wtorek, 15 grudnia 2015

Każda zmiana zaczyna się od niewygodnej pozycji!


Przynajmniej raz dziennie, kiedy wchodzę na edytora tego bloga, kiedy wyświetlam liczbę odwiedzin, kiedy słyszę że ktoś czyta, że ktoś inny śledzi - wstydzę się samej siebie. Tego, że nie rzucam pięknymi szczegółami, konkretnymi przykładami; że nie opisuję jak kroczę dumnie cały czas prosto przed siebie; że nie skupiam się na pięknie teraźniejszości i przyszłości - ale... No właśnie, że ciągle nic mi nie wychodzi, że ciągle się cofam, że ciągle powracam do - przeszłości; że co i rusz wyciągam jakieś okropne i nieludzkie wątki, szczegóły, że po co w ogóle obnosić się tak publicznie z tym całym swoim brudem i zgnojeniem. No ile można paplać się w tym co było? Ciągle przekonuję siebie, że to bez sensu, że trzeba po prostu zapomnieć o tym co było, podnieść się, otrzepać kolana i pójść wreszcie do przodu. Przecież nikogo to nie obchodzi jak byłaś traktowana w dzieciństwie, przecież to, że masz takie a nie inne imię to żadna tragedia, że czym to w ogóle jest w porównaniu do życia w domu dziecka, do bicia, maltretowania, uciekania w mroźne noce tylko w koszuli przed pijanym ojcem.. Niczym.. Tak samo jak moje życie - niczym ważnym.

Miałam wczoraj sen. Krótki w którym moja mama słysząc opowiadania publicznie innych dorosłych o swoim dzieciństwie - zapytała się mnie w pewnej chwili: "No a Ty też powiesz, że miałaś trudne dzieciństwo i będziesz o nim pisać?" Na co ja odpowiedziałam: "Tak, napiszę ale dopiero jak umrzesz." A dziś zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę to ona a nie pijany ojciec jest główną "bohaterką" mojego bloga i pisania. Tylko nadal odczuwam dziecięcy przerażający lęk przed wypowiedzeniem czy napisaniem czegokolwiek złego na temat mojej mamy, rodzinnego domu, ojca czy tego jak mnie traktowali. O wiele inny byłby ten blog, gdybym mogła otwarcie napisać, moja matka to, moja matka tamto.. Napisać aby opisać mechanizmy, powiązania - a nie po to aby ją zgnoić na oczach wszystkich. Ale nie mogę - bo nadal ta dziecięca część we mnie panicznie się boi napisać cokolwiek złego na Mamusię - bo Ona nigdy nie była winna, wszyscy inni tak - ona nie. Ona zawsze była ofiarą, która swoim cierpiętnictwem potrafiła zmanipulować dziecięce patrzenie na wiele spraw, na życie.

Czym mocniej przecinam te emocjonalne sznurki, które mnie z nią łączyły a raczej na których ona mnie trzymała - a nie ma chyba rzeczy, myśli, zdarzenia, które nie byłoby obwiązane sznurem i zaciśnięte grubą pętlą na moim życiu - tym w pierwszych chwilach czuję wielką zniewagę do samej siebie, że wyrządzam jej - mojej mamusi - tak wielką krzywdę, że nie mam prawa tego robić, nie po tym ile dla mnie/dla nas poświęciła.

A tak - poświęciła bardzo wiele - bo całe swoje życie. Całe. W jej życiu nie ma i nigdy nie było miejsca dla niej samej. Nienawidzi siebie - nie może patrzeć na siebie w lustrze. Jej wyznacznikiem wartości są inni ludzie. My - jej dzieci, mąż, wnuczki, szwagier. Nigdy nie zdobyła się na odwagę aby przeciwstawić się konwenansom rządzącym życiem w rodzinie jej pochodzenia; nigdy nie zdobyła się na odwagę sprzeciwienia się poglądom, zachowaniom swojej matki. Jej matka była dla niej świętością - nadal jest - mimo, że od kilku lat nie żyje. Dlatego całe życie byłyśmy marionetkami w jej dłoniach pociąganymi za sznurki z jej władczej góry. Ubiór, oceny, szkoły, prace, mężowie, dzieci, nasze zachowanie, wiara, przekonania, nawet to jak mówimy czy mówimy - choć często było lepiej jak nie mówiłyśmy ... Wszystko.. Nawet znaczenie miało to na jakiej wysokości zwiążemy kucyk z tyłu głowy... Bała się inności, tego co nowe, tego co modne, co wyniosłe, co wyciągało przed szereg. Wmówiono jej, że ma stać cicho w szeregu i  niczym się nie wyróżniać; wmówiono jej, że nie zasługuje na nic dobrego, ważnego; że ma brać co życie daje i nie wybrzydzać. I tak właśnie żyła: schowana, cicha, nadstawiająca ten kościelny policzek dla każdego kto miał ochotę dać jej w twarz bez względu czy była winna czy nie. Ona była przekonana, że musi, że to jej katolicki i społeczny obowiązek.

Była mamą z dystansu, ciągle smutną, płaczącą, wylęknioną. Były jednak chwile kiedy żartowała, śmiała się i próbowała się wygłupiać. Kiedy tuliła tak matczynie a nie na pokaz. I wydaje mi się, że gdyby odważyła się być sobą - byłaby kimś wyjątkowym, nadzwyczajnym, kimś kto miałby cały świat u swoich stóp a nie klęczał całe życie u czyichś stóp. Ale była mamą - nadal jest - która poświęciła wiele aby w tak ogromnej biedzie i pijaństwie ojca stworzyć coś w rodzaju domu - może nie rodziny - ale domu. Jej serce jest przepełnione miłością i dobrocią - tylko to serce ciągle jest sercem małej dziewczynki, które niekiedy błaga wręcz o to aby ją kochać i opiekować się nią - bo nikt tego jej nie dał w dzieciństwie a ona żyje w przekonaniu, że tylko inni ludzie mogą sprawić że będzie czuła się kochana.

Może łatwiej byłoby wydostać się z mgły przeszłości, gdyby mama umiała udźwignąć całe zaprzeczenie, którym karmiła nas przez całe życie? Niestety. Dla mamy - mój ojciec już nie pije - bo nie pije tak jak kiedyś. Bo tak naprawdę "to nie mam na co narzekać; nie bije mnie, nie ubliża mi, pracuje, przynosi pieniądze, stara się aby ten dom jakoś wyglądał - a reszta? Reszta to i tak już się nie zmieni..". Co prawda był czas, że porwał nas nurt rzeki, płynęliśmy nie wiedząc dokąd i czy przeżyjemy ale udało się złapać konara i wyjść na brzeg, słońce nas osuszyło - więc nie ma już po co wracać do tamtych czasów. Na szczęście to co najgorsze już się skończyło i teraz jest już dobrze. Było, minęło. Nie wracamy do tego.

Mierzę się nie tylko z przeszłością, z ranami, które przeszłość mi zadała ale chyba najbardziej z poczuciem winy, że robię to wszystko wbrew mojej matce, pomimo, że nakazała tego nie ruszać, nie wynosić z domu, że nikt ma się o tym nie dowiedzieć.
Za każdym razem, kiedy odcinam ten kolejny sznur na który przywiązała mnie jako dziecko winię siebie że wybieram Siebie a porzucam ją. I nawet jeśli gdzieś wewnątrz siebie wiem, że podejmuję właściwą decyzję to moje wewnętrzne dziecko ze strachu, że mama się dowie i przestanie je kochać kuli się w sobie, ucieka na ciemny strych i nie chce mnie widzieć na oczy...

Opuszczona przez wsparcie matki, opuszczona przez najważniejszą część siebie - odcinam kolejne emocjonalne uzależnienia..



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję, że chcesz towarzyszyć w mojej osobistej wędrówce. Każde słowo pozostawione w tym miejscu, jest dla mnie ważne i cenne. Zapraszam i czuj się jak u Siebie :)