poniedziałek, 28 grudnia 2015

PIWO ZA DWA Z GROSZAMI



Tak. Pamiętam to jak dzisiaj. 31 grudzień 2011 roku. Poszłam do Tesco. Kupiłam najtańsze malinowe piwo puszkowe za dwa złote z groszami. Wróciłam do siebie. Nakarmiłam wtedy 3 miesięcznego syna piersią, uśpiłam go a sama pierwszy raz od  X czasu przelałam do szklanki coś co miało w sobie procenty alkoholowe i wypiłam. A raczej pijąc rozdeptywałam ten najgorszy rok w moim życiu, który właśnie usuwał się z mojego horyzontu. Tamta chwila była magiczna. Miała w sobie jakąś siłę, coś co wibrowało we w środku i szeptało aby nie obudzić Małego: "Dopieprzymy teraz wszystkim. Siadaj i pisz. Pisz to wszystko co siedzi głęboko w tobie i nie zważaj na te wszystkie prześmiewcze głosy, które zapewne już wyskakują jak sprężynowy pajac z pudełka i krzyczą, ze to głupie, bez sensu, że nie dla ciebie, że nie dasz rady, że niedorzeczne, że sro, że pierdzioł. Pisz. Wszystko i Prawdziwie. Tak po twojemu."


Nie. To nie były postanowienia. Samo słowo postanowienie, zawsze kojarzyło mi się z przymusem zrobienia czegoś od początku do końca i takim łańcuchem, który trzymał mnie uwiązaną przy drewnianym płocie i wstydem było przyznać się, że już się tego nie chce dla siebie, bo już nie cieszy, bo już nie modne, bo tak naprawdę to nie chciało się tego, ale chciało się, bo wszyscy chcieli..

Tym razem były to moje pragnienia. Takie głęboko schowane właśnie przed ludźmi, przed ich śmiechem, wyśmianiem, zawstydzeniem, przed tym odwiecznym: "Nie wygłupiaj się. Zejdź na ziemię wreszcie. Przecież na to trzeba lat, pieniędzy, znajomości. Szkoda czasu na twoje kolejne głupoty, które masz w głowie."

Sączyłam to piwo, chcąc cieszyć się nim jak najdłużej, bo rozsądek nie pozwalał mi na więcej niż to jedno przetłumaczone przed samą sobą, jako symboliczne - i wystukiwałam na klawiaturze kolejne i kolejne moje pragnienie w niektórych przypadkach  schowane głęboko jeszcze w malutkim dziewczęcym umyśle i sercu.
Wyszło ich dwanaście. Ale każdy z nich miał ogromny emocjonalny ładunek i tyle samo realnej walki, starań i długiej wędrówki aby udało się posiąść każde oddzielnie.

Odgrodzenie się od tego wszystkiego czego nie miałam wtedy: pieniędzy, warunków mieszkalnych, pełnej rodziny dla mojego syna, wykluczenia społecznego przez zrodzenie nieślubnego dziecka - dało mi nieopisaną siłę, dzięki której  uwierzyłam, że jestem w stanie osiągnąć to wszystko, startując dokładnie tu gdzie jestem, z tym co mam i taka jaka jestem.

 Przez cały 2012 rok nie udało mi się spełnić ani jednego marzenia z tej listy, jednak kiedy rok później, dokładnie 14 stycznia 2013 roku siedząc na ławce Sadu Rejonowego i płacząc jak małe dziecko z faktu, że niemożliwe stało się możliwe, że 1,5 roczna dosłownie walka na salach sądowych dobiegła końca  - zrozumiałam, że moja lista ma prawo bytu i ma prawo spełnić się z niej każde z wypisanych pozostałych 11 pragnień. Ale zrozumiałam wtedy coś ważniejszego: że najwięcej szczęścia dają nam te małe kroczki i te małe zwycięstwa, które pokonujemy na drodze do celu jakim jest dane marzenie niż ta jedna chwila, kiedy finalnie dotykamy spełnienia.

1 stycznia minie 4 lata a moja lista jest nadal aktualna. Do tej pory spełniłam połowę z wypisanych pragnień. Nie ma już dla mnie okrutnego czy wspaniałego mijającego Roku. Każdy rok jest taki jaki być powinien. Jest jak każdy nowy dzień: czystą, białą kartką i w większości ode mnie zależy jak tę kartkę zapiszę, pomaluję, udekoruję. Każdy mijający Rok jest dla mnie jak Stary Poczciwy Starzec, który cierpliwie uczył mnie życia: raz kazał mi nosić wodę po 200 schodach na samą górę innym razem obsypywał płatkami wiosennej jabłoni.

Takich Poczciwych Starych Mędrów Wam życzę, abyście doświadczali życia w pełni tak z sińcami od noszenia wiader z wodą jak i po brzegi obsypani płatkami wiosennych jabłoni. Niech 2016 będzie dokładnie taki jaki ma być.



czwartek, 24 grudnia 2015

OKRUCHY BIAŁEJ TRADYCJI


Jako dziecko sama myśl o tym, że ktoś spędza święta Bożego Narodzenia z dala od rodziny - było czymś niepojętym. Byłam przekonana, że ci ludzie są przerażająco smutni, że całym ciałem tęsknią za domami, że czują się jak bezdomni w środku zimy, na mrozie, brudni, głodni. Byłam przekonana, że tylko w rodzinnym domu - święta są świętami, że jeśli ktoś podejmuje decyzję o  spędzeniu tych dni z dala od rodziny - ot tak - to popełnia coś okrutnego, grzeszy i wyrzeka się rodziny - i nie ma dla takiej osoby żadnego przebaczenia, trzeba ją wykluczyć z grona przyjaciół, znajomych czy najbliższych...
Ta magia religijnych świąt z Kościołem, Pasterką, Szopką, Opłatkiem a wcześniej obowiązkowymi Roratami - który to chłód mroźnych zimowych poranków o godzinie 5.00 i tę ciemną drogę do kościoła pamiętam do dziś - została w głowie kilkuletniej dziewczynki, którą kiedyś byłam.. I mimo wszystko - lubię do tamtych wręcz Świętych Świąt wracać.

A potem gdy zaczęłam więcej widzieć, gdy kłótnie między rodzicami mówiły więcej niż jeden wielki hałas; gdy łzy matki i woń alkoholu ojca był coraz bardziej widoczny i wyczuwalny, pragnęłam uciec stamtąd; pragnęłam wykrzyczeć, że ja wierzę w tę ich zakłamaną dobroć względem mnie i względem siebie nawzajem przy tym wigilijnym stole. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że to tak trzeba - po prostu i tylko tyle. Że nie ma w tym prawdy, wyrażenia żalu czy miłości. Była tylko Tradycja i ciągle "ci ludzie" w oczach których musimy być mili, ładnie ubrani, składać piękne życzenia i z pokorą słuchać tych z dobrymi ocenami, posłuszeństwie względem rodziców, sióstr, które składano nam. Nigdy jednak nie zdobyłam się na odwagę aby nie pojechać do domu, do rodziców. Za każdym razem, rok w rok dawałam się nabrać na tę piękną świąteczną aurę wystaw sklepowych, wigilii w gronie znajomych, śnieżnego puchu, tych kolejek na Dworcu po bilet - i za każdym razem wracałam, jednak z każdym kolejnym rokiem coraz mocniej i mocniej musiałam przyciskać moją maskę super bohaterki - twardej superbohaterki, której nic nie rusza z tego co mówi się na jej temat przy rodzinnym stole..

To moje pierwsze Święta - pierwsza Wigilia, którą spędzam tylko z moim dzieckiem z dala od rodzinnego domu. To moje pierwsze Święta, które wreszcie mogłam przygotować po swojemu a tak naprawdę je przygotować a nie być jedynie dziewczynką na posyłki, która ma się dostosować do tego co będzie na stole, jaka muzyka będzie płynęła z radia - a tak naprawdę tego, że w Wigilie nie wypada słuchać radia.
Jestem po części szczęśliwa - tak prawdziwie szczęśliwa, że zdobyłam się na odwagę pozostania u Siebie łamiąc tę sztywną Tradycję Rodzinną. Jednak cały czas nie mogę pozbyć się tego poczucia winy - że jak mogłam nie pojechać - dla Mamy nie pojechać. Nie tyle do Mamy, co dla Mamy - aby ona miała spokojne serce, aby mogła mieć świadomość, że ma wszystkich obok siebie, że co mi odbiło, że tak ją potraktowałam i odsunęłam ją wręcz jak śmiecia w ten przecież szczególny i jedyny dzień..
Nie zdawałam sobie sprawy, jak wielkie wszczepiono mi poczucie winy, które ciągle daje o sobie tak mocno znać..




Celebracji Waszego Małego Jestestwa - bo w każdym Ono cały czas jest. Niech się narodzi z nową mocą, siłą, odwagą i wiarą w Siebie. Bądźcie Wigilijni każdego dnia - dla Samych Siebie...


Miałam nawet siano - takie prawdziwe z wiejskiej stodoły - i ten zapach.. Chociaż tej Tradycji pozostałam wierna..



wtorek, 15 grudnia 2015

Każda zmiana zaczyna się od niewygodnej pozycji!


Przynajmniej raz dziennie, kiedy wchodzę na edytora tego bloga, kiedy wyświetlam liczbę odwiedzin, kiedy słyszę że ktoś czyta, że ktoś inny śledzi - wstydzę się samej siebie. Tego, że nie rzucam pięknymi szczegółami, konkretnymi przykładami; że nie opisuję jak kroczę dumnie cały czas prosto przed siebie; że nie skupiam się na pięknie teraźniejszości i przyszłości - ale... No właśnie, że ciągle nic mi nie wychodzi, że ciągle się cofam, że ciągle powracam do - przeszłości; że co i rusz wyciągam jakieś okropne i nieludzkie wątki, szczegóły, że po co w ogóle obnosić się tak publicznie z tym całym swoim brudem i zgnojeniem. No ile można paplać się w tym co było? Ciągle przekonuję siebie, że to bez sensu, że trzeba po prostu zapomnieć o tym co było, podnieść się, otrzepać kolana i pójść wreszcie do przodu. Przecież nikogo to nie obchodzi jak byłaś traktowana w dzieciństwie, przecież to, że masz takie a nie inne imię to żadna tragedia, że czym to w ogóle jest w porównaniu do życia w domu dziecka, do bicia, maltretowania, uciekania w mroźne noce tylko w koszuli przed pijanym ojcem.. Niczym.. Tak samo jak moje życie - niczym ważnym.

Miałam wczoraj sen. Krótki w którym moja mama słysząc opowiadania publicznie innych dorosłych o swoim dzieciństwie - zapytała się mnie w pewnej chwili: "No a Ty też powiesz, że miałaś trudne dzieciństwo i będziesz o nim pisać?" Na co ja odpowiedziałam: "Tak, napiszę ale dopiero jak umrzesz." A dziś zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę to ona a nie pijany ojciec jest główną "bohaterką" mojego bloga i pisania. Tylko nadal odczuwam dziecięcy przerażający lęk przed wypowiedzeniem czy napisaniem czegokolwiek złego na temat mojej mamy, rodzinnego domu, ojca czy tego jak mnie traktowali. O wiele inny byłby ten blog, gdybym mogła otwarcie napisać, moja matka to, moja matka tamto.. Napisać aby opisać mechanizmy, powiązania - a nie po to aby ją zgnoić na oczach wszystkich. Ale nie mogę - bo nadal ta dziecięca część we mnie panicznie się boi napisać cokolwiek złego na Mamusię - bo Ona nigdy nie była winna, wszyscy inni tak - ona nie. Ona zawsze była ofiarą, która swoim cierpiętnictwem potrafiła zmanipulować dziecięce patrzenie na wiele spraw, na życie.

Czym mocniej przecinam te emocjonalne sznurki, które mnie z nią łączyły a raczej na których ona mnie trzymała - a nie ma chyba rzeczy, myśli, zdarzenia, które nie byłoby obwiązane sznurem i zaciśnięte grubą pętlą na moim życiu - tym w pierwszych chwilach czuję wielką zniewagę do samej siebie, że wyrządzam jej - mojej mamusi - tak wielką krzywdę, że nie mam prawa tego robić, nie po tym ile dla mnie/dla nas poświęciła.

A tak - poświęciła bardzo wiele - bo całe swoje życie. Całe. W jej życiu nie ma i nigdy nie było miejsca dla niej samej. Nienawidzi siebie - nie może patrzeć na siebie w lustrze. Jej wyznacznikiem wartości są inni ludzie. My - jej dzieci, mąż, wnuczki, szwagier. Nigdy nie zdobyła się na odwagę aby przeciwstawić się konwenansom rządzącym życiem w rodzinie jej pochodzenia; nigdy nie zdobyła się na odwagę sprzeciwienia się poglądom, zachowaniom swojej matki. Jej matka była dla niej świętością - nadal jest - mimo, że od kilku lat nie żyje. Dlatego całe życie byłyśmy marionetkami w jej dłoniach pociąganymi za sznurki z jej władczej góry. Ubiór, oceny, szkoły, prace, mężowie, dzieci, nasze zachowanie, wiara, przekonania, nawet to jak mówimy czy mówimy - choć często było lepiej jak nie mówiłyśmy ... Wszystko.. Nawet znaczenie miało to na jakiej wysokości zwiążemy kucyk z tyłu głowy... Bała się inności, tego co nowe, tego co modne, co wyniosłe, co wyciągało przed szereg. Wmówiono jej, że ma stać cicho w szeregu i  niczym się nie wyróżniać; wmówiono jej, że nie zasługuje na nic dobrego, ważnego; że ma brać co życie daje i nie wybrzydzać. I tak właśnie żyła: schowana, cicha, nadstawiająca ten kościelny policzek dla każdego kto miał ochotę dać jej w twarz bez względu czy była winna czy nie. Ona była przekonana, że musi, że to jej katolicki i społeczny obowiązek.

Była mamą z dystansu, ciągle smutną, płaczącą, wylęknioną. Były jednak chwile kiedy żartowała, śmiała się i próbowała się wygłupiać. Kiedy tuliła tak matczynie a nie na pokaz. I wydaje mi się, że gdyby odważyła się być sobą - byłaby kimś wyjątkowym, nadzwyczajnym, kimś kto miałby cały świat u swoich stóp a nie klęczał całe życie u czyichś stóp. Ale była mamą - nadal jest - która poświęciła wiele aby w tak ogromnej biedzie i pijaństwie ojca stworzyć coś w rodzaju domu - może nie rodziny - ale domu. Jej serce jest przepełnione miłością i dobrocią - tylko to serce ciągle jest sercem małej dziewczynki, które niekiedy błaga wręcz o to aby ją kochać i opiekować się nią - bo nikt tego jej nie dał w dzieciństwie a ona żyje w przekonaniu, że tylko inni ludzie mogą sprawić że będzie czuła się kochana.

Może łatwiej byłoby wydostać się z mgły przeszłości, gdyby mama umiała udźwignąć całe zaprzeczenie, którym karmiła nas przez całe życie? Niestety. Dla mamy - mój ojciec już nie pije - bo nie pije tak jak kiedyś. Bo tak naprawdę "to nie mam na co narzekać; nie bije mnie, nie ubliża mi, pracuje, przynosi pieniądze, stara się aby ten dom jakoś wyglądał - a reszta? Reszta to i tak już się nie zmieni..". Co prawda był czas, że porwał nas nurt rzeki, płynęliśmy nie wiedząc dokąd i czy przeżyjemy ale udało się złapać konara i wyjść na brzeg, słońce nas osuszyło - więc nie ma już po co wracać do tamtych czasów. Na szczęście to co najgorsze już się skończyło i teraz jest już dobrze. Było, minęło. Nie wracamy do tego.

Mierzę się nie tylko z przeszłością, z ranami, które przeszłość mi zadała ale chyba najbardziej z poczuciem winy, że robię to wszystko wbrew mojej matce, pomimo, że nakazała tego nie ruszać, nie wynosić z domu, że nikt ma się o tym nie dowiedzieć.
Za każdym razem, kiedy odcinam ten kolejny sznur na który przywiązała mnie jako dziecko winię siebie że wybieram Siebie a porzucam ją. I nawet jeśli gdzieś wewnątrz siebie wiem, że podejmuję właściwą decyzję to moje wewnętrzne dziecko ze strachu, że mama się dowie i przestanie je kochać kuli się w sobie, ucieka na ciemny strych i nie chce mnie widzieć na oczy...

Opuszczona przez wsparcie matki, opuszczona przez najważniejszą część siebie - odcinam kolejne emocjonalne uzależnienia..



niedziela, 13 grudnia 2015

Kiedy zaczęłam żyć, życie wchodziło już bez pytania w moje życie.


Pierwszy raz od nie wiem nawet kiedy spałam z zapalonym światłem. A cały wczorajszy wieczór i dzisiejszy dzień był czasem, kiedy nie mogłam w żaden sposób siebie doświadczyć, zintegrować się z sobą. Czuć, że jestem to ja. Był we mnie przeogromny lęk - wręcz taki dziecinny, kiedy wydaje się, że pod łóżkiem i w każdym możliwym zakamarku czeka na ciebie jakiś przerażający stwór, który jedyny czego pragnie to cię pożreć - dosłownie pożreć, może nawet zabić. Jedyne czego pragnęłam cały czas to aby ktoś dorosły i życzący mi dobrze schował mnie w swoich ramionach - dokładnie tak jak chowa się portfel, głęboko aby nikt nie ukradł i nie widział. Tego właśnie pragnęłam, potrzebowałam. Aby ktoś rozprowadził wokół mnie aurę, która sprawi, że stanę się nie tyle bezpieczna, co niewidoczna dla tych wszystkich czyhających potworów i złych mocy. Niestety nikt nie mnie nie schował. Nawet nie pomogło to emocjonalne dopieszczenie, którego doświadczyłam całe sobotnie popołudnie w towarzystwie mojej przyjaciółki i jej przytulenie..

Nie wiem kim byłam, nie wiem co tak naprawdę się we mnie wydarzyło. Nie znalazłam nawet lekarstwa aby choćby uśmierzyć ten ból.
Nie pamiętam czy kiedykolwiek coś podobnego przeżywałam. Może właśnie jako dziecko? Może to właśnie ono po tylu latach wreszcie mi zaufało na tyle aby uzewnętrznić we mnie ten paraliżujący lęk? A może to była ta dziecinna traumatyczna samotność, to opuszczenie w najważniejszych chwilach tego dziecięcego życia?

Nie wiem. Godzinę temu pierwszy raz po ponad 24 godzinach wreszcie poczułam, że wewnętrznie wracam do siebie. Pomału - ale odczuwam siebie w sobie...

Tak czy inaczej to było doświadczenie trudne, bo nawet sny były jakby przeciw mnie, pełne lęku, ciągłych pobudek..

Jednak to doświadczenie wiele mnie nauczyło. Po pierwsze uszanowałam ten wewnętrzny lęk i dałam mu możliwość aby wybrzmiał, nie gnoiłam siebie, nie deptałam siebie.. Tuliłam. Tak. Mocno siebie tuliłam.. I byłam sama ze sobą tak blisko - jak możliwe jeszcze nigdy..

Teraz kiedy to wszystko mija mam wrażenie jakbym budziła się z jakiegoś koszmarnego snu.. Niestety to nie był sen.. A życie -  które wreszcie zrozumiałam, że nie da się na nie przygotować. Ale któremu można pozwolić w sobie wybrzmieć.

I nawet ten cały post jest taki niezgrabny, bo jeszcze zerkam w stronę drzwi,  czy aby nikt się nie wkrada, rozpraszając przez to moje myśli.


czwartek, 3 grudnia 2015

STARE MYŚLENIE WYZNACZA KIERUNEK



Każda chęć podjęcia działania - ruszenia tego zaklejonego od lat  emocjonalnego gówna to rozdzierający ból, który rozwala wszystkie wewnętrzne siły, chcące to oderwać. Nic nie jest łatwe. Nawet to nakładanie codziennych masek na twarz też nie należy już do najłatwiejszych, bo one już nie stapiają się tak silnie z twarzą jak kiedyś. Co i rusz odstają - bo to już nie to. Klej już wysycha. Podejmujesz walkę niedoklejania, wymycia, osuszenia tych miejsc aby wybrzmiały naturalnym pięknem. Bardzo chcesz. Wiesz jaka jest do tego droga, wiesz jakich użyć środków. I dopóki wiesz - wszystko ma sens. Świat nabiera barw, widać spełniające się marzenia.


Jednak wszystko trafia szlag, kiedy wychodzisz z tej strefy posiadania wiedzy i oglądania projektów swojego życia w przyszłości. Kiedy zaczynasz krok po kroku realizować postawione etapy celów. Zdradzasz sama siebie, nienawidzisz siebie, uciekasz, wyzywasz  siebie od najgorszych dziwek, kurw i nieudacznic. I słyszysz tylko jedno: Nie rozumiem po co to wszystko. Było, minęło. Zapomnijmy. Zatuszujmy. Wytrzyjmy gumką do ścierania i żyjmy jak do tej pory. Udawajmy, że nic się nie dzieje. Kupmy lepszy klej do masek. Ale do jasnej cholery zostańmy tu gdzie jesteśmy. No przecież i tym razem się nie uda. Po co tracić ten czas. To bez sensu. Włącz telewizję. Obejrzyjmy jak co dzień o tym, jak ludzie walczą. To na pewno nas czegoś nauczy. Dowiemy się czegoś o sobie. Ale po co to zmieniać? Po co ćwiczyć, uczyć się? No po co?

Przecież nie mamy dla kogo.. Nie widzisz.. Nie mamy dla kogo...

Widzisz tu kogoś?

Ok, rozumiem. Każdy chciałby lepszego życia. Ale nie każdy może mieć. Ty nie możesz. Widzisz sama. Próbowałaś. Nie wyszło. Zapomnijmy. Nikt się nie dowie. Nie wracajmy do tego więcej.. Umawiamy się, że wszystko zostaje tak jak dawniej...


Stare myślenie jest jak  parkowanie. Jeśli nie zachowasz odstępu, jeśli nie zapewnisz sobie odpowiedniego dystans od innych pojazdów- nie ruszysz z miejsca...


wtorek, 1 grudnia 2015

PRZEDŚWIĄTECZNOŚĆ



Cały miniony miesiąc przyglądałam się mojemu uzależnieniu; temu wszystkiemu co trzymało mnie na uwięzi u innych ludzi. Dużo zobaczyłam, jeszcze więcej zrozumiałam. I zazwyczaj kończyłam właśnie na tym: WIEM! I albo się zatrzymywałam w tym miejscu mojej wiedzy, albo pozostawiałam  zmiecione w jedną kupkę śmieci i biegłam dalej. Nigdy nie dokończyłam sprzątać. Wiele razy rozwalałam w przypływie złości albo raczej niemocy to co udało mi się zmieść w jedno miejsce. Wszystko dlatego, że się bałam. Bałam się zmienić, bo bałam się tego, tego i tamtego. I tak tkwiłam zapatrzona i zanurzona w marzeniach o tej pięknej mojej przyszłości, cały czas jednak tkwiąc w jednym i tym samym miejscu, które cechowała przeszłość. 



Listopad dał mi również możliwość aby odważyć się postawić pierwsze kroki, aby pójść dalej poza wiedzę. Wyjść z tego latami zasiedziałego przedziału komfortu. Nie były to łatwe kroki, bo po pierwsze nowe, dotąd napiętnowane lękiem, odrzuceniem ale w konsekwencji dawały mi poczucie lekkości i przeświadczenie, że skoro mogę uczynić to i to - to mogę uczynić o wiele więcej. Wtedy też odważyłam się spojrzeć w dotąd jeszcze pozamykane zakamarki mojego życia, których tak mocno się wstydziłam, brzydziłam i bałam, które czyniły ze mnie głupią, bezmyślną i nieporadną życiową dziewczynkę, której nie wolno z racji popełnionych błędów podnieść do góry głowy i czuć się częścią tego świata a jedynie podwładną tych wszystkich demonów mojej przeszłości. Zrozumiałam też, że pomimo tak ogromnych zniszczeń w moim życiu, tylu wydanych wyroków na mój temat, tylu szyderstw, wyśmiań, porzuceń mnie i wystawienia prawie że mojego życia na sprzedaż przez emocjonalne ubezwłasnowolnienie mnie - mogę je naprawić. Mogę je odbudować.  





Obserwacja z boku będzie nadal dla mnie ważna, jednak chcę iść dalej, stawiać kolejne kroki. Dlatego właśnie grudzień będzie miesiącem działania. Takiej przedświątecznej sprzątaniny. Dokończenia spraw przed którymi uciekałam całe życie i za które to niepowodzenia winiłam innych. Bycie odpowiedzialnym za swoje życie. Nie da się raczej wykładać matematyki na studiach nie znając tabliczki mnożenia. Można udawać co prawda, ukradkiem liczyć na kalkulatorze lub telefonie - ale to męczące i pełne napięcia i strachu, że ktoś przyłapie w końcu, wyśmieje, zwolni. Tak też ciężko wejść w dorosłe życie nie nauczywszy się bycia dzieckiem, nastolatkiem. Oczywiście możliwe - ale strasznie męczące, owiane lękiem, strachem że w końcu ktoś się pozna. Zresztą wystarczająco długo żyłam w taki sposób. Mimo nadchodzących mrozów wierzę, że tymi działaniami uda mi się zbudować most łączący całe moje życie, dzięki któremu będę mogła bez obaw iść do przodu nie uciekając i nie bojąc się przeszłości.