wtorek, 20 grudnia 2016

DOBRO WRACA



12 grudnia 2016 godz.8.43



Dopiero po ponad upływie roku, mogę napisać, że cały ten blog  nabrał rzeczywistego wymiaru. Układanka słów nadająca tytuł tego miejsca stała się wykładnią mojego życia w realnym świecie. Dotarłam do  "TU".  To była długa i trudna podróż, której nie jeden zresztą raz byliście świadkami czytając przekładnię zdarzeń na słowa. Kiedy nadawałam mu taki tytuł byłam daleka od tego, co dzieje się wokół mnie. Daleka sercem. Zaczepiona o przeszłość, wpatrzona jedynie w przyszłość, biegłam niekiedy na oślep, nie dostrzegając tego, co właśnie "Tu".

Przedostatni wpis ukazywał mój upadek w każdym calu mojego człowieczeństwa. Bo jeśli człowiek gubi radość chwili, chęć odkrywania, doświadczania i zachwycania się życiem  a tym samym zamyka się przed światem z całą armią oczekiwań, zranień i żali - po prostu spada w otchłań, zakrywając się deklem szeroko pojętego braku sensu. Ale jeśli dopuści do siebie prawość stwierdzenia, że wszystko co nas spotyka dzieje się we właściwym ku temu czasie, istnieje szansa, że w którymś momencie spadając, zaczepi o metalowy schodek drabinki, która ukryta w ciemnościach podziemnej studzienki i od niej rozpocznie swoją wspinaczkę w górę - ku życiu.


"Twoje trzy cele na najbliższy czas". 
Naciskasz "wyślij". Zamykasz oczy i czujesz się jak zdrajca.

- Dlaczego to zrobiłaś?

"Dziękujemy za wypełnienie formularza.". 


To był mój schodek o który zaczepiła się moja noga, gdy spadałam bez chęci opamiętania. To formularz jaki, poniekąd dla zabicia ostatnich resztek odczuwanego poczucia winy, że marnuję swoje życie, wypełniałam wpisując z łatwością słowa, które nijak miały się do moich celów - bo celów wtedy nie miałam żadnych. 

Wolontariat w Szlachetnej Paczce. Wszystko nowe, nie do końca od strony organizacyjno-logistycznej zorganizowane. Wiele znaków zapytania: jak postąpić z tą czy inną rodziną? Przyjąć ją do projektu? Nie przyjąć? Zaufać w to co mówią, czy nie? 

- To ty decydujesz! To od Ciebie zależy - pamiętaj. 

W przeciągu kilku dni musiałam dorosnąć. Ubrać się w odpowiedzialność i dorosłość, zrzucić narzekanie, ocenianie. To tak, jakby wyrzucono mnie z samolotu, z ekwipunkiem do skoku spadochronowego. Kilka godzin szkoleń, spotkanie, delegacja, lista rodzin a potem słowo: LECISZ! 

A potem było zderzenie. Zderzenie z rzeczywistością o której nie miałam pojęcia, mimo, że rozgrywała a tak naprawdę rozgrywa się obok mnie, zaledwie 5 minut jazdy samochodem. Nawet nie wiem czy słowo: bieda, jest właściwym określeniem. Bo nawet dla mnie, dziewczyny, która w dzieciństwie musiała zbierać po rowach butelki aby mama kupiła za nie chleb; która choćby te dwa miesiące temu musiała przeżyć przez 9 dni za 35 zł - nagle staję w progu domu, który trudno nazwać domem. Zmuszona jestem zadawać pytania o zarobki, o wydatki i gdy słyszę: "42 zł. Widzi pani, tyle mogę wydać na tydzień, ale tylko wtedy jak wykupię tylko jedne leki z kilku przepisanych. Gdybym chciała wykupić wszystkie w miesiącu - nie zostało by mi nic."  Wtedy wszystko we mnie się łamie. I ta właśnie kobieta ratuje mi życie - moje życie. To był ten skok ze spadochronu - ten lot podczas którego zobaczyłam wszystko z zupełnie innej perspektywy; zobaczyłam przestrzeń, w której jest miejsce również dla mnie, ale przede wszystkim na tle Innych osób, wreszcie dotarło do mnie, jak jestem bogata pod każdym względem. 


Dzień Finału Paczki to dwa dni, w których doświadczyłam, tego, czego nie doświadczyłam przez ostatnie kilka lat:

- Koszt Paczki dla jednej z rodzin, wyniósł ok. 8000!!! Uważam, że o takich gestach warto mówić głośno. To był koszt rzeczy materialnych, ale również serca, jaki Darczyńcy przekazali tej rodzinie, remontując i nakrywając kilka dni przed finałem na własny koszt dach tej rodziny - choć ona prosiła tylko o papę na przeciekający kawałek dachu. 

- Kolejna rodzina dostała całą wyprawkę dla mającego urodzić się  dziecka, choć w swoich potrzebach nie wspominali o niczym dla niego a poprosili o żywność, chemię. Ci ludzie, którzy przygotowywali tę paczkę od pierwszej chwili byli dla mnie wielkim wyzwaniem. Nie potrafiłam przez cały czas uwierzyć w to, że ktoś chce komuś pomóc - tak bezinteresownie i na taką skalę. Pytano o ulubione bajki jakie lubi 6 letnie dziecko, bo chcą kupić ubranka właśnie z ulubionymi bohaterami bajek, żeby dziecko miało podwójną radość. Ale to był tylko początek. Darczyńca zaoferował pomoc przez cały rok. Pomoc i wsparcie dla tej rodziny.

- Staruszka, na widok której człowiek pragnie po prostu usiąść obok a najlepiej wtulić się w te babcine objęcia. Osoba, która skradła serca nas wszystkich. Żyje sama, bez łazienki, bez wody. Wniesione paczki zajęły cały pokój - jedyny jaki ma. A ona usiadła, patrzyła na te pudła i płakała. Długo płakała, takimi babcinymi łzami, ściskając mocno dłoń koleżanki. "Boże. Ja nigdy w życiu nie dostałam tylu prezentów." 

- A Kobieta, która żyje za te 42 złoty na tydzień? Nie wierzyła w to co się dzieje. Paczki były wnoszone i wnoszone. A potem gdy wszystkie stały już w pokoju, ona stała oparta o ścianę i płakała. Zakrywała twarz rękoma i płakała. "Nie mogę..." "O Boże, nie wierzę, że po tylu latach, ktoś zechciał mi pomóc". Prosiła o kurtkę na zimę, bo ma tylko jedną od ośmiu lat. Druga co prawda jest, ale ma ponad 10 lat, a ona chciała wreszcie pójść od kościoła w święta w nowej. Być jak inni. Mieć coś nowego na święta. I nie uwierzycie ile radości, sprawiło jej samo zakładanie, przymierzanie i oglądanie się w lusterku. Pozapinana od góry do dołu, z kapturem na głowie, stała wpatrzona w samą siebie w lusterku... 



Te  i pozostałe doświadczenia o których można opowiadać bez końca, doprowadziły mnie do mojego osobistego "Tu". Ta metafora skoku nie jest wymysłem na rzecz słowa ale przekładnią na to, co naprawdę wydarzyło się w moim życiu. Odbiłam się od tego dna, wyszłam z niego, szczebel po szczeblu. Spotkanie po spotkaniu z realnym człowiekiem; rozmowa po rozmowie; jedna, druga i kolejna opowiedziana historia życia; emocje, łzy i bezinteresowna pomoc, których na każdym kroku byłam świadkiem. To wszystko stało się ścianą, od której mogę wyruszyć właśnie w to: "OD TERAZ", ale też o którą w chwilach trudnych mogę się oprzeć, poczekać, znaleźć rozwiązania i iść dalej. 

Paczka się skończyła a moje życie właśnie się rozpoczyna. Blog również przekracza ze mną kolejny rok. Będzie mi towarzyszył, choć nie tak często. Zrozumiałam, że sens życia, to drugi człowiek - ale przede wszystkim ten, spotkany twarzą w twarz. Postanowiłam włączyć się  w dalszą pomoc wolontarystyczną: Paczkę Seniorów; pomoc w schronisku dla zwierząt a także otworzyć się na ludzi, którzy mieszkają obok mnie, za ścianą a o których nic nie wiem, uciekając do tej pory wzrokiem, spojrzeniem i mówiąc zdawkowe: "Dzień Dobry". Postanowiłam zapukać do ich drzwi i powiedzieć: "Dzień Dobry. Mam na imię Renia. Mieszkam po sąsiedzku..." Postanowiłam wreszcie wykorzystać te możliwości, jakie ma w sobie moje życie i osobowość i nie czekać na niewiadome "kiedyś" a właśnie "Od teraz" krok po kroku pokonywać drogę ku wytyczonym marzeniom i celom: napisać książkę; polecieć do Nowego Jorku; założyć Fundację i - skoczyć ze spadochronu :) 


Dopóki "chcesz" wszystko jest możliwe. Choćby to była tylko iskierka, która tli się niewidoczna; choćby wydawało się, że za chwilę płomień zgaśnie. Dopóki "chcesz", świat będzie po Twojej stronie. Choćbyś spadł na samo dno, swojego człowieczeństwa, choćbyś stracił sens i ludzi, którzy ten sens tworzyli, choćbyś czuł się wykluczony z tej czy innej społeczności - dopóki "chcesz" żyć - to życie nigdy Cię opuści. 


