środa, 18 listopada 2015

"CZEKAJĄC NA TO CO BĘDZIE, NIE WIDZIAŁAM TEGO CO BYŁO"


Szczerość. Prawdomówność. Wszystko było nie tak jak być powinno albo nie było w ogóle. "Masz mówić prawdę - jak Cię pytam, bo inaczej..."; "Rodziców nie wolno okłamywać"; "Masz być ze mną szczera i powiedzieć wszystko tak jak było naprawdę, bo  i tak się o wszystkim dowiem". Cały paradoks tkwił w tym, że to działało tylko w jedną stronę. Dziecko ma być szczere i mówić prawdę rodzicom. Oni nie muszą. Mocno zaryglowane drzwi z jednej strony i otwarte na oścież z drugiej, do których nie wolno było nawet podejść, często spojrzeć.

Sobotnia konfrontacja w przestrzeni bezpiecznej przyjaźni z pytaniem w roli głównej, uświadomiła mi coś jeszcze. Całe życie byłam przekonana, że to co słyszę od ludzi nie jest prawdą. Mówią, bo mówią - bo tak wypada, żeby nie zranić. I tak jak przykre słowa, uwagi były dla mnie prawdą i wierzyłam na oślep, że tak właśnie jest - tak w przypadku słów miłych, komplementów uśmiechałam się w ramach zakłamanego podziękowania i odchodziłam z przekonaniem: "Skoro tak powiedział/ła, to znaczy, że tak nie myślał o mnie. To tak naprawdę znaczy, że nie podobałam mu się, nie spędziła tego czasu miło..." Bezpieczeństwo przyjaźni pokazało mi, że są ludzie, którzy mówią to co naprawdę myślą, nawet jeśli nie jest to na początku miłe, słodkie. A jeśli jest miłe i słodkie to takie właśnie jest w rzeczywistości. Zrozumienie tego przewróciło mój świat jakby do góry nogami.

Dlaczego? Nie inaczej niż przez zachowanie mojej mamy. Tego co mówiła i jak negowała to, co mówił ojciec. Pierwszy raz zdałam sobie z tego sprawę rok temu. Uwierzyłam jej, że się naprawdę cieszy moim szczęściem, tym, że udało mi się spełnić moje kolejne marzenie. Bo tak właśnie pełna dumy, radości i matczynej miłości mówiła mi to w dodatku pijąc ze mną wino za to moje szczęście. Niespełna trzy miesiące po wspólnej radości wykrzyczała mi, że to co zrobiłam było najgłupszą rzeczą jaką zrobiłam. A mówiła, że się cieszy - tylko dlatego, żebym się na nią nie obraziła - ale skoro minęło już trochę czasu to może mi wreszcie powiedzieć co ona o tym myśli... Do dziś pamiętam to wszystko co mówiła. Wtedy otworzyły mi się oczy, zobaczyłam, że przecież tak robiła całe życie: najpierw chwaliła, cieszyła się a potem.. deptała równo z ziemią. A ja? Za każdym kolejnym razem wierzyłam, że tym razem to naprawdę się cieszy, że jest ze mną szczera, że nie kłamie...

Chyba też z tęsknoty za prawdą zdecydowałam się na terapię. Przeczytałam gdzieś: Tam się dowiesz jak jest naprawdę. Nawet nie byłam do końca świadoma, jak bardzo łaknęłam tej prawdy, nawet nie potrzebowałam, ale łaknęłam.
Stagnacja emocjonalna ze strony terapeuty na mój temat, brak tego zdeptania po jakimś czasie, ta nicość słowna: "No dobrze, znamy się już trochę to teraz mogę ci wreszcie powiedzieć co o tobie myślę..." bardzo pomału pomagała mi odryglowywać te drzwi co za mną i podchodzić do tych drzwi co przede mną.  Istniejąca jednak sprzeczność między rzeczywistością a tym co słyszałam na sali terapeutycznej ciągle jednak miotała moim postrzeganiem świata.

Zakończyłam terapię, mimo to, nie uwierzyłam do końca w to co tam słyszałam pozytywnego na mój temat. Wpojone zakłamanie i to, że rodzic ma pozwolenie na to zakłamanie było silniejsze.

W sobotę zadałam sobie pytanie: "A co jeśli to co usłyszałaś dzisiaj i to co słyszałaś wcześniej - było właśnie takie jak mówili? Co jeśli ktoś pochwalił twój wygląd bo tak właśnie myślał? Co jeśli nie wszyscy cię okłamywali?

Wczoraj poszłam do lekarza po skierowanie. Tylko. A on zadawałam tyle pytań, co boli, od kiedy. Pytał z taką delikatnością jakby nawet troską. - "O nie, jest miły. Jezu, co ja teraz zrobię. Zaraz mnie wyśmieje, wykrzyczy, że tyle zwlekałam, że jestem taka i taka.. Nie chcę już tego słuchać, chcę uciec." - myśli biegały po mojej głowie.
- Proszę tu jest pani skierowanie, a tu przepisałem jeszcze pani lek przeciwbólowy aby do czasu wizyty nie musiała pani cierpieć z powodu bólu..

Popłynęły mi łzy. Czyli jest jeszcze jedna osoba, która za dobrocią nic więcej nie ma w zamiarze mi ofiarować? Tylko miłe słowo i pomoc..?

Po tylu latach zaczynam ufać, że często jeśli ktoś mówi: "Popatrz, tam pod tym drzewem siedzi czarny kot." - to tak właśnie jest. I nic więcej. I nie inaczej.



1 komentarz:

  1. Bardzo poruszają mnie Twoje teksty.
    Wierzę w powodzenie Twojej podróży. Rozejrzyj się wokoło i uwierz - wokoło jest mnóstwo fantastycznych, dobrych ludzi. Spotkasz ich na pewno ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że chcesz towarzyszyć w mojej osobistej wędrówce. Każde słowo pozostawione w tym miejscu, jest dla mnie ważne i cenne. Zapraszam i czuj się jak u Siebie :)