piątek, 29 stycznia 2016

PRZESZŁOŚĆ WEWNĘTRZNEGO "JA"


Moja Najdroższa R.

Napisałam w swoim życiu tysiące listów, tych na zwykłym zeszytowym papierze również - ale do Ciebie nie pisałam jeszcze nigdy. Bo nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogę do Ciebie napisać. Bo nigdy nie byłam świadoma siebie samej a więc nie byłam świadoma również Ciebie. Byłaś dla mnie zwykłą obudową, w której schowani byli inni. Nawet Twoje ciało nigdy do Ciebie nie należało. Nienawidziłam Cię całe moje życie; brzydziłam się Tobą. Tak. Brzydziłam się tego jak się zachowujesz, jak jesteś ubrana, jak mówisz i co mówisz. Uciekałam od Ciebie, odwracałam twarz, wzrok...

Winiłam Cię o wszystko: o to jak wyglądasz, jakie masz oceny, jak się zachowujesz, że nie jesteś tak rozchwytywana przez facetów jak inne dziewczyny, że mama ciągle przez Ciebie płacze, że ojciec się Ciebie wyrzeka, że ludzie nie pamiętają o Tobie tak często i tak wyniośle jak pamiętają o innych. Winiłam Cię za wszystko, nawet o to, że burczało Ci w brzuchu wtedy, gdy nocowałaś w jedynym pokoju z tymi trzema dziewczynami, które były liderkami całej grupy w której Ty nagle ot tak się znalazłaś. Byłaś dla mnie nikim. Często nie rozumiałam za co ci ludzie Cię lubią, przecież było tyle lepszych, ładniejszych, szczuplejszych dziewczyn od Ciebie? Budziłaś we mnie lęk tą swoją innością, której w duszy Ci jednocześnie zazdrościłam. Zazdrościłam Ci zresztą wszystkiego: odwagi, ryzyka, wiary w niemożliwe, w łamanie zasad, wchodzenia tam gdzie wszyscy inni bali się wejść, znoszenia podziałów na lepszych i gorszych,  wykształconych i tych bez matury. Dla Ciebie liczył się człowiek a nie jego ubranie, kolor skóry, brak włosów czy tatuaże na rękach. Zazdrościłam Ci tego, bo mi nie wolno było, żyć tak jak Ty żyłaś. Dlatego moja nienawiść do Ciebie rosła z dnia na dzień; dlatego nie mogłam patrzeć na Ciebie w lustrze; dlatego że kiedy ja się poddałam, Ty biegłaś już daleko przede mną, nie zważając na nic. Biegłaś bo wiedziałaś, że Ci się należy...Biegłaś beze mnie... A kiedy opuściłaś mnie na dobre - kiedy ja na dobre wyrzuciłam Cię z mojego życia, do tego stopnia, że wszystko co kojarzyło się z Tobą, paraliżowało mnie strachem, że zostanę wyśmiana, zdeptana, opluta i znieważona - to wszystko ryglowało drzwi przez które nie mogłaś dać rady się przebić - choć cały czas słyszałam jak w nie walisz pięścią i prosisz abym otworzyła i wpuściła Cię do siebie...

Potrzebowałam pięciu długich lat, potrzebowałam pustki, porzucenia i samotności abym za Tobą zatęskniła, abym pragnęła na nowo objąć się w ramionach i mieć Cię tak blisko serca na zawsze..

Gdy stawiałam pierwsze kroki w kierunku prowadzącym do Ciebie, słyszałam, że najważniejsze to wybaczyć sobie. Nie innym - ale sobie. Nie rozumiałam tego, nie chciałam rozumieć, bo to znaczyło by, że mam wybaczyć Tobie a ja chciałam o Tobie jak najprędzej zapomnieć, zostawić Cię, wyrzucić z mojego życia i sprawić abyś nigdy nie powróciła. A potem kiedy wracałam w słowach i obrazach do przeszłości zaczynałam widzieć Cię tam nie raz skuloną, wylęknioną, zastraszoną i tak bardzo wyziębioną chłodem ludzkich uczuć. Zaczynałam dostrzegać, że tak naprawdę walczyłaś za nas dwie a najbardziej za mnie - tę która zawsze nadstawiała ten ewangeliczny policzek. Zawsze byłaś wtedy przy mnie - mimo tego lęku, strachu - przecież byłaś tak samo mała jak ja - tak samo przerażona. A mimo to walczyłaś, głaskałaś moje włosy i szeptałaś, że damy radę, że jeszcze chwila i będziemy szczęśliwe, że już niedługo i będziemy wolne...

Dziś, kiedy wokół nas ta wymarzona wolność - okupiona łzami, strachem i walką - Ty siedzisz taka radosna otulona kocem z tymi swoimi kartkami i niebieskim długopisem i wypisujesz te swoje kolejne marzenia, których do tej pory jeszcze nie udało się żadnej z nas spełnić. I pierwszy raz widzę Cię taką szczęśliwą i bezpieczną. Tak - bezpieczną, Twój oddech tak spokojnie unosi Twoje ciało. Siadam obok Ciebie i nie mogę się na Ciebie napatrzeć - na Twoje piękno - piękno życia - na tę energię, na tę odwagę, radość, spontaniczność, na tę siłę do przenoszenia gór na drugi kraniec świata - jeśli tylko miałoby to być tym czego chciałabyś dokonać. Patrzę się i zastanawiam czy udało Ci się mi wybaczyć? Tę moją nienawiść do Ciebie? Te zatrzaśnięte drzwi? To porzucenie Cię na tyle lat? To znieważanie Cię, odpychanie, szydercze słowa i gesty? 
Ale Twoja twarz, Twój figlarny wzrok mówi więcej niż tysiąc słów: "Damy radę. Zobaczysz. Jestem tego pewna." Zawsze byłaś pewna swoich racji, nawet jeśli okazywały się głupie i niewłaściwe. Dla Ciebie, one były Twoje i tylko to miało znaczenie. Tym bardziej wpatruję się w Ciebie jeszcze mocniej, jakbym pragnęła w jednej chwili nauczyć się Ciebie na pamięć, może jeszcze z niekontrolowanego lęku, że mogę Cię nagle stracić? Ale po chwili dociera do mnie, że nie ma już takiej siły, która by mi Cię odebrała, że wreszcie jesteśmy jednością, stopione jednym sercem już na wieczność. 

Kiedyś też usłyszałam: "A może ty nie jesteś jeszcze gotowa na miłość?" Tak, dziś wiem, że nie byłam. Byłam jak skorupka jajka, krucha, delikatna a w środku pusta. Pusta, bo nie było Ciebie. 
Moja Najdroższa R. - kiedy patrzę na Ciebie na tej kanapie z głową schowana w tych kartkach dziękuję Bogu, że dał mi właśnie Ciebie - tą wyjątkową, szczególną, piękną; że dał mi Ciebie z tymi kartkami i z tym nieodzownym: "Damy radę. Zobaczysz."; że dał mi Ciebie i tą Twoją spontaniczność, tą niespożytą energię, tą miłość do świata i ludzi i do tego co odmienne, niecodzienne; z tą miłością do przygód, nieodkrytych szlaków i tych plecaków, które wystarczą aby zmieścić w nich to wszystko co potrzebne do szczęścia.  Tylko z Tobą wszystko dopełnia się i zamyka w istocie mojego człowieczeństwa. Akceptacja, zaufanie, miłość i bezpieczeństwo - to najpiękniejsze co mogłam od Ciebie otrzymać po tylu latach rozłąki. 
Moja R. jesteś dla mnie najważniejszą częścią mojego życia. Jesteś moją wolnością..

Z miłości.
Twoja R.

środa, 20 stycznia 2016

DWA MIESIĄCE I OSIEM DNI

Tyle dokładnie minęło od kiedy napisałam pierwszy post na tym blogu.  Kiedy kreśliłam pierwsze słowa, panował w moim życiu ogromny chaos, rozdrażnienie, emocjonalny nieład i ta okropna niemożność bycia doskonałą, ta świadomość, że powinnam już wszystko umieć i świecić przykładem a ja ciągle zakopana w tej przeszłości, w tych rodzinnych a tak naprawdę w tych moich osobistych dramatach. Nawet w najpiękniejszych snach nie pomyślałam, że za dwa miesiące i osiem dni - będę wewnętrznie kimś innym - że spełni się moje największe marzenie a ta piekielnie długa i bolesna droga doprowadzi mnie w końcu do przystanku z napisem: WOLNOŚĆ. To prawda, że marzenia spełniają się w najmniej oczekiwanym momencie, w chwili, kiedy w czarnych znoszonych leginsach siedzisz z kubkiem mięty i wpatrujesz się w brudną szybę w oknie zastanawiając się czy w te szare zimowe dni jest sens ją w ogóle myć...


Dziewięć miesięcy od narodzin mojego dziecka jego rozwój  budził wiele zastrzeżeń. Ciągle słyszane zdania: "wszystko w swoim czasie" zaczynały tracić na ważności. Pierwsza wizyta lekarska, druga: neurolog, psycholog; jedne testy, drugie i kolejne; badanie za badaniem.. - ciągle bez konkretnej diagnozy  z jednym i tym samym powtarzanym zdaniem: "Tak, dziecko ma opóźnienie psycho-ruchowe."

Spakowałam to dziecko i wszystko co miałam i wróciłam do rodzinnego domu - do rodziców. To jedna z najtrudniejszych decyzji jaką musiałam wtedy podjąć. Bałam się, że tracę coś ważnego, coś mojego, że nigdy nie uda mi się tego odzyskać - że tracę moją autonomię, samodzielność, możliwość życia tak jak chcę. Nie pomyliłam się. Coś za coś. Tak jak w życiu. Straciłam część swojej prywatności; mieszkanie pod jednym dachem z rodzicami wymuszało na mnie zdawania raportów: gdzie idę o której wrócę - po niedługim czasie wróciłam do roli - dziecka. Ich dziecka.

Raz zasmakowana wolność, choć czasem przesolona czy nawet bez smaku - okazała się jednak moją najwierniejszą kibicką w życiu, która w każdej sekundzie zagrzewała mnie do walki o powrót na boisko. Już wtedy zrozumiałam, że to ze mną jest coś nie tak; że to w mojej głowie jest coś nie tak; że ja tak naprawdę nie wiem kim jestem i że ja tak naprawdę - pragnę być tą, którą jestem.
Poszłam na terapię - tak, szłam na tą terapię kilka miesięcy, za każdym razem tłumacząc sobie, że przecież do jasnej cholery nie jest ze mną tak źle, nie jestem na tyle obłąkana; że przecież i tym razem dam sobie radę - no wyjdę z tego - udowodnię im..
Poszłam i już po pierwszym spotkaniu uciekłam. Doczekałam do końca i zamykając drzwi czułam ulgę, że nigdy tam nie wrócę. Na drugą nawet nie dotarłam - bo wiedziałam, że to nie to - mimo, że nawet nie dotarłam. Trzecia okazała się tym, czemu poświęciłam całą siebie.

Ponad dwa lata terapii - to czas, którego nie chciałabym już nigdy powtórzyć, bo tak naprawdę prawdziwa terapia zaczynała się w momencie, kiedy zamykałam drzwi sali w której mogłam pierwszy raz być sobą: głupią, wesołą, brzydką, grubą, zaniedbaną, niechcianą, porzuconą. Pierwszy raz w życiu doświadczyłam co to znaczy być zaakceptowaną taką jaką się jest przez drugą osobę. Życie i świat nie były już tak łaskawe. Nie miałam taryfy ulgowej jako rehabilitującej się emocjonalnie po bolesnym wypadku z dziecięcego życia. Dostawałam w twarz raz po raz, los rzucał mi kłody jedna po drugiej; wyrzekałam się sama siebie tak często jak moja twarz pojawiła się w lusterku; brzydziłam się siebie, nienawidziłam i ciągle słyszałam od innych, że nie da się ze mną żyć, że tylko wymyślam, że jestem nieodpowiedzialna, dziecinna, głupia. Jeszcze nie raz byłam też zastępowana kimś innym w moim mniemaniu lepszym..

Dziś dopijając tę mięte widzę jak każda osoba, która wtedy mnie raniła, odrzucała, opluwała emocjonalnie musiała się pojawić i zachować się w taki a nie inny sposób abym odnalazła w niej i w tym co robi cząstkę siebie - tej właśnie oplutej i znieważonej i abym wreszcie zrozumiała, że to ja mam się tą mną oplutą zaopiekować. Każde najboleśniejsze zdarzenie sprawiało, że przybliżałam się do mojej wolności - nie mając jeszcze wtedy o tym pojęcia.

Po trzech latach niekiedy uwłaczającej walki zarówno ze środowiskiem medycznym jak i z biurokracją moje dziecko otrzymało wstępną diagnozę medyczną, dzięki czemu mógł wreszcie zacząć się cały proces leczenia, terapii i specjalnych zajęć.
Dziś też po pięciu latach od kiedy pierwszy raz usłyszałam bicie jego serca pod moim - moje macierzyństwo jest dla mnie istotną częścią mojego życia. I dziś sprawia mi wreszcie radość i dopełnia mojego szczęścia.

Dziś też nie ma już we mnie chaosu; nie ma tego ciągłego nieładu, tego kręcenia się w kółko bez jakichkolwiek sprecyzowanych planów na choćby kolejną godzinę. Ale to co najbardziej różni mnie od życia jakim żyłam wcześniej - to to, że już NIE CZEKAM! Te wszystkie doświadczenia, które mnie spotkały a najbardziej te bolesne -  sprawiły, że nauczyłam się szukać rozwiązań; nauczyłam się pytać, mówić, przyznawać do błędu i brać odpowiedzialność za to co zrobiłam; nauczyłam się, że jeśli coś się dzieje, to znaczy, że tak ma właśnie być - nawet jeśli nie jest to po mojej myśli; i że jeśli czegoś zapragnę to znaczy, że mogę to też osiągnąć.

Nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Nigdy nie było - i chyba dlatego przetrwałam całe piekło alkoholizmu mojego ojca - ale po terapii, po tej ogromnej pracy nad sobą i z samą sobą wiem, że wszystko jest możliwe... I nie ma już takiej siły, która zawróciłaby mnie teraz z drogi mojego życia, na którą wkroczyłam.

Moje życie zatoczyło koło. Kilka miesięcy temu wróciłam do Warszawy. I pierwszy raz w życiu nie uciekłam z domu, ale wyjechałam żyć własnym życiem. Wreszcie mogę patrzeć na moich rodziców jak na ludzi a nie na Bogów; wreszcie udało mi się w sobie im wybaczyć i przestać ciągnąć tamte wydarzenia i zasłaniać się nimi.

Często się zastanawiałam: "dlaczego ja? dlaczego muszę przejść przez to? dlaczego nie mogłam sobie żyć, normalnie, pięknie? " Dziś zrozumiałam, że gdyby to wszystko się nie wydarzyło w moim życiu, możliwe, że nigdy nie doświadczyłabym tak głęboko i tak mocno życia; możliwe, że nigdy nie balansowałam bym tak mocno na granicach mojej świadomości, człowieczeństwa i tego co naukowcy nazywają siłami wszechświata. Kiedy rozmawiam z innymi - po tych pięciu latach walki z samą sobą - zaczynam rozumieć, że tak naprawdę wygrałam los na loterii, który otworzył mi drzwi w tak odległe zakątki ludzkiego rozumu, możliwości i świata.

MOJE ŻYCIE OKAZAŁO SIĘ BYĆ OD ZAWSZE TAKIE JAKIE BYĆ POWINNO - W MOJEJ PRZESTRZENI ŻYCIA. 


niedziela, 17 stycznia 2016

W KOKONIE MACIERZYŃSTWA


Jestem matką, która nie usłyszała płaczu własnego dziecka w momencie oddzielenia go od jej ciała ani też nie usłyszała tego dla wielu tak oczywistego "10 pkt." Jestem za to matką, dla której pierwsze pięć minut po narodzinach jej dziecka, były jak wieczność i jak kolejny moment, kiedy tym razem ktoś inny podejmował  decyzje a tym samym walczył o jego życie.

Kiedy po kilkunastu minutach od momentu, kiedy liczyła się każda sekunda, położono mi go na moim nagim ciele, wygrawszy walkę o jego życie, wszyscy włącznie ze mną uważali, że wszystko jest w porządku, że skoro na zewnątrz jest dobrze to cała reszta też taka jest. Dopiero później miałam przekonać się, że to co zewnętrzne piękne i dobre nie zawsze jest lustrzanym odbiciem tego co wewnętrzne.

Etap, który rozpoczął się od przejścia z sali porodowej na poporodową i cały ciąg dalszy a tak naprawdę początek mojego macierzyństwa - okazał się jednym z tych najtrudniejszych etapów mojego życia. 



Byłam mechaniczną matką, zewnętrzną, automatyczną. To wszystko. Przez pierwsze 3 miesiące ani razu nie powiedziałam na siebie: "mama";
- mama cię teraz nakarmi;
- mama cię teraz wykąpie;
- mama cię teraz utuli do snu:
Nawet jednego razu, nawet tego przez pomyłkę. Zewnętrznie podobnie jak w szpitalu było wszystko w porządku: zadbana, umalowana, z uśmiechem (sztucznym ale nikt nie pytał czy prawdziwy), codziennie z wózkiem na spacerze. Potem był cały system automatycznego zarządzania: umyć, nakarmić, przewinąć, uśpić, przytulić, ponosić itd. A potem był masywny mur, do którego nawet nie dochodziłam ale czułam go w każdej sekundzie, kiedy zbliżałam się do automatu aby wcisnąć odpowiedni przycisk po którym wykonam daną czynność.

To właśnie był kokon mojego macierzyństwa. Dokładnie za tym murem. Dokładnie tam było moje prawdziwe człowieczeństwo - ta moja wolność o której marzyłam: zaryglowana, zabudowana i w dodatku na samym końcu ciemnego tunelu. I może zabrzmi to dość zuchwale i wyniośle, ale jestem przekonana, że ten kokon był wysłuchaniem moich wieloletnich modlitw o tę moją wolność. Jednak wypowiadając pośpiesznie zdrowaśki podeszłam równie pośpiesznie, do zupełnie pustego stanowiska z napisem: "Wysłucham*", co by nie stać  w tej przerażająco długiej kolejce z napisem: "CUDA" ,  nie rozumiejąc jeszcze wtedy, że to, co niewidoczne dla oczu, okazuje się mieć ogromne znaczenie:

*droga często się urywa: trzeba szukać rozwiązań; droga kręta, piaszczysta, długa; skróty nie zostały uwzględnione; wiele odcinków to podróż w samotności; często towarzyszy ból; wiele drogowskazów w naprawie - grozi pobłądzeniu; nie zapewniamy transportu powrotnego. WYBIERASZ NA WŁASNE RYZYKO! 

Dziewięć miesięcy wcześniej obiecałam sobie, że za każdym A będzie kolejne B. Nie chciałam zawrócić, choć mogłam, bo zawsze możemy - bo każda najgorsza decyzja jest zawsze decyzją i możliwością zmiany. 

Jaką stawałam się matką? Nie wiem, przestałam się na tym skupiać. Nie to okazało się być wtedy moim wyznacznikiem a kolejny raz trywialna codzienność. Byłam też matką, która nie wie co to urlop macierzyński. Tego, że pracując w ciąży na umowę zlecenie można samemu opłacać sobie ubezpieczenie co zwróci się w postaci opłacania przez ZUS tych sześciu miesięcy po porodzie - tego właśnie nie udało mi się dowiedzieć. Nieświadomość tej kwestii to widocznie  ten jeden z drogowskazów w naprawie o którym nie doczytałam. Miałam jedynie 274 zł miesięcznie. Tyle i biorąc pod uwagę, że gdyby nie te zasiłki nie miałabym nic - to aż tyle. Mleko, pieluchy a może chleb? Na co wydać? Po kilku miesiącach przychodzący przelew naprawdę powodował uśmiech na mojej twarzy, kiedy "planowałam" miesięczne wydatki. No bo co innego mi pozostało? Płakać? Może gdyby ktoś wtedy płacił za łzy - zapewne nie pogardziłabym takim zarobkiem. W końcu chłopaki nie płaczą a jeśli chodzi o utrzymanie rodziny, w tej kwestii  stawałam się ojcem - więc na łzy pozwalałam sobie sporadycznie, zresztą wypłakałam chyba większość przez pierwsze dwa miesiące po odejściu ojca mojego dziecka. 
I tak jak nauczyłam się żyć za tę minimalną kwotę przez cały miesiąc, tak też dość szybko nauczyłam się wierzyć w to co mówię i traktować to jako obecny stan, coś co istnieje - choćby istniało tylko w mojej głowie: "tak u mnie wszystko dobrze, już niedługo stanę mocno na nogi" - i stanęłam, może nie mocno ale w miarę stabilnie. Finansowo stanęłam. Po sześciu miesiącach znalazłam pracę..

Cały paradoks mojego macierzyństwa polegał na tym, że zewnętrznie i niezmiennie od pierwszej chwili ono było naprawdę piękne. Jestem matką, która nie wie co to niemowlęca kolka, nieprzespane do bólu noce, usypianie na rękach, nawet choroby  przez pierwszy rok. Zewnętrznie moje macierzyństwo było naprawdę jak z bajki. Cała trudność  była tylko i wyłącznie w mojej głowie. I mimo, że po kilku miesiącach zaczęłam nazywać siebie "mamą"; mimo, że w wielu kwestiach byłam w pełni emocjonalna i uczuciowa a nie zautomatyzowana jak na początku - to nadal było we mnie mnóstwo blokad, których nie umiałam w żaden sposób ominąć, pokonać. Całe zrozumienie zmierzało do mnie w tempie, które  wymusiło na mnie podjęcie decyzji,  a te z kolei okazały się przyciskiem, dzięki któremu wewnętrzny mur zaczął pomału otwierać swoje mosiężne drzwi, za którymi widniał ten ciemny tunel a w nim to szczelnie pozamykane moje życie i gdzieś na końcu ta moja wolność...
c.d.n.






środa, 13 stycznia 2016

IDŹ TAM, GDZIE NAJBARDZIEJ BOISZ SIĘ WEJŚĆ - cd.


Mimo ogólnie pojmowanej klęski jaka spotyka kobietę, która zostaje sama  z brzuchem, moje życie jakby na przekór całej schematyczności mentalnego myślenia, zaczęło swoją najpiękniejszą podróż życia. Od momentu podjęcia decyzji, że zostaję na tym świecie i poniosę wszelkie konsekwencje związane z zaistniałą sytuacją - życie pierwszy raz od tylu lat odwróciło twarz w moją stronę. I po prawie dwóch miesiącach wegetacji i całkowitego odcięcia się od świata, zaczęłam stawiać swoje pierwsze kroki - będąc przekonana że tam na końcu tej drogi czeka na mnie moja wolność...


Czas jaki pozostał mi do porodu przyniósł ze sobą niezliczone doświadczenia, sytuacje, w których za każdym razem czułam się jak pierwszoklasista w nowej szkole. Nie sposób opisać uczuć, których doświadczyłam. Jedno było znaczące: Strach! Był ze mną wszędzie. Przed ciążą panicznie bałam się urzędów, biur, aby załatwić jakąś sprawę wyręczałam się znajomymi albo rodziną. Teraz musiałam stawić temu czoła. Musiałam przekraczać drzwi od Policji, Sądu, Urzędu Miasta na Ministerstwach kończąc. To był też czas, kiedy w każdej dziedzinie mojego życia ujrzałam tysiące niezakończonych spraw, niewytłumaczonych sytuacji, rozpoczętych projektów, planów.. Wiele z nich ciągle odkładane, budziły we mnie kolejne przerażające lęki, które w dodatku wyolbrzymiałam wkładając sobie do głowy rzeczy, które nigdy miały się nie wydarzyć. Pozostawiona sama sobie ze świadomością niedalekich narodzin  musiałam zmusić się do szukania informacji na własną rękę a nie jak dotąd trzymanie się kurczowo słów, zapewniających mnie, że ktoś  mi pomoże, podpowie, wskaże, doradzi a nawet zrobi za mnie. Stoczyłam również walkę z lękiem, który rodził się zawsze wtedy, kiedy osoba po drugiej stronie telefonu czy monitora milczała przez dłuższy czas, nie udzielając natychmiastowej odpowiedzi na moje pytania, zwierzenia czy pretensje. Każdy kolejny miesiąc stawiał mnie przed nowymi wyzwaniami, stawiał mi przed twarz, niekiedy z zaskoczenia kolejny lęk i lekko schowany za moje ramię pytał:
- No, a  z tym jak sobie poradzisz?
- Jeszcze nie wiem - odpowiadałam. I bardzo często szłam spać z przekonaniem, że rozwiązanie po prostu przyjdzie.

Bazując na każdym trudnym doświadczeniu, które mnie spotkało w czasie tych dziewięciu miesięcy; na każdej ciszy ze strony innych, która wewnętrznie  pozbawiała mnie wiary w siebie; na każdej łzie; wpatrując się w moją ówczesną samotność - stworzyłam mój osobisty dekalog kilkudziesięciu prawd, które nie były niczym innym jak moimi osobistymi doświadczeniami i konsekwencjami, które dostrzegałam po przekroczeniu granicy lęku i strachu. Te najbliższe mojemu sercu są ze mną do dzisiaj:


  1. Dokończ sprawy, które zacząłeś - jeśli wiesz, że ulepszą twoje życie i pomogą spełnić marzenia.
  2. Planuj swoje życie, ale bądź tam gdzie jesteś w danej chwili.
  3. Jeśli coś obiecałeś dotrzymaj słowa, często wynika z tego dobro skierowane w twoją stronę.
  4. Nie szukaj winy w innych. Umiej znaleźć ją  najpierw w sobie i ponieść konsekwencje, pamiętając zarazem, że z największych szkód możemy wynieść wiele doświadczenia, które zaowocuje w przyszłości.
  5. Zrób wszystko co możesz aby zmienić daną sytuację, gdy zdasz sobie sprawę, że nic ponad to uczynić nie możesz, zaufaj w działanie Niebios.
  6. Nie pytaj "jak?" - po prostu działaj.
  7. Wszystko co nas spotyka dzieje się w odpowiednim momencie naszego życia.
  8. Im bardziej uciekasz od ludzi, rozmów - zamykając się w świecie swoich czterech ścian, tym szerzej otwierasz drzwi wszystkim objawom i skutkom strachu, które czynią z ciebie więźnia.
  9. Siedząc bezczynnie i rozpaczając niczego nie osiągniesz. Wyjdź chociaż na krótki spacer. Zobaczysz jak bardzo zmieni się twoje nastawienie. I nawet jak niczego mądrego nie wymyślisz - może znajdziesz nowe cudowne miejsce do którego jeszcze nie dotarłeś.
  10. Za wiele oczekujemy od innych i jesteśmy rozgoryczeni gdy nie spełniają naszych oczekiwań.
  11. Słuchaj ludzi ale myśl samodzielnie. To ty poniesiesz konsekwencję. Ludzie zazwyczaj umywają ręce.
  12. Sam szukaj rozwiązań i zmierz się z nimi. Gdy wyjdziesz i uzyskasz efekt, będziesz przepełniony radością a każdy kolejny stopień będziesz pokonywał z coraz większą łatwością.
  13. Ludzie wiele obiecują, ale jeszcze szybciej się z tego wycofują - nie czekaj na ich ruch. Działaj sam.
  14. Nie odkładaj spotkań i wydarzeń na potem. Odwlekanie rozbudza jedynie lęk i sprawia, że zaczynasz się cofać.
  15. Daj ludziom czas na odpowiedź. Jeśli od razu nie odpiszą to znaczy, że nie mogą a nie, że nie chcą mieć z tobą nic wspólnego.
  16. To, że ktoś milczy - nie znaczy, że o tobie nie myśli.
  17. Jeśli masz coś zrobić - po prostu to zrób! Zadzwoń, wejdź, zapytaj. Nie zastanawiaj się czy dasz radę czy wypada, co pomyślą inni. Po prosto to zrób!
Kiedy je czytam a czytam je często z kartek, na których je wtedy zapisywałam, wspominam  każdą sytuację, która nieopisana kryje się w mnogości liter. To niesamowite, jak najtragiczniejsze wydarzenie - bo tak o nim myślałam - przeistoczyło  się w najpiękniejszy rozdział mojego życia, który chyba już zawsze będę wspominać z wielkim wzruszeniem i sentymentem. 

I tak oto dziewięć miesięcy - było czasem, kiedy przemierzyłam pierwszy odcinek mojej drogi w kierunku wolności - której po części też doświadczyłam. Nie wiedziałam jednak wtedy, że zostanie ona wystawiona jeszcze wiele razy na próbę, w której jej szlachetność będzie nabierała tego właściwego blasku i wyrazu. Póki co pokonawszy wiele wewnętrznego strachu uczyniłam miejsce na życie, które właśnie z siłą rozrywającą moje ciało przedostawało się na ten świat - i moje ramiona...

cdn.

wtorek, 12 stycznia 2016

POMYŚL ZANIM ZAPRAGNIESZ!


Od kiedy zaczęłam rozumieć powagę alkoholizmu w mojej rodzinie, wszelkie wiązania rodzinne, delegacje, sojusze, koalicje - zaczęłam pragnąć wolności. I to nie tyle wolności od rodziców, co tej wolności we mnie, którą rozumiałam jako życie według moich pragnień i marzeń i tego co kryje moja dusza a nie życia pod ludzką opinię, wręcz dla ludzi. Owe pragnienie z roku na rok coraz mocniej wyrywało się z mojego serca i biegło - do Boga. Byłam przekonana, że zadzieje się cud - że obudzę się rano i bach jestem wolna, wstaję, ubieram dres i biegnę na łąkę, nikt mnie nie goni, nikt nic ode mnie nie chce, wszyscy się uśmiechają do mnie i mówią, że odwaliłam kawał dobrej roboty z tą modlitwą. No nie...

Mało tego z każdym rokiem czułam się coraz bardziej zgnojona również przez Boga. Byłam przekonana, że siedzi tam w Niebie i szyderczo uśmiecha się w moją stronę, wystawiając palec, zwoławszy wcześniej wszystkich tam obecnych i pokazuje im całą moją nieudolność i wykluczenie.
Jednak ta teza też okazała się złudna i nie dająca mi zbyt długo szans na tkwieniu w moim cierpiętnictwie...
 
Ale przyszedł ranek, kiedy obudziłam się i zrozumiałam, że wkroczyłam na drogę ku mojej wolności ale tylko ode mnie zależy czy chcę po nią pójść. I nie było w tym poranku nic z boskości i cudów. Była otchłań piekła do której zsunęłam się, kiedy miesiąc wcześniej dowiedziałam się o ciąży z dwóch pasków na teście i kiedy równocześnie dowiedziałam się, że nikt poza mną nie zamierza wziąć odpowiedzialności za rodzące się życie. Porzucenie, odrzucenie, zdradzenie i wszystko na raz mieszało się z banalną codziennością która przypominała mi, że kilka dni wcześniej zostałam zwolniona z pracy a mieszkanie, które wynajmuję musi być opłacane z mojego konta na którym był jedynie ostatni przelew z byłej pracy a patrząc w okno widziałam jedynie szalejącą zamieć śnieżną, która nie zamierzała pozwolić tak szybko rozpromienić nieba blaskiem słońca.


Moment, kiedy podejmowałam decyzję czy odbieram sobie życie a tak naprawdę nam, bo z sumieniem zaplamionym aborcją nie umiałabym żyć, czy podnoszę się i zaczynam walczyć o moje - nasze życie - był tak naprawdę drzwiami przez które zostałam wpuszczona na drogę ku mojej wewnętrznej wolności.Wybrałam życie, choć wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy jak mocno będę musiała o nie walczyć, ilu przeciwników będę musiała pokonać, z iloma lękami przyjdzie mi stanąć na ringu w dodatku bez rękawic.. Ale ta niewiedza była najcenniejszym darem jaki wtedy dostałam.

Nikt z nas nie wie, jaka droga zaprowadzi nas do tego czego pragniemy; ale też nikt nie wie jak bogate jest  człowieczeństwo każdego z nas, jak mocno uzbrojone i gotowe do walki a nawet wojny. Od momentu kiedy postawiłam pierwszy krok do dzisiaj minęło pięć lat a mimo to, ciągle otacza mnie pole bitwy. Ale również Przemiany, która dokonała się we mnie przez te minione pięć lat nie sposób opisać - to coś co przeżywa się sercem i co jest najbardziej intymną historią życia jaka może się wydarzyć, bo zdejmując z nas wszystkie maski stawia nas nagimi przed lustrem naszego życia i pokazuje to wszystko co przez tyle lat staraliśmy się ukryć przed światem i poniekąd przed nami samymi. Intymność, którą przeżywa się tylko z samym sobą. Intymność, która okazuje się być najpiękniejszą nagością ciała i duszy..

cdn.


czwartek, 7 stycznia 2016

"W ZWYCZAJNEJ CHWILI MOŻNA ZNALEŹĆ COŚ WYJĄTKOWEGO."


      W dniu kiedy dotarło do mnie przesłanie "bezradności" w tym samym czasie dotarło do mnie przesłanie "porażki". Dotąd porażka - to jak spadający głaz z wysokiej skały, w dodatku niewidocznej. Każde działanie - miało tylko jedno rozwiązanie. Albo uda ci się wstrzelić albo zestrzelą ciebie, sponiewierają słowem, wmówią, żeś bezradna, głupia, że na niczym się nie znasz, nic nie potrafisz. Jedna jedyna szansa: "Masz zrobić to dobrze." Tyle!

I nagle w głośnikach usłyszałam, że Thomas Edison nie odniósł porażki po prostu odkrył 10.000 błędnych rozwiązań. Tak, to było jak noworoczne papieskie przesłanie usłyszane w całym szeleście słów w moim ojczystym języku, który zrozumiałam z dokładnością każdego detalu, w którym zrozumiałam wszystko to co zostało wypowiedziane między tym, co wypowiedziane nie zostało - i to nie przez fakt bycia kobietą, ale z faktu emocjonalnej jasności, jaka wdarła się siłą po tylu latach do mojego mózgu.



Poczułam się jakby ktoś tym jednym zdaniem odsunął te dotychczasowe głazy, dzięki czemu mogłam po tylu latach wyjść z tej jaskini głazowych porażek zamieniając słowo "porażka" na "błędne rozwiązanie".

Życie naprawdę nabrało od tamtej pory dla mnie innego wymiaru. Działanie było niczym innym jak eliminacją błędnych rozwiązań. Strach zaczął pomału słabnąć na sile. Kiedyś mnie przerażał - bo wiedziałam, że mam tylko jedną szansę. Sama ta świadomość była wielkim ograniczeniem. Teraz dostałam całą paletę szans. Mogłam strzelać do woli, wiedząc, że nie mam limitu i wiedząc, że za którymś razem wstrzelę się właściwie.

Chwila, która dopięła moje przekonanie o słuszności i potrzebie porażki dała mi coś jeszcze, jakby odkryła przede mną malutką część, która dobrze dokręcona pozwala tej machinie kręcić się we właściwym kierunku a tym samym wskazywać zawsze ten właściwy kierunek.

Zawoziłam dziecko do przedszkola, odbierałam. Wracałam, jechałam po niego. I tak cztery razy dziennie, za każdym razem korki i ta walka z czasem ile tym razem się spóźnimy ile będziemy wracać w godzinach szczytu. Postanowiłam poszukać alternatywnych dróg - choćbym miałam nadrobić kilometrami ale aby nie stać i nie tracić czasu. Znalazłam pewien objazd na mapie. Byłam pewna, że nauczyłam się go na pamięć. Pojechałam. Zostawiłam za sobą jeden korek, drugi. I nagle droga która  widniała na mapie, w niczym nie przypominała tej, w którą właśnie wjechałam. Pole, łąki i nagle koniec drogi. Wielki kolczasty płot i brama z napisem "Wojsko Polskie". Zerknęłam w lusterko, dziecko usnęło. Kwestia czasu nie miała też wtedy znaczenia, bo wracaliśmy do domu. Mogłam pozwolić sobie na wszystko. Najpierw się rozbeczałam jak mała dziewczynka dowalając sobie jednocześnie jaka ja bezradna jestem, jaka niezdarna, jak nic nie potrafię, że taka, owaka, że cała do dupy. Ani ze mnie matka, ani dorosły. No nic. Jedno wielkie nic. I jeszcze ten napis, drukowanymi dużymi literami: WOJSKO POLSKIE jak twarz surowego ojca patrzył na mnie i jakby posyłał ironiczny uśmiech z wiązanką słów: "I co. Nie dałaś rady! Wiedziałem, że nie dasz rady!" Wysiadłam z samochodu. Po chwili zorientowałam się, że teren Wojska to tak naprawdę teren Lotniska. Uwielbiam samoloty. Lotnisko od zawsze dawało mi poczucie wolności, siły i jakby oddawało mi moją prawdziwą osobowość. I to była ta pamiętna chwila, ta śrubka, która została dokręcona.
Moja droga, która zakończyła się przed wojskową bramą nie okazała się porażką, ale błędnym rozwiązaniem, które mogłam wykreślić z mojej listy, co pozwoliło mi zbliżyć się o jeden krok do właściwego rozwiązania. To błędne rozwiązanie wtedy, okazało się być właśnie tym