niedziela, 15 listopada 2015

ZRÓB SOBIE MIEJSCE!

Zaczęłam iść. Sama. Odczepiłam całą przeszłość. Zostawiałam ją w bezpiecznym miejscu. Nie udało mi się jeszcze wszystkiego pozamykać, ale sama świadomość prawdy, umiejętność zrobienia tego i odwaga stanięcia na równi z drugim człowiekiem pozwala mi wyruszyć - pomimo ciągle istniejącego przeciągu.

Dziwne uczucie iść samemu. Iść bez obciążenia. To tak mało realistyczne, że co chwilę oglądam się za siebie aby upewnić się, że nic za mną nie ma. Wszystko jest obce, nowe. Wszystko to co do tej pory mijałam każdego dnia i z pozoru znałam na pamięć.

Z każdej podróży zawsze się wraca do siebie. Do siebie fizycznie ale i do siebie emocjonalnie. Do tej pory wracałam tylko fizycznie do mieszkań, do miejsc. Wczoraj pierwszy raz wróciłam do siebie emocjonalnie. Doświadczyłam wreszcie co znaczy móc zaufać, co znaczy mieć swój emocjonalny dom w którym wiesz, że nic ci nie zagraża, że możesz chodzić w brudnym swetrze, jeść rękoma i pić z butelki. Jednak przewrotność ludzkiego myślenia okazuje się nie mieć ograniczeń lub mieć je w nadmiarze, jeśli dajemy je sobie sami.

Przez ostatnie dwa lata słyszałam pytanie, odnoszące się do mojego zachowania względem pytającego. Gdy je słyszałam zamierałam, czułam jak paraliżuje mnie strach, jak cała moja dorosłość rozpływa się gdzieś, zostawiając na pastwę losu to biedne wewnętrzne dziecko, które.. No właśnie: które za każdym razem odbierało to pytanie jako atak, jako chęć poniżenia, wyśmiania, zdeptania.. Wczoraj usłyszałam to samo pytanie od innej osoby. Każde słowo było takie samo, każdy ruch głową był taki sam, nawet tak samo zmarszczyło się czoło.. Nie wierzyłam w to co słyszę i widzę..
Tylko tym razem moja dorosłość nie uciekła. Zawstydziła się, ale po chwili zatrzymała. Rozsiadła się wygodnie i powtórzyła sama sobie to pytanie..

Do dziś nie znalazłam na nie odpowiedzi. I tak naprawdę nie ma to dla mnie aż takiego znaczenia ją w sobie odnaleźć. Bo doświadczyłam czegoś o wiele wartościowszego.
 Nie uciekłam od drugiego pytającego - bo mu ufam. Nie bałam się swojego brudu wewnętrznego - bo wiedziałam, że jestem przy nim bezpieczna i w pełni akceptowana. Do tej pory przez te wszystkie lata, chyba traktowałam to jako coś oczywistego, coś co jest składnikiem przyjaźni. Choć z drugiej strony słowo "zaufaj mi" wzbudzało we mnie przeogromny lęk i z góry dobrze mi znaną manipulację i w konsekwencji zdradę, kłamstwo, wyśmianie.. Nie ufać nauczyła mnie moja mama, zmuszając mnie do zaufania jej, choć była to tylko gra słów mniej lub bardziej świadomie przez nią wypowiadana.
Wczoraj jakby na nowo poczułam się cudownie mogąc paplać się w moim wewnętrznym brudzie, szukając kamyków szczęścia, bo czułam się bezpieczna, pewna, przeświadczona, że mogę sobie grzebać w tym błocie a on - przyjaciel -  poczeka na to aż coś znajdę lub powiem: "Ok, nic nie ma, możemy stąd iść!"

Wieczorem paplałam się już sama w tym moim wewnętrznym błocie. Nie oceniałam siebie, nie analizowałam tego jak się zachowałam, co mówiłam, co mogłam ulepszyć.. Po prostu się paplałam.. Bo po tyle latach wędrówki wreszcie wróciłam do mojego emocjonalnego domu. Dotarło do mnie, że zaufać sobie - to pozwolić sobie na paplanie się w błocie i czerpanie z tego radości..

Zaakceptować siebie z całym pięknem i brudem. Bo pomimo różności płonie we mnie ten sam płomień mojego życia. I właśnie tu od teraz rodzi się moja akceptacja  kamyków zanurzonych w moim błocie.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję, że chcesz towarzyszyć w mojej osobistej wędrówce. Każde słowo pozostawione w tym miejscu, jest dla mnie ważne i cenne. Zapraszam i czuj się jak u Siebie :)