Niech te święta i każdy dzień, który nastanie po Nich, będzie nową możliwością, nową drogą czy nowo spotkaną osobą w Waszym życiu. Wiary, zwłaszcza wtedy, kiedy wokół Was jedynie stara szopa, siano i ciepło płynące jedynie od zwierząt. Przeświadczenia że każda chwila, sytuacja i miejsce może zapoczątkować rzeczy wielkie a człowiek, choćby miał tylko strzechę i kaflowy piec jest w stanie odmienić bieg i sens życia drugiego człowieka. 

Renata.

piątek, 11 listopada 2016

W PERSPEKTYWIE ROKU



listopadowe niebo widziane z mojego okna


Dokładnie o tej porze rok temu, kreśliłam pierwsze słowa w tej blogowej przestrzeni, której kawałek postanowiłam sobie przywłaszczyć, nadając jej taki a nie inny tytuł, który miał być moją osobistą tabliczką informującą, że tu jestem. Tak właśnie - JESTEM. 

Nie do końca też wiedziałam co chcę osiągnąć tym blogiem. Czy ma tak naprawdę pomóc mi, czy to ja opisując swoje doświadczenia i wykaraskanie się z nich, mam pomóc Innym? Nie debiutowałam w tej blogowej strefie a mimo to odczuwałam lęk, strach i niepewność czy to ma jakikolwiek sens, bo wiedziałam, że jeśli się odważę, będzie tam dużo mnie, tej od dawna ukrywanej, nieznanej ale prawdziwej. A to rodziło mój strach, choć wiedziałam, że będzie prowadzony piórem anonimowości.

Mój pierwszy blog: "Na krawędzi życia" założyłam w połowie czerwca 2009 roku, był jak bardzo wiele innych blogów o wszystkim i o niczym. Codzienne życie, wzloty, upadki, przemyślenia, znajomi, wspólne podróże, przyjaźnie. Po pewnym czasie ta nijakość blogowa zaczęła mi przeszkadzać. Chciałam czegoś konkretnego, pisanego moją ręką ale nie o mnie, coś, co będę mogła włączyć chociażby do CV jako mój dorobek pisarski. Założyłam drugi blog: "Warszawa da się lubić". I tak naprawdę to było moje pisarskie dziecko. Nic innego nie zawierał w sobie, jak Warszawę. Od kiedy w 2009 roku przeprowadziłam się z Lublina (gdzie studiowałam) do Warszawy, zwiedzałam i odkrywałam jej zakamarki. Bez mapy, bez przewodników. Wsiadałam, jechałam, wysiadałam i szłam. Z aparatem, ciekawością i zachwytem. Tamten blog dał mi wiele realnych kontaktów z osobami mającymi na uwadze dobro i wizytówkę stolicy; moje zdjęcia, które zamieszczałam u siebie, były umieszczane na innych stronach warszawskich portali. Na tamtym blogu byłam  w pełni personalna, z imienia i nazwiska. I chyba to spowodowało, że, gdy musiałam stanąć przed sądową salą a potem kontrolować wszystko co istnieje w sieci pod moimi osobowymi danymi - ze łzami w oczach ale usunięcie obydwu blogów stało się dla mnie koniecznym rozwiązaniem: w końcu nie byłam już tylko sobą ale także matką mojego dziecka i to jego ochrona stała się wtedy dla mnie priorytetowa.  I mimo, że na blogach nie było niczego co by ingerowało w prawo czy naruszało czyjeś dobro, to sam fakt, mojego tak obszernego bycia w wirtualnym świecie, mogło spowodować liczne utrudnienia w życiu rodzinnym. Nie było to łatwe. Jednym przyciskiem usunąć coś co się kochało, co się stworzyło na takim a nie innymi poziomie, coś co dawało wiele możliwości. Jednak rodząca się wtedy odpowiedzialność za nowe życie wzięła górę.  Do dziś tęsknię za "Warszawą" - to tak, jakbym straciła część siebie. 

Na dwa lata zniknęłam całkiem z blogosfery. Na ponad rok zaniechałam jakiejkolwiek formy pisania, choć moje pierwsze kroki pisarskie stawiałam będąc w podstawówce. Co wtorek siedząc z radiem przy uchu, wsłuchiwałam się w audycję: "Piosenki z listów" w lokalnej rozgłośni. W którejś audycji w konkursie mój list został nagrodzony. To była dopiero radość małej dziewczynki. Kolejny list już w zwykłej audycji został zakończony słowami prowadzącego: "To był zaszczyt przeczytać taki list." Pamiętam tamte emocje po dziś dzień. Kochałam to robić. Kochałam pisać, choć oprócz uczuć jakie były we mnie, nie wiedziałam, że mam prawo coś zrobić z tą miłością i łatwością przelewania myśli na papier. 

Rok temu wylękniona na samą myśl o pisaniu czegokolwiek o mnie, pojawiłam się w tym miejscu. To był trudny rok. Każdy wpis był dla mnie wyzwaniem. Nie bałam się pisać ale bałam się tego co napiszę, bo nigdy nie tworzę wstępnych scenariuszy. Od zawsze pisałam wszystko na czysto. Mając jakieś doświadczenie w blogowaniu, ten blog był dla mnie ciężarem. Ale gdy tak myślałam dzisiaj o tym wszystkim co się zadziało, zrozumiałam, że jako jedyny z wszystkich trzech, dał mi najwięcej życiowej mądrości. A prawdziwą mądrość zdobywa się często w trudzie, pocie i zniechęceniu. Prawda boli, nie da się ukryć, ale gdy pierwotny ból minie, ona sama zyskuje na wartości. 

Dziś, mimo, że to negowałam, jestem zupełnie kimś innym, niż byłam rok temu. Nie wiem czy byłabym w tym samym wewnętrznym miejscu, gdyby blog nie powstał. Ale powstał a potem pojawiliście się Wy. Osoba po osobie, komentarz po komentarzu. Za te ostatnie pozostawione słowa, najbardziej dziękuję - świadomie ja pozostawiłam je bez mojej informacji zwrotnej. Podniosłam się, wiele zrozumiałam, wiele się nauczyłam o sobie - kiedyś się z Wami tym  podzielę. Ale to co najważniejsze to przestałam się wstydzić samej siebie, tego, że to moje życie jest takie jakie jest a nie takie jakie sobie wyobraziłam. Przestałam uciekać od samej siebie w świat wyobrażeń. Ten mój ostatni emocjonalny upadek, uświadomił mi, że z każdej największej trudności zawsze się podnosiłam i szłam dalej, nawet jeśli leżąc wydawało mi się, że wszystko przegrałam. Zawsze. Teraz też udało mi się podnieść i idę dalej, tak samo jak ten blog przekraczając kolejny rok istnienia, idzie dalej na równi ze mną. 

Chcecie czy nie, jesteście częścią mojej historii - która nie kończy się jedynie w świecie wirtualnym. 


Witajcie!
Ukrywanie się pod anonimowością mnie zmęczyło i oddalało od siebie samej. 

Mam na imię Renata. Miło mi poznać każdego z Was!





niedziela, 30 października 2016

PAŹDZIERNIK

    
Odwracasz się w tył siebie i widzisz, że droga, która za tobą, jest tylko czarnym żwirem, na którym nic więcej nie ma. Tylko żwir. A przecież szłaś. Cały czas szłaś. A idąc coś miało się tworzyć, stwarzać, rosnąć, budować, zapisywać, aby potem, kiedy tego pamiętnego "dziś" odwrócisz się, zobaczysz za sobą pewien etap życia. Budowle, ludzi, uśmiechy, łzy. Wszystko będzie na tej drodze stało jak drzewa, które zapuściły korzenie w twojej przeszłości i nikt już ich z tej drogi nie wyrwie. 
Ale za tobą tylko czarna prosta droga. Tylko. A przecież żyłaś. Takie miałaś wrażenie. Oddychałaś, mówiłaś: "Dzień dobry" widziałaś, słyszałaś... 

A potem fala łez uderza o ciebie. Jest wszędzie. Konwulsyjny płacz rzuca tobą po całym twoim "ja", które tak naprawdę jest bardziej obce niż cała prehistoria. Mimo to, nie chcesz ustąpić, nie chcesz się poddać. Chcesz wycisnąć na siłę ten płacz i siłą, której już nawet nie rozpoznajesz brnąć pod wiatr, bo przecież musisz. Musisz. Tyle lat wmawiano ci, że Musisz. I nieważne, że dziś wszędzie cisza a głosy jakby inne, cieplejsze, dojrzałe, obecne - ty Musisz!

- Tylko, tak naprawdę co Musisz? - odzywa się nagle cichy głos, schowany głęboko w życiu.
- Co musisz? No co?

Siadasz, ściskając z całych sił kolana, dłońmi, które przecież są twoje i które mogą tak wiele. Mogą a nie muszą. I płacz, który na powrót rozrywa twe ciało, dotyka je jakby chciało słoną wodą łez roztopić mur, który tak wysoki, że ciężko dostrzec już to co za nim; jakby chciało obmyć z tego, co powoduje, że rany nie chcą się goić.

Chciałabyś usłyszeć wtedy: "ale przecież to nie wstyd", a tak naprawdę chciałabyś usłyszeć: "ale to nie twoja wina", ale i tak wiesz, że byś w to nie uwierzyła. 

- Nie chcesz czy nie możesz? - pojawi się znowu, siadając za tobą.
- Na czyje rozgrzeszenie czekasz? Na czyje?

I liczysz, kładziesz jedno na drugie jakbyś chciała zbudować wieżę, która wyzwoli cię z tego czarnego "dzisiaj", "jutro" i przez kolejne dziewięć dni. Trzy dziesiątki i jedna piątka. Tylko tyle aby przeżyć. Na początku robisz zakłady z samą sobą, czy ci się uda, przez dzień, trzy dni, góra cztery. Stoisz mocno na ziemi, trzymając w zaciśniętej dłoni to wszystko co ci zostało. Jeszcze wydaje ci się, że dasz radę, że co to takiego za 7 złoty przeżyć kolejne dwa dni. Ale gdy przychodzi ci odebrać  z rąk własnego dziecka bułkę, która była odłożona na jutro - wtedy dociera do ciebie, że przegrałaś; że nie dałaś rady; że to twoje "muszę" doprowadziło cię na skraj wszystkiego co obdziera z ludzkiej godności i odbiera błogość dziecięcego uśmiechu. 
Słyszysz dźwięk sma i wiesz, że kolejny miesiąc właśnie się rozpoczął, że twoja dziewięciodniowa walka o tę pszenną bułkę dobiegła końca, że nawet zostało ci siedemdziesiąt osiem groszy - ale kiedy podchodzisz do lustra, nie poznajesz tam już nikogo. Kiedy stawałaś do tej walki - przeżyć za tyle co zostało, byłaś przekonana, że spojrzysz na siebie z dumą, z przekonaniem, że to co dla wielu byłoby niemożliwe, dla ciebie okazało się do pokonania. Ale gdy odczytujesz że przelew został wysłany na twoje konto, twoje ciało nie jest nawet w stanie unieść kącików ust aby ułożyć je w kształt uśmiechu. Duma? Czujesz się jak wypuszczony z celi więzień, który wtedy w tamtą styczniową noc odważył się zaufać jemu, a potem odważył się zaufać sobie, że ta podwójna odpowiedzialność go nie powali. Opierasz resztkami sił dłonie o umywalkę. Podnosisz do góry twarz. Oczy, w których wyczytuje się wszystko, są pozbawione życia. Twojego życia. Jest w nich tylko ten styczniowy nakaz przetrwania - dla niego.


Dotarłaś do ostatniego pytania: "Twoje trzy cele na najbliższy czas". Wiesz, że pisanie nie sprawia ci problemu. Uśmiechasz się. Kładziesz ręce na klawiaturze i... I rozumiesz, że umieć pisać, to nie to samo co mieć co napisać. Nie wiesz. Po prostu nie wiesz... Czujesz ból w każdym emocjonalnym kawałku twojej duszy. Ty, która od zawsze miałaś głowę pełną marzeń, dla której niemożliwe nigdy nie istniało, która trudności traktowała jak szczeble ku pełniejszemu życiu - nie wiesz..  
Idziesz. Wstawiasz wodę na kawę, wyciągasz mleko, cukier. Podchodzisz do okna, widzisz jak ciąg samochód jeden po drugim opuszcza rondo. Tak, to rondo ma w sobie jakąś magię, coś co sprawia, że możesz patrzeć  bez końca. Woda zaczyna się gotować. Przypominasz sobie nagle, jak znajoma pozwala gotować się wodzie kilka minut dłużej. Tak, te kilka minut. Choć te kilka minut. Wyłączasz, zalewasz, mieszasz. Idziesz wolno, pragniesz aby pokój nagle się oddalił. Stawiasz kubek. Jeszcze przez chwilę spoglądasz na reklamę, która pojawia się między bajkami. 

"Twoje trzy cele na najbliższy czas". 
Naciskasz "wyślij". Zamykasz oczy i czujesz się jak zdrajca.

- Dlaczego to zrobiłaś?

"Dziękujemy za wypełnienie formularza.". 

 Odwracasz się w tył siebie i widzisz, że droga, która za tobą, jest tylko czarnym żwirem, na którym nic więcej nie ma.
-  Bo nie było ciebie. Na wyobrażeniach przeszłość się nie utrzyma. Wszystko rozwiał wiatr. Został jedynie czarny żwir, po którym podążało twoje ciało - bez ciebie.

Ktoś wyciąga ku tobie dłoń. Pyta jak się czujesz...

- To nie wstyd zacząć wszystko od nowa...


wtorek, 4 października 2016

WRZEŚNIOWE KSIĄŻKI I FILMY

Co prawda nie było tego tak dużo, bo zaledwie cztery książki, z których tak naprawdę tylko dwie uważam za godne polecenia.

1.

To pierwsza z nich: 
"Nie oddam dzieci!" - Katarzyny Michalak. To moja druga książka autorstwa tej pisarki. Pierwszą była "Bezdomna", która poruszyła mnie naprawdę mocno. Emocjonalnie zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Ta również zachowana w podobnym emocjonalnym klimacie. Co prawda to nie do końca mój styl pisania, jaki lubię, jaki mnie hipnotyzuje, wciąga. Jednak kiedy zaczęłam ją czytać, nie mogłam się oderwać. Nie chciałam jej wręcz odkładać na półkę, pełna literackiej zachłanności jak potoczą się losy bohaterów. Fabuła osadzona w Polsce, w realiach z którymi niejednokrotnie każdy z nas stanął  twarzą w twarz, choć może nie w tak drastycznych kolejach losu. Uważam, że dla fabuły warto przeczytać tę książkę.

2. 



"Kiedy odszedłeś" - Maggie O'Farrell.
Z tą książką to taka historia przypadku. Zamówiłam ją w bibliotece już w lipcu i prawie dwa miesiące czekałam pewna, że zamówiłam dokładnie "Kiedy odszedłeś" - Jojo Moyes. Kiedy dostałam sms z biblioteki, że książka czeka na odbiór, biegłam jak na skrzydłach. Moja mina, choć jej nie widziałam, za pewne mówiła wiele, kiedy pani bibliotekarka położyła przede mną tą oto książkę ze zdjęcia. Wychodziłam z pustką w środku, jakby ktoś mi dał w twarz. A potem zaczęłam ją czytać. I już po kilku kartach przypomniałam sobie, dlaczego pokochałam czytanie książek. Po wielu już w tym roku przeczytanych książkach - to pierwsza, gdzie styl pisania jak dla mnie to prawdziwe dzieło sztuki. Chciało się czytać tę książkę, nie tyle dla treści, co dla płynności słów, tego lawirowania między nimi.
Sama fabuła wielowątkowa, dla mnie do 80 strony kompletnie niezrozumiała, za szybko przeskakująca z jednego wątku na drugi. Jednak kiedy wreszcie odnalazłam się kto, kiedy z kim i dlaczego, książka wciągnęła mnie do tego stopnia, że nie potrafiłam się z nią rozstać. Jedna z nielicznych książek, gdzie do końca  trudno przewidzieć zakończenie i rozwiązać rodzinną zagadkę. Książka wymaga skupienia. Przeszłość przeplata się z teraźniejszą. Teraźniejszość jednocześnie jest przeszłością. Mimo wszystko uważam tę książkę a tak naprawdę jej autorkę za wyjątkową pisarkę i moje odkrycie literackie tego roku.

FILM:


1. "MUSTANG". Nie mogłam wybrać się kina, gdy był grany, więc zmuszona byłam poczekać aż któraś ze stron udostępni go za darmo i tak też się stało. Z samych zapowiedzi wiedziałam, że będzie mi się podobał. Choć słowo podobał, nie oddaje tego co działo się ze mną podczas oglądania a mianowicie wielki sprzeciw wobec podejścia do kobiecości. Było we mnie wiele niezgody, nienawiści i pytań, na które tamtejsza kultura jest sama z siebie odpowiedzią.
Do obejrzenia na: http://www.cda.pl/video/927261a0



2. CAFE DE FLORE (2012)
Nie potrafię opisać tego filmu. Cały czas mam go w głowie, ale nie umiem przekazać o czym dokładnie jest. Z pozoru o macierzyństwie, o miłości matki do dziecka, która wręcz zabija. O pokrewieństwie dusz, która to dusza na nas gdzieś czeka całe życie - w tym czy innym życiu. O małżeństwie, stracie i wybaczeniu. Film niesamowity - ale trudny. Nietuzinkowy, nie na jedno "kopyto". Film o wyborach, które dokonujemy lub które dokonują się w nas, na które my nie zawsze umiemy się zgodzić. 
Jak dla mnie to film z przesłaniem i z całym bogactwem życia, które nie zawsze prowadzi do szczęścia - ale zawsze do przeznaczenia, jakie nam zapisane. 




Ciekawych lektur i filmów na te jesienne wieczory i dni. 


sobota, 17 września 2016

Zatrzymane w kadrze.



Jeden balkon a tak wiele perspektyw widokowych. Dzielę się z Wami chwilami, którymi mogłam upajać się wpatrzona w to, co  rysowało niebo  przed moim oczami. To były wspaniałe chwile. Na szczęście kończy się tylko lato. Widok pozostaje :)












wtorek, 13 września 2016

CZARNE MYŚLI - USUWAJ CZ. II





Były w każdym zakamarku mojej głowy. Ciemne, ciężkie, zwiastujące najgorsze katastrofy mojego życia. Z obawy przed tym co ma nastąpić zamykałam wszystkie okna i drzwi mojego życia. Przed każdą kolejną ewentualną możliwością, zmianą, osobą. Bałam się tego co ma zaraz nastąpić, będąc przekonana, że to co znajduje się w mojej głowie, jest tym samym co za moment nastąpi w życiu, którego dotykam. 



Widziałam co prawda kształty mojej rzeczywistości, jej blask a nawet piękno. Dostrzegałam  migające w oddali światła, słyszałam szum miasta i życia innych. Ale mimo to, ciągle pochłaniała mnie ciemność i katastroficzność moich myśli.
Zabijały mnie od środka. Pomału ale jakże skutecznie. 





To moje osobiste korony mojej życiowej ziemi. Szczyty z których rozpiera się widok na piękno mojego życia, na mnie prawdziwą, wolną bez kajdan przeszłości. 
Kiedy zaczynałam te prawie dwa miesiące temu mój osobisty projekt zmiany mojego życia: "USUWAJ/WŁĄCZAJ", nie przypuszczałam, że nabierze on takiego wymiaru zmian ale i trudności. Projekt bardzo świadomy, po przebytej terapii, po wielu zmianach, które już dokonały się w mojej głowie; po wyrzuceniu z obecnego życia dużej ilości niepotrzebnej i przeżytej już przeszłości. 
To miała być tylko zmiana nawyków, taki mały obrót - jak w tańcu. Miałam sobie pozwolić na upadki, chwile słabości, na bardzo powolne maszerowanie z ogromnym dystansem do założonego celu.
 Jednak, kiedy zaczęłam moją wędrówkę, zrozumiałam, że tylko przezwyciężając chwile słabości, stawiając o jeden krok więcej niż by mi się chciało postawić i podchodząc z pełnym zaangażowaniem i uważnością do tego co przede mną, mogę dotrzeć na szczyt, pomimo wszystkiego co mnie na nim spotka.


 Przebyte 21 dni na zmianie myśli z negatywnych na pozytywne, neutralne; wyeliminowanie tak dużej ilości kompletnie do niczego niepotrzebnych snutych wydarzeń, katastrofalnych zakończeń czy ludzkiej nienawiści skierowanej w moją osobę - okazały się bardzo trudną wspinaczką i wyczerpującą drogą samą w sobie.
To była walka o każdy krok, o każde podniesienie stopy aby ten krok postawić. To nadal jest walka. 
Było trudno, naprawdę trudno - ale ten trud się opłacał. 


Przede mną kolejne szczyty. Wspinając się na Nie, nie zapominam o tym, czego nauczyłam się na poprzednich dwóch szlakach. Zabieram ze sobą to co zostało oczyszczone w pocie wędrówki. Nie odhaczam tego co za mną, bo to rodzaj pracy nad sobą, którego nie da się odłożyć na półkę jak przeczytaną książkę. To co prawda zwycięstwo, jednak bez dbanie o nie, pozostanie tylko przeżytkiem, wspomnieniem czy zatrzymanym w kadrze momentem do którego będzie można powracać ale nie będzie można nim żyć obecnie i czerpać z niego siłę...

Kiedy narysowałam te moje góry, zdałam sobie sprawę, że to nie są już tylko punkty w notesie do naprawy ale codzienna wspinaczka: z potem, zmęczeniem, niekiedy rezygnacją. Jednak kiedy spojrzałam na te dwa, na które udało mi się wspiąć, zrozumiałam, że na kolejne łatwiej się odważyć i nie bać się tego co mnie tam czeka.

Po co to wszystko?:

Eliminacja lenistwa - to świadomość jak wiele możliwości ma doba, tydzień, miesiąc. Jak wiele mogę zrobić od codziennych czynności po możliwość spełnienia tych najskrytszych marzeń; to nowe szanse, nowi ludzie i nowe możliwości - które nie miały racji  bytu wcześniej przez obojętność, zasiedzenie się i permanentny brak poczucia sensu robienia czegokolwiek w imię: "Nie chce mi się!";

Eliminacja czarnych myśli - to jakby rozsunięcie ciemnych, ciężkich i zakurzonych zasłon, otwarcie na oścież okna i ujrzenie świata taki jaki jest naprawdę; to doświadczenie na własnej skórze mądrości: "zmień swoje myśli - a zmienisz swoje życie". 



Trzeci szczyt, w stronę którego zaczynam wędrować od dziś - to NIEZDECYDOWANIE
Zagrzebana w nim, tracę mnóstwo czasu na podjęcie tej właściwej decyzji a często jakiejkolwiek decyzji. A przecież każda podjęta decyzja - gdzieś prowadzi... 

Dziękuję za poprzednie komentarze i blogowe wsparcie. Świadomość, że nie wędruje się samemu, daje siłę do kolejnego kroku ku górze...



P.S. Macie swoje szczyty, które zasłaniają Wam widok na pełnię Waszego życia? 



niedziela, 21 sierpnia 2016

USUWAJ - WŁĄCZAJ cz.I



Zrozumienie tej zasady przyszło znienacka, jak zresztą większość życiowych mądrości. Siedziałam na starym mieszkaniu, gdzie panował permanentny półmrok przez usytuowanie na pierwszym piętrze z widocznością na prawie przylegający 11 piętrowy blok i trzy ogromne drzewa, pełna jakiejś goryczy, melancholii a wręcz myśli depresyjnych, które odbierały mi wszelkie a tym samym ostatnie resztki ochoty na radość z życia. Starałam się stworzyć jakiś plan żywieniowy, który pomoże mi pozbyć się kilku kilogramów aby odciążyć co dopiero zdiagnozowane chore kolano, które bólem zwalało mnie z nóg. Otworzyłam książkę autorstwa Jillian Michaels: "Opanuj swój metabolizm", którą już jakiś czas temu przeczytałam i która naprawdę okazała się dać namacalne efekty nie wpadając przy tym w paranoje odchudzania czy nieziemskich diet. I dlatego przeszłam od razu do części drugiej: "Plan generalny" a w nim trzy kroki: Usuwaj; Włączaj; Równoważ.

I wtedy właśnie zrozumiałam: że nic nie zmienię w swoim życiu, jeśli nie usunę tego, co je niszczy, spowalnia czy wpływa destrukcyjnie na nie, a tym samym wprowadza mnie w stan wegetacji a nie życia w pełni.



Jestem zwolenniczką starych dobrych papierowych kartek A4 w kratkę, niebieskiego długopisu i zapisywania wszystkiego ręcznie w chwilach, kiedy coś ważnego tworzę, czy buduję jakiś projekt w głowie albo wyznaczam swoje osobiste cele. Zrobiłam tabelę USUWAJ/WŁĄCZAJ. Wypisałam to wszystko co mnie wewnętrznie cofa a raczej to czym ja sama siebie cofam przed życiem w pełni. Kiedy to napisałam dopiero do mnie dotarło jak wielkie to mury ale dzięki ciężkiej pracy możliwe do pokonania.

Przyjęłam zasadę 21 dni - najsłynniejszą jaką znam. Jestem z tych, którzy zaczynają z ogromną werwą a po trzecim dniu odpuszczają; jak i z tych, którzy efekty i zmiany chcą mieć Już, Teraz, Tu. Dlatego te 21 dni były w pierwszej chwili wiecznością. Pierwsze co postanowiłam usunąć to LENISTWO. Tak, nawet nie zdawałam sobie sprawy jak było obecne w moim życiu, jak było wszędzie, w każdej minucie. Jak pociągało za sobą zrezygnowanie, odpuszczanie, poddawanie się i to wybrzmiewające w mojej głowie zdanie: "Mam to wszystko gdzieś. To i tak nie ma sensu."

Usuwając lenistwo zaczęłam robić miejsce na nowy nawyk. Chciałam czegoś prostego, wręcz dziecinnego, bo chciałam dać sobie szansę na to aby się udało i abym przekonała samą siebie, że ta metoda naprawdę działa. Aż wstyd się przyznać, ale od zawsze stroniłam od wieczornego mycia zębów. I dlatego postanowiłam każdego dnia rano i wieczorem przez te 21 dni myć zęby. Właśnie tak, cofnęłam się do samych początków rozwojowych :)

8 sierpnia minęło 21 dni. Czy było trudno? Nie tak jak zakładałam, choć w niejeden dzień musiałam wyciągać siebie wręcz na siłę do poczynienia starań wytrwania na drodze USUWANIA. 21 dni okazały mieć w sobie pewną magię, która faktycznie zadziałała na mój umysł. Mycie zębów stało się nowym nawykiem, nawet przyjemnym:)

A co stało się z lenistwem?

Nie zniknął całkiem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Praca nad zlikwidowaniem go trwa nadal. Jednak moje życie nabrało innego wymiaru. I gdyby nie podjęcie walki z lenistwem odpuściłabym i morze i nowe mieszkanie i nowe znajomości i nie jeden wspólnie spędzony miło wieczór czy spacery w nieznane dotąd miejsca. Dziś mogę z całą świadomością powiedzieć, że byłam leniwa, okropnie leniwa, że sama pozwalałam aby lenistwo okradało mnie z tylu doświadczeń, doznań...

Wczoraj rozpoczęłam mój drugi etap usuwania i włączania w moje życie i z mojego życia. I kiedy wiem, że takie małe kroczki przynoszą w tak krótkim jednak czasie takie efekty, zrozumiałam, że znalazłam swoją drogę - wreszcie swoją własną, mimo, że może powolniejszą drogę do wprowadza zmian w swoje życie i wyprowadzenie go ze starych schematów myślenia na nowe, oby lepsze. Nawet nie bolało zrezygnowanie ze zdobywania czegoś "na już". Fakt, na początku czułam się jakbym opuszczała stadion na którym do tej pory rozgrywałam albo starałam się rozgrywać mecze o moje pragnienia, marzenia i wygrywania w pierwszych minutach meczu do zwykłego szkolnego boiska, na którym od nowa, krok za krokiem, będę szlifować swoją formę, charakter i nawyki, z których mam cichą nadzieję, będzie nie jeden życiowy chleb...


wtorek, 16 sierpnia 2016

Z WIDOKAMI NA NOWE

Czekałam na tę chwilę, kiedy mogę wreszcie przelać myśli na papier. Czas, który za mną był zarówno piękny jak i trudny; dający wiele niezapomnianych wspomnień jak i naginający emocje do granic wytrzymałości a czasem i łez. Nie sposób podzielić się wszystkim; nie sposób wszystko nawet opisać, bo ciągle gdzieś w środku odczuwa się jakby to działo się chwilę przed a, nauczona z rodzinnego domu, że nie kroi się gorącego ciasta bo zrobi się zakalec, skupię się na tym co można naruszyć w jestestwach posiadanych wspomnień.

Za mną wyjazd nad morze a tak naprawdę za nami. Mój prawie że, pięcioletni syn okazał się przecudownym kompanem podróży. To były nasze rodzinne wakacje, choć zawsze jak wypowiadam słowo "rodzinne" zastanawiam się czy mogę z tą moją niepełną rodziną kwalifikować siebie do miana wczasowych rodzin z pełną obstawą ojca i matki. Ale na przekór sobie czynię to od niedawna z wielką dumą. A więc to były moje pierwsze rodzinne wakacje z których cieszyłam się jak dziecko i które na długo a może na zawsze zapiszą się jak pięknie napisana książka, którą pamięta się długo. Było tam wszystko: dziecięca swoboda, radość, chwile grozy, małe lub większe wypadki, cudowne zachody słońca i wspólny posiłek, który mogliśmy dzielić ze znajomymi u których nocowaliśmy. To tak niewiele, ale kiedy choć na chwilę łamię się codzienność i zasiada się z kubkiem kawy w obecności drugiego człowieka - to nie ma w takich chwilach nic piękniejszego. Mam nadzieję, że nasza nieopisana wdzięczność jakoś dotrze do znajomych, którzy otworzyli przed nami swoje drzwi ale i serca.







Jastrzębia Góra; Karwia; Wydmy Łąckie


A potem była przeprowadzka na nowe mieszkanie. To jak wyjście z klatki na wolność; z ziemi w niebo. Przez ostatni rok mieszkaliśmy na pierwszy piętrze z widokiem na trzy ogromne drzewa i 11 piętrowy blok. W małej 30 metrowej kawalerce. Teraz wznieśliśmy się jak już wiecie na 10 piętro na granicy przyległego prawie że do Warszawy miasteczka, co sprawia, że nic nie ogranicza nam widoczności na Warszawę a mało tego daje z drugiej strony widoczność na całe miasto. Tęskniłam za tym, za mieszkaniem na wysokościach, ponad wszystkimi i w sąsiedztwie nieba, jeszcze trudno mi uwierzyć, że po 6 latach to marzenie się spełniło. Teraz mamy dwa pokoje, ponad 43 metry, okna na wschód i zachód, przestrzeń i to Niebo, które od zawsze było moją miłością. Potrafię zachwycać się każdą namiastką zmieniającego się nieba. I to niesamowite jak wiele dzieje się na nim podczas całego dnia, nawet jeśli spoglądając w nie z ulicy wydaje nam się, że nic się nie zmienia przez cały dzień. 
Sami oceńcie:


 A to widok na Pałac Kultury i Nauki z ok 30 km i przyległe mu wieżowce:)







I z tymi widokami Was dziś zostawię. Aby dać sobie możliwość do częstszego przebywania w tej blogowej strefie. 

czwartek, 4 sierpnia 2016

Jeszcze chwila

Moi Drodzy, moja chwilowa przerwa w zaglądaniu na Wasze ale i na swojego bloga jest podyktowana nagłą okazją wyjazdu nad morze a zaraz po powrocie przeprowadzką na nowe mieszkanie. Wszystko spontanicznie, z dnia na dzień. Jestem gościem w Internecie. Ubolewam, bo nie mam nawet kiedy poczytać co u Was. Pomału widać możliwość zwolnienia i znalezienia chwili na kawę i bloga. Jak tylko ta chwila nadejdzie nadrobię wszelkie zaległości Waszego blogowego życia.
Tymczasem pozdrawiam każdego z Was, życząc udanych urlopów, wakacji, wyjazdów itd..:)
A takie mam widoki siedząc na balkonie 10 piętra już na Nowym:)


piątek, 15 lipca 2016

KSIĄŻKI I FILMY Z OSTATNICH MIESIĘCY

Odbiegając na chwilę od życiowych przemyśleń i metafor, pozwolę oddać głos innym, równie mającym wiele do powiedzenia  o meandrach ludzkiego losu.

KSIĄŻKI:


To nic innego jak beletrystyka i to taka babska. I nawet nie biję się w pierś, że czytuję takie "czytadła" a nie światowej sławy literaturę.

1. "Książę przypływów" - Pat Conray. Nie ma co prawdy na zdjęciu, ale to jedna z książek, które do babskich czytadeł trudno zaliczyć. To opowieść o wstrząsającym dzieciństwie trójki rodzeństwa, opowiadanej z perspektywy czasu dorosłego już człowieka, który dzięki temu próbuje znaleźć drogę do samego siebie. Książka ma dwa tomy. Przeczytałam pierwszy na drugi czekam. Jednak już po pierwszym uważam, że warta przeczytania. Powstał na podstawie tej książki film, jednak nie odmówię sobie przeczytania drugiego tomu, zanim obejrzę film.

2. "Zrządzenie losu"  Allie Larkin. Również bez zdjęcia. Książka lekka, ale wciągająca. To opowieść o kolejnych poszukiwaniach odpowiedzi na pytanie "kim jestem?" pod skorupą masek, udawania silnej, odpowiedzialnej i grzecznej kobiety, wychowanej w domu, gdzie całe dzieciństwo było podporządkowane pod matkę alkoholiczkę i tęsknotę za ojcem, który nie wytrzymując picia, odszedł od żony zostawiając na małych wtedy barkach dziewczynki cały dom i rodzinę.

3. "Ukryte talenty" - Erice James. Kolejna z tych co czyta się lekko ale trudno odłożyć na półkę, bo ciekawi co wydarzy się dalej. W tej książce jest chyba całe życie: młodość, starość, małżeństwo, zdrada, romans, pragnienia, walka o marzenia, śmierć - i talenty, o których często zapominamy, albo nawet nie jesteśmy świadomi, że je posiadamy zagonieni i zapatrzeni w codzienny trud utrzymania siebie czy rodziny.

4. "O czym nigdy nie powiedziała ci matka" Olivia L. Lichtenstein. Przyznam się, że po przeczytaniu tak 1/3 miałam ochotę ją pójść oddać do biblioteki, ale coś kazało mi przebrnąć dalej. I nie żałuję. Początek naprawdę banalny a wręcz przewidywalny. Pomieszanie bólu z groteską. Jednak dalsza część otwiera równie często zapominany świat - jak świat talentów z poprzedniej pozycji - czyli życie naszych matek, zanim zostały matkami. Niby to oczywiste, ale trudno wyobrazić sobie, że nasze matki, zwłaszcza te z permanentnym fartuchem na sobie, obsypane mąka od pierogów czy piorące non stop męskie skarpety męża i stawiające mu przysłowiową miskę z obiadem pod nos były kiedyś młode, szalone, miały marzenia, przedzierały się przez świat z tą młodzieńczą energią, szaleństwem i miłością. Gdy skończyłam tą książkę, uwierzcie mi lub nie, ale moje myślenie i postrzeganie mojej mamy, która nadal krząta się z fartuchem obsypanym mąką aby jak przyjadą dzieci mogły zjeść matczyne pierogi, nagle zmieniło się o 180 stopni. I zdałam sobie sprawę, że ja tak naprawdę nie znam mojej mamy - tej zanim została mamą.

5. "Pierwszy ogrodnik" - Denise H. Jones. To książka jak się okazało w trakcie czytania obsadzona w realiach wiary i obecności Boga w życiu bohaterów. I możliwe, że gdybym to wiedziała nie porwałabym się na nią,  jednak przekraczając połowę książki nieświadoma nawet, obcierałam łzy i zasmarkany nos. Lekka ale trudna książka. O stracie - tak ogromnej, że ciężko uwierzyć, że po niej też można żyć dalej. To strata tych co umarli ale też tych, którzy żyją i walka aby narodzili się na nowo, aby uwierzyli, że śmierć nie oznacza końca wszystkiego. Osobiście polecam.

6. "Zanim się pojawiłeś" - Jojo Moyes. Jestem w połowie, ale gdyby nie codzienne obowiązki i dziecko stojące z piłką, nałożoną już na sobie kurtką i kluczami w rękach, gotowa jestem schować się z nią pod koc i dowiedzieć się czy się udało.

7. "Życie na drzwiach lodówki" - Alice Kuipers. Książka (choć nie ma na zdjęciu), którą można przeczytać w niecałą godzinę o ile nie piecze się wtedy naleśników:). To historia życia spisana na kartkach przyklejanych do lodówki. To często jedno a, niekiedy kilka zdań wymienianych w pośpiechu między matką a córką. To książka jak skrzętnie domniemam napisał autor lub wydawca na tylnej okładce: "Książka o znajdywaniu czasu dla osób, które kochamy, gdy mamy go tak mało.." Polemiczna, kontrowersyjna w pewnym stopniu, można by rzecz napisana z lenistwa i dla łatwego zarobku, bo jedno zdanie na stronie, to przecież nie przystoi na książkę ale przy ostatecznym rozrachunku łatwo przyznać się, że tak wygląda życie niejednego z nas. Gdyby tak zwyczaj karteczek zamienić na obecne sms czy laiki na fb.

"Hańby" - J. M. Coetzee - przeczytałam zaledwie niespełna 50 stron. Ale to chyba nie ten czas, nie ta pora. Nie porzucam jej na zawsze, za jakiś czas dam jej kolejną szansę, ale jak na razie nie potrafię się przekonać nie tyle do książki co do stylu pisania autora.

 Nie wiem jak u Was, ale jak mam tak często, że w danym etapie czy chwili mojego życia trafiają mi w ręce takie a nie inne książki czy filmy, które wpasowują się w problemy czy dylematy, które akurat rozgrywają się w mojej głowie. Tak też było i z powyższymi książkami.

FILMY:
Było ich kilkanaście - dla jednych to nic dla mnie to dużo przy obowiązkach i sposobie życie jakie prowadzę.

1. Tajemnica Filomeny

To jest film, który poruszył we mnie każdą emocje, nawet tę o której nie miałam pojęcia. Odebrałam go bardzo osobiście i chyba dlatego tak zapisał się w mojej głowie a może i serce. Film oparty na faktach, opowiada historię młodej dziewczyny Filomeny, która zachodząc w nieślubną ciążę i zostając sama z brzuchem przez wstyd przed światem zostaje zamknięta za murami klasztoru u sióstr. Po latach podejmuje próbę, jak się okazuje kolejną aby odnaleźć swojego syna, które siostry zakonne oddały do adopcji a tak naprawdę sprzedały go jak wiele innych dzieci. 

2. Moje życie beze mnie.

Młoda kobieta, matka dwójki małych dzieci, żona kochającego ją męża, mieszkająca z całą swoją rodziną w przyczepie kempingowej na tyłach domu jej matki, dowiaduje się nagle, że jest śmiertelnie chora i ilość dni do przeżycia jest niewielka. W tamtym momencie nikomu nie ujawniając tej informacji postanawia zrobić listę rzeczy, które chciałaby przeżyć i zaczyna je realizować. Przepięknie pokazana proza życia ale i śmierci.

3. Motyl Still Alice
Film, który jak dla mnie pokazuje nam prozę ale też groteskę naszych życiowych starań o bycie kimś. Tą całą pracę, którą wkładamy aby wyjść na ludzi, aby coś w życiu osiągnąć, możemy stracić w przeciągu pół, może góra roku, stając się jakby chodzącym warzywem, który nawet nie potrafi znaleźć w swoim własnym domu łazienki na czas. Niesamowicie obdzierający z godności człowieka, który jeszcze tak niedawno był KIMŚ.


4. Zanim się rozstaniemy



Jedna noc a może tyle zmienić w życiu człowieka...:) Polecam

I na koniec dwa filmy, które poleciła u siebie FOTOSZEPTY - BABA Z BABY CZYLI MATRIOSZKA:)

5. Sędzia


Ojciec - syn; duma - miłość... Długo by wymieniać. Jednym słowem warty obejrzenia.

6. Spotlight

Również uważam, że warto obejrzeć, zwłaszcza, że od tylu lat ludziom mydli się oczy i wkłada do głów wiele nieprawdy na temat życia Kościoła. Kościoła jako Ludzi a nie Boga. A szkoda, bo wielu z nas aż za mocno skleja ze sobą Boga i Księży i za szybko rezygnuje z Boga. Ale to już moja osobista dygresja. 

I to tyle na dziś. Jeśli zechcecie coś dopisać do powyższych list w komentarzach będę wdzięczna. Lubię odkrywać coś czego jeszcze nie znam, nawet jeśli nie zawsze wpasowuje się to w moje gusta. Miłego czasu dla Was!



wtorek, 5 lipca 2016

WYPRZEDZIĆ PROBLEM


Krajowa siedemnastka. Trasa Lublin - Warszawa. Gdzieś w połowie drogi na której przepisowo można jechać dziewięćdziesiąt, nagle wyrwałam się z zamyślenia i zdałam sobie sprawę, że od dłuższych chwil jadę niecałe siedemdziesiąt. Jak zahipnotyzowana jechałam za samochodami jadącymi przede mną, pewna, że droga jest zatłoczona i nic nie da się zrobić, jedynie biernie podążać tą siedemdziesiątką za innymi. Po chwili jednak wychyliłam się samochodem lekko w lewo i zobaczyłam, że te dwa jadące samochody przede mną jadą za Tirem, przed którym jest w zupełnie pusta jezdnia.

I wtedy do mnie dotarło, że ten Tir, to nic innego jak metafora życiowych problemów, który zasłania nam nie tyle widoczność co perspektywę życia, spowalnia je ale przede wszystkim biernie trzyma cały czas za sobą, nie dając możliwości życia takiego jakbyśmy chcieli i na jakie pozwalają możliwości naszego życia. W dodatku te dwie osobówki jadące za nim a zarazem przede mną są kolejnymi metaforami naszego podporządkowania się pod zaistniałą sytuację: "Bo jeśli on nie wyprzedza, to znaczy, że ja też nie mogę, no bo co sobie pomyślą, co powiedzą ci, którzy jadą za mną; że się wyłamuję, że kozaczę, że szpanuję." A potem pojawiają się te okropne myśli: że może gdybym miała lepszy samochód bo mimo, że to mercedes to przecież tylko mercedes, są od niego lepsze auta; gdybym dłużej jeździła, bo w końcu jeżdżę tylko od dwóch lat i nawet co miesięczne przejeżdżane ponad 2000 km są niczym - bo inni już od tylu lat; a żeby było mało to pojawia się jeszcze to!- gdybym była facetem a nie przysłowiową babą za kierownicą, może dałabym sobie przyzwolenie aby się odczepić od tego samochodowego wagonu i pojechać przed siebie. Zaczynam szukać wymówek; że pozwalam opanować się lęków, stereotypom, że boję się, że ktoś mnie strąbi, że nagle ni stąd pojawi się radiowóz, bo wyprzedzając będę musiała przekroczyć prędkość; że mandat; że strata pieniędzy; że punkty karne; że opinia; że poczucie winy; że to, że tamto...

A potem przychodzi chwila opamiętania, wyciszenia umysłu, odcięcie się od lęku i ROZEZNANIE. Zjechać optymalnie do lewej krawędzi; upewnić się czy mam wystarczająco miejsca na drugim pasie aby podjąć próbę wyprzedzenia zarówno osobówek jak i Tira; Rozeznać czy miejsce między jedną osobówką a drugą daje mi pole manewru do ewentualnego nagłego "schowania" się podczas wyprzedzania; spojrzeć w lusterka i mając widoczność rozpocząć manewr wyprzedzania.

www.muzyczneradio.com.pl 


Ile to razy, problem nie ważne jak mały nagle urastał do rangi wielkiego, bo kiedy przez długi czas zwolniwszy do siedemdziesiątki jedzie się za Tirem, po krótkim czasie nie jesteśmy w stanie widzieć nic innego jak tego WIELKIEGO I DŁUGIEGO TIRA.

Problem to tylko jadący przed nami TIR. Nic innego. I dopóki jedziesz jest zawsze szansa aby go wyprzedzić i pojechać dalej swoim rytmem i z perspektywą możliwości, które zawsze czekają na nas przed nami. A dopóki jedziesz znaczy, że żyjesz. A zazwyczaj jest tak, że kiedy podejmiesz próby wyprzedzania, TIR, kiedy to zauważy zjedzie na pas awaryjny ułatwiając Ci przejazd; jeśli nie zjedzie to może dlatego, że nie zauważy albo nie chce tego uczynić - tylko o ile wzrasta wtedy Twoje poczucie szczęścia, kiedy bez jego pomocy wyprzedzisz go i po chwili zostawisz go daleko w tyle.
A kiedy okaże się, że mamy przed sobą kilka Tirów pod rząd, pamiętajmy, że o ile nie łamią przepisów, kierowcy Tirów muszą zostawić miejsce między swoimi samochodami dla osobówek. Wtedy możesz odpocząć, nabrać nowych sił, odwagi, mieć te kolejne kilka chwil do rozeznania sytuacji i podjęcia kroków jak wyprzedzić samochód, który spowalnia Twoją jazdę - Twoje życie.

I chyba to co często nas gubi. Tir to tylko samochód, którym kieruje Człowiek, który ma serce, dusze, emocje i ludzkie odczucia i bardzo często ułatwi nam przejazd - ale zazwyczaj wtedy jak damy mu jakiekolwiek znaki, że my tego chcemy.

Problemy - to nic innego jak sytuacje na które składają się w większości ludzie i ich emocje, zdania, wymiana jakże często sprzeczna komunikatów, niezrozumienie itd - ale zawsze lub prawie zawsze człowiek. A człowiek jak każdy z nas jeśli zauważy, że ktoś próbuje zmienić daną sytuację - może nam pomóc ją rozwiązać a nawet jeśli nie, nasza radość wygranej bez jego pomocy wzrasta do niebotycznych wymiarów.
Rzadko kiedy Tir nagle skręca w boczną drogą, dając nam wolną przestrzeń. Problemy też rzadko same z siebie się rozwiązują. Zamiast czekać może warto ROZEZNAĆ się w sytuacji i podjąć odpowiednie kroki aby nie torować sobie samemu życia a często po prostu wyprzedzić i ominąć to co  znalazło się na naszej drodze.


groteski.pl


Wszystkim kierowcom Tirów jak i osobówek, którzy do tej pory pokazali niesamowitą kulturę jazdy ale i tą osobistą - bardzo dziękuję.

SZEROKOŚCI W ŻYCIU!


środa, 22 czerwca 2016

SIŁA BLOGA



 Blog. Moje miejsce, dzięki któremu odnalazłam część tego mojego wewnętrznego "ja". Pierwszy i kolejne wpisy były dla mnie trudne, bo pisząc czułam jak wystawiam siebie wewnętrznie nagą  na pośmiewisko (na pewno ja tak to odbierałam) lub na ocenę osób, które przecież  poza tym co przeczytają nic o mnie nie wiedzą.




Pisałam i klikałam szybko "opublikuj" abym się nie rozmyśliła. Nie wierzyłam, że ktoś w ogóle będzie chciał to czytać. Wydawało mi się, że po jednym, drugim czy trzecim razie po prostu się znudzi, wyśmieje, doda to swoje: "Boże! Kolejna, która przesadza. Ludzie naprawdę mają problemy i tragedie a ta tutaj wylewa jakieś żale, bo kiedyś ojciec, matka czy kto tam jeszcze coś jej powiedział czy zrobił. Żenada." Wychowano mnie, że zewnętrznie wszystko musi być idealne, czyste, białe, uprane, uprasowane; że wszystko ma być miłe, dobre, kulturalne, uprzejme. Taki marmurowy posąg, który stoi i który jest podziwiany i kieruje sobą uwagę na tych, którzy ten posąg postawili i doprowadzili do takiej a innej postaci piękna i doskonałości. A to co pisałam idealnym ani pięknym nie było.

Chciałam pisać w każdy dzień. Chciałam zapełnić lukę, która istniała we wszystkich czytanych przeze mnie książkach, poradnikach czy  w filmach. Ten przeskok, te powtarzane zdania i schematy: "Podniosłam się z tego trudnego upadku, zdarzenia. Zaczęłam iść do przodu i po niedługim czasie znalazłam się tam, gdzie myślałam, że nigdy nie uda mi się dojść." Właśnie ten mozolny codzienny trud tego podążania i wychodzenia  z mozołu trudności i uciemiężenia chciałam zapełnić i opisać, pokazać. Ale chyba przede wszystkim udowodnić... Komu? Po co? Dlaczego? Z tego nie zdawałam sobie sprawy, bo kierowały mną nadal automatyczne myśli i schematy życiowe...

Niedawno zrozumiałam, że przecież każdy ma swoją drogę, którą przechodzi podnosząc się z upadków; że każdy ma swoją codzienność która buduje jego dotarcie do tego momentu w którym nie podejrzewał sam siebie, że może się znaleźć. A zrozumiawszy to, poczułam w sobie ulgę, że nie muszę zmuszać się do czegoś, do kolejnego udawania niestrudzonej i dzielnej kobiety, która ze wszystkim da sobie radę; że mogę czasem napisać, że mi nie wyszło - że nie wyszło z mojej winy, z lenistwa czy ot tak; lub, że mogę nie napisać nic przez dłuższy czas a życie mnie za to nie wyśmieje.



Co mi dał blog? Mój blog?

Po pierwsze przestrzeń, gdzie mogłam siebie kształtować, budować, wydobywać;

Drzwi, które otworzyły mnie na doświadczenia innych. Pisząc zaczęłam jakby wychodzić do ludzi, zauważać, że inni też mają problemy, niekiedy większe od moich - ale przede wszystkim zrozumiałam, że na mojej osobistej tragedii dzieciństwa świat się nie skończył ale dalej panuje na nim radość, szczęście, zabawa i wiele możliwości i ludzi którzy ku temu prowadzą;

Ale przede wszystkim pomógł mi zrozumieć i niejako dotknąć ludzkiej odmienności, która jest tak samo ważna i dobra jak moja. Wychowanie i przesłania, które miałam w głowie, że świat jest albo dobry albo zły, a dobry jest tylko wtedy, kiedy kieruje się takimi samymi normami i zasadami jakie panują i panowały w moim rodzinnym domu, nakładały się na mnie cieniem, że wszystko inne, jest faktycznie złe i trzeba od tego uciekać. Ale też uciekało to w stronę jakże odmienną, że osoby wypowiadające się inaczej niż ja są na tej lepszej pozycji a ja kolejny raz poczyniłam gafę wysuwając się do przodu z moim postrzeganiem świata. Jakże kolejny raz mylnym postrzeganiem świata;

Blog nauczył mnie wreszcie tej różnorodności, która jest w nas i przełamał lęk przed nią, otwierając się na ludzi, mimo, że ciągle z dystansem i nieufnością do bliższych relacji to na skalę, która pozwala poszerzać swoje horyzonty myślowe i wchodzić z odwagą w odmienne środowiska wynosząc z nich wiele nowych doświadczeń i zaczynów na przyszłość.

Mam takie poczucie, że jestem na jakimś przełomie mojego życia. Do końca nie umiem go zdefiniować ale ufając sobie wiem, że tak jest. Jakbym pakowała swoje ostatnie rzeczy z rozdziałów, które za mną i wyruszała w moją osobistą życiową podróż wiedząc, że mogę już nigdy nie wrócić do rzeczywistości w której żyłam tyle lat - a tak naprawdę całe życie.



Wiele w tym pakowaniu pomógł mi ten blog właśnie i WY. Kiedyś dziękowałam za wszystko, w większości tylko po to aby mnie lubiano. Ale dziś chciałam Wam naprawdę szczerze podziękować za to, że w całym blogowym tłumie znaleźliście mnie; że gdy zapukałam do Waszych drzwi wpuściliście mnie z otwartością i uśmiechem na twarzy. To niecałe siedem miesięcy ale tyle wystarczyło aby obok wielu z Was poczuć się dobrze, akceptowanym i w pełni sobą.

Nie żegnam się, po prostu czasem dobrze jest powiedzieć: "Dziękuję" tam gdzie naprawdę należy je wypowiedzieć. I mimo, że ostatnio systematyczność nie jest moją mocną stroną w blogowaniu to nie umniejsza to mojej potrzebie bycia wśród Was i goszczenia Was u siebie.

Czasem ryzyko otwarcia drzwi przed Obcym Człowiekiem może poczynić więcej dobra niż tego ciągle słyszanego zła i zniszczeń.

Z wdzięczności:
R.


czwartek, 2 czerwca 2016

CIEPŁO OBCOŚCI

Lubię obserwować ludzi. Ot tak, bez przyczyny. Lubię siadać na przystankach, ławeczkach, balkonie i patrzeć na ludzi. Na to jak się zachowują, poruszają; lubię bezczelnie przysłuchiwać się ich rozmowom w autobusach czy nawet jednym okiem czytać wiadomości, które piszą na swoich telefonach czy tabletach. Lubię wieczorami idąc chodnikiem zaglądać  przez okna wkradając się jak złodziej do rodzinnego życia... I wcale nie jest mi z tym źle, że tak bezczelnie wchodzę ludziom z boku w życie na te ułamki sekund lub minut.

Chyba robię to wszystko aby przekonać się czy moje zachowania są normalne, czy u innych jest podobnie; czy proza życia codziennego jest w każdym domu, nawet tym z pierwszych stron gazet podobna do mojej? Czy tak samo wstawiamy wodę do gotowania na kawę? Czy w takim samym pośpiechu zapinamy ostatni guzik w marynarce lub czy tak samo stoimy w oknie zasłaniając firanką naszą zapłakaną twarz... ?

A może po prostu lubię wychodzić z tego emocjonalnego i fizyczne domu i iść w świat do ludzi, do obcości? A może to właśnie jest ta moja indywidualność? Wyjątkowość? A jeśli tak, to dziękuję za nią Bogu, bo to coś, czego nie chciałabym nigdy utracić.

Ale robię też krok dalej, łamiąc może nawet za często granicę obcości, nieznania się z tą czy inną osobą. Odzywam się, zagaduję, uśmiecham. Pytam: "Skąd taki piękny szal?" "Dokąd Pani podróżuje?" Niekiedy oschłość zarówno werbalna jak i niewerbalna osób do których kieruję moje słowa aż boli na skórze i odbija się echem na duszy ale o wiele więcej dociera ciepła, sympatii i słów, których nie sposób zapomnieć.

Bo jak można zapomnieć rozmowę z przepiękną kobietą po sześćdziesiątce spotkaną w busie, która opowiada swoją historię życia - tą od bajkowej miłości, noszeniu na rękach przez kałuże po ślub i tragedie po nim, kiedy była bita, rzucana o ścianę, zamykana w domu oblanym benzyną i podpalonym; której własny mąż porywa ich kilkuletnie syna i trzyma zamkniętego w piwnicy. Jak można nad tymi słowami się nie pochylić. I nad tymi, że taka kobieta odnajduje w sobie siłę i ucieka na drugi koniec świata. Zamyka się w świecie matczynej miłości przez kilkanaście następnych lat po czym znajduje w sobie kolejną odwagę aby zaufać kolejny raz i pozwolić się kochać i odwzajemniać te uczucia. Jak opowiada, że NIGDY NIE JESTEŚMY W STANIE POZNAĆ DRUGIEJ OSOBY; że żadne uczucia, miłość czy seks nie da nam rozeznania w tym jaka ona jest naprawdę - bo człowiek to wielka i niezgłębiona tajemnica. Ale mówi też o tym, że życiu trzeba zaufać i umieć poczekać, bo wszystko co nas spotyka jest po coś; że każda trudność jest po coś; że jedni ranią a inni są aniołami do śmierci - tak jak ten drugi mąż, który zmarł na raka tydzień przed naszą rozmową....

Bo jak można zapomnieć radę człowieka, który mówi nam: "Zrezygnować może Pani w każdej chwili. To nic trudnego. Zawsze może Pani się zatrzymać w tej trudnej drodze; zadaniu. Może Pani odpuścić i poczekać na tych, którzy są za Panią, dodając sobie tym samym poczucia bycia lepszą. Ale proszę pomyśleć jaki jest sens w czekaniu na słabszych od Pani, tylko po to, aby przekonywać samą siebie, że jest Pani od nich lepsza. Czy nie o wiele więcej zyskuje Pani goniąc tych lepszych od Pani - nawet wtedy jak jest  trudno? Czy nie czyni Pani wtedy ze swojego życia czegoś większego, głębszego? Czy nie nadaje mu Pani wtedy sensu, drogi, celu? Zrezygnować to żadna sztuka ale brać udział w biegu, mimo zmęczenia i trudności to dopiero wygrana. Bo proszę pamiętać, nie liczy się tak naprawdę sam efekt końcowy ale droga ku niemu, którą Pani osobiście przemierza (...)"

Bo jak można zapomnieć słowa płynące z ust tak rozpoznawalnej twarzy polskiego kina i teatru, która mówi: "Wie Pani, 25 lat temu nie wiedziałam kim jestem, byłam kukiełką w ludzkich rękach. Miałam depresję, dla samej siebie byłam nikim, choć dla ludzi byłam Kimś. Walczyłam długo o siebie, o tę mnie prawdziwą. To długa i ciężka walka - ale wie Pani co? Tylko ta walka nadała sens mojemu życiu. I dziś wiem, że każde moje marzenie ma racje bytu i spełnienia (...)"

Wszystko to i wiele innych zdań, słów rozmów tych kilkugodzinnych w przedziałach wagonów czy na ławkach na Rynkach miast. Każdy coś po sobie zostawił w moim sercu; Każdy w jakiś sposób pomagał mi ukierunkować moje myślenie o walkę o moje życie. I to właśnie Ci obcy, nieznani mi ludzie, których widziałam minutę, godzinę, dzień i których możliwe już nigdy nie zobaczę, nie poznam nawet imienia, wieku, pochodzenia..będą ze mną dopóki pamięć mnie nie zacznie zawodzić. Będą ze mną też ich  słowa i zarysy twarzy i to ciepło, mimo, że obce ale dające o wiele więcej schronienia i bezpieczeństwa niż to, które  przypisane na co dzień, od górnie, do którego zawsze mam się zwracać o pomoc.

Człowiek jest naprawdę niesamowitą tajemnicą, ale wystarczy czasem drobny gest dobroci, przyjaźni, uśmiech, czy zwykłe: "piękny kapelusz" aby przełamać te narzucone nam do głów bariery obcości.



A czym Was zaskoczyli Ci obcy i nieznajomi ludzie? Ile otrzymaliście ciepłych słów i uśmiechów - tych bezcennych, za które nie musieliście nic płacić.
Przesyłam Wam więc wspaniały uśmiech i pamiętajcie, że jesteście wspaniałymi ludźmi :)

Renata.

środa, 18 maja 2016

FUNDAMENT PRZYSZŁOŚCI


Spotykam ostatnio ludzi - tych, których zawsze podziwiałam, przy których ja szara myszka czułam się nijaka, niewidoczna. Ci ludzie zawsze byli dla mnie tak odlegli, choć często byli obok mnie. Mijam ich i nagle odkrywam, że pod tą piękną zewnętrzną maską makijażu, stroju, na miarę zszytego garnituru czy tych wszystkich zawodowych tytułów, kryją się wystraszeni, bezbronni i co najgorsze ustawieni na mechaniczne wykonywanie powierzonych i nałożonych zadań i norm społecznych mali ludzie. Coraz częściej słyszę: "Boję się!"; "Nie wiem co dalej robić ze swoim życiem"; "Chciałbym tak wiele zmienić, ale jak to zrobić? Nie mogę aż tak ryzykować!"; "Najlepiej jakby ktoś podszedł, wziął mnie za rękę i powiedział: zrób to i to i na pewno ci się uda i będziesz szanowany wśród innych. Bo ja tak naprawdę nie wiem co dla mnie jest najlepsze."

Nie wiem co o tym myśleć. Nie wiem czy zatrzymywać się i coś mówić. Nie wiem czy warto nawet krzyczeć "Walcz!". Nie wiem, bo wiem, że jeśli naprawdę chcieliby tych zmian i pokonania swoich lęków - to by po to sięgnęli; poszukali tych zmian, tego przysłowiowego szczęścia. Ale coraz bardziej przekonuję się, że oni tak naprawdę nie chcą tych zmian. Po prostu ich nie chcą. Jak to napisał Anthony de Mello w "Przebudzeniu": "Ściśle rzec biorąc, nie chcemy być bezwarunkowo szczęśliwy. Gotów jestem być szczęśliwy, jednak pod warunkiem, że będę miał to, tamto i jeszcze coś innego."

Wydaje mi się, że prawdziwy sens słowa "walcz" odczytają tylko Ci, którym naprawdę zależy na własnym szczęściu, którym zależy na zmianach, na wyjściu z pewnego marazmu albo z kręgu lęków czy zastraszenia; którzy są gotowi stanąć twarzą w twarz z problemami i stawić im czoła, przekroczyć tę strefę osobistego i wieloletniego komfortu. Wszyscy inni raczej odbiorą te słowa jak atak na ich osobę; jak wytykanie im błędów; jak mówienie: "I co nie dałeś rady. Siedzisz w tej dziurze, kiedy inni są już daleko przed tobą. Rusz wreszcie swój tyłek i goń ich."; inni odnajdą w słowie "walcz" znaczenie: "jesteś nieudacznikiem; tchórzem; nieukiem".

Dlatego czasami pozostaje usiąść, posłuchać o tej życiowej biedzie, która oprócz pokaźnych sum na koncie, nie dają takim ludziom nic więcej. A przecież mogli by za te pieniądze spełnić swoje marzenia, pokonać przeszkody, kupić porządną piłę i przeciąć te kraty, które ich zatrzymują. To nie prawda, że pieniądze szczęścia nie dają. Same z siebie może i nie, ale jeśli je dobrze zainwestujemy mogą uczynić nasze życie wspaniałą bajką o której zawsze marzyliśmy. Ale jeśli widzi się pieniądze jako banknoty, które dostaje się za pracę; jeśli po powrocie z tej nielubianej pracy nic już nie cieszy; jeśli codzienna konkurencja bycia taką lub takim samym jak ci obok mnie, albo co najgorsze byciem lepszym w tym co robi ten czy ta obok nas, tylko dla samej satysfakcji bycia lepszym - to ciężko widzieć w pieniądzach  potencjał, który byłby zapłonem do życia w pełni.

Życie nigdy nie będzie idealne; praca możliwe, że też może nie być wymarzoną, tą pełną pasji, ale tylko od nas zależy czy to co robimy; czy miejsce w którym jesteśmy; czy ci, którzy nas otaczają potraktujemy jak naszą karę, nieudolność czy jedynie jako środek w dojściu do naszego celu, do naszych marzeń, pragnień, do tego wymarzonego życia.

Zacznij od tego co masz obok; od miejsca w którym jesteś, od ludzi którzy są obok; od talentu, którym masz właśnie teraz; od pracy w której jesteś teraz i idź w kierunku swoich marzeń. Bo każda przyszłość tworzy się na tym co mamy i kim jesteśmy dzisiaj.