden pierwszy krok, on owszem nastąpił - wybiegając kilka dni do przodu - ale pierwszy raz zdałam sobie sprawę, że to nie on jest najważniejszy i najtrudniejszy. Dla kogoś takiego jak ja, kto nigdy nie patrzył ludziom w oczy, kto zamykał je wręcz tak mocno jak słyszał obelgi, krzyki, obwinianie i te pytania, które przeszywały na wskroś całe ciało i duszę - podniesienie głowy do góry, otworzenie oczu i odwaga spojrzenia przed siebie, choćby w swoją twarz w lustrze - to decyzja a za nią czyn - to wszystko co pozwala aby za wzrokiem podążyły nogi - wreszcie nie na oślep, nie byle gdzie - ale TAM.
A potem stałam długo wpatrzona przed siebie. Wszystko było rozmyte. Życie dla innych płynęło normalnie. Ja jednak widziałam tylko ten malutki skrawek mojego życia przed sobą w wyraźny sposób. Moje odczłowieczenie do którego przyczynili się ci wszyscy Inni, ale na które ja mniej lub bardziej świadomie dawałam im przyzwolenie.
Po kilku dniach dania sobie przyzwolenie na to z pozoru bierne stanie zaczęłam stawiać ten pierwszy krok...


czwartek, 12 listopada 2015

IMIĘ

Cześć! Mam na imię.. Na razie jeszcze nie wiem też jak mam na imię. Moje imię wzbudza we mnie wręcz odrazę, wypowiadane przez innych  mnie upokarza, wyklucza. A jeśli nie lubi się swojego imienia nie sposób lubić siebie i się z sobą identyfikować. Za jakiś czas na pewno się przedstawię.
Więc zacznę inaczej.
Cześć! Jestem DDA! I jestem uzależniona od każdego milimetra ludzkiego uznania, dobra, miłości czy zainteresowania. Jestem uzależniona od ludzi. Tych, którzy ofiarowują mi coś co nazywamy uwagą ale też od tych, którzy tej uwagi mi nie dają a wręcz przeciwnie, którzy traktują mnie przedmiotowo i nieludzko. Tak właśnie. Tych pierwszych tak bardzo mi w życiu brakowało dlatego lgnę do nich jak kilkuletnie dziecko do spódnicy matki; a tych drugich miałam na co dzień przed oczami, uszami, dotykiem i do nich jestem po ludzku lub po dziecięcemu przyzwyczajona.
Wbrew wszystkiemu ten blog nie będzie miejscem gdzie będę wylewała moje żale i nienawiść do powyżej opisanych.
Wyruszam w podróż mojego życia aby odnaleźć MNIE. Mnie prawdziwą. Mnie,której nigdy nie poznałam a nawet jeśli to nie pamiętam. Za pewno tych bolesnych chwil owianych przeszłością, która uzewnętrzni się w teraźniejszych sytuacjach nie będzie brakować, ale wierzę że uda mi się idąc rozpoznawać każde cząsteczki siebie dawno temu rozdeptane i wyrzucone przez tych, którzy nie byli gotowi na moją indywidualność..
Wyruszam aby  zdążyć przed śmiercią żyć. Żyć w pełni. Żyć w wolności. Żyć nie będąc uzależnioną od ludzi.. Żyć w miłości i szacunku do Siebie. Tej wyjątkowej, indywidualnej. Bo podobno taka jest moja ludzka natura.. Wyruszam aby tego doświadczyć..

środa, 11 listopada 2015

MUŚNIĘCIE SOBĄ


Połowę mojego mózgu zajmuje moje wewnętrzne dziecko. To wylęknione, opuszczone, wyśmiewane i tak naprawdę niechciane. To, którego nikt nigdy nie docenił za to, że jest – właśnie takie jakie jest. To, które co by nie zrobiło było zawsze zachowaniem  nieadekwatnym do wyobrażeń tych, którzy tych zachowań oczekiwali, wręcz żądali .


Drugą część mojego mózgu zajmuje  mama i ludzie dobrej rady stojący obok niej w tym moja starsza siostra. To tak naprawdę jedno. Jedno wielkie Guru, co do którego ja – ta mała mizerna istota musi być uległa, nienaganna, grzeczna, miła, uśmiechniętą, zawsze gotowa pomagać, wyręczać i brać winę na siebie. Chociaż nie. Mnie miało tam tak naprawdę nie być. Mnie z całym arsenałem MNIE.  Ja miałam być.. Nie, ja miałam wejść w kombinezon, który dla mnie uszyto z niespełnionych ambicji, pragnień, z niedowartościowania i potrzeby zaskarbienia sobie przychylności  ludzkich opinii – tych wspaniałych opinii. Mnie nie było do teraz.. Ale teraz też mnie jeszcze nie ma..


Przez prawie 28 lat biegłam na oślep. Przed siebie. Nie, znowu źle piszę. Nie biegłam. Uciekałam. Od czego? Jeszcze tak mało wiem od czego? A może od kogo? Przez ostatnie kilka lat moje życie zaczęło zwalniać. Nagle ktoś zapytał mnie: „A co czujesz?” No głupota totalna – myślałam wtedy. A co ja mogę czuć? No oczywiście, że nic. Przecież wszystko jest dobrze. A że tu siedzę.. No siedzę. Jest mi źle – ale poza tym, to przecież jest dobrze.. Wczoraj mój wewnętrzny silnik nagle zgasł. Samochód zwany moim życiem – zatrzymał się. Przekręcanie kluczykiem w stacyjce nic nie pomogło. Wysiadłam na kompletnym pustkowiu. Pustkowiu mojego życia.Pierwszy raz w życiu zostałam zupełnie sama – sama ze Sobą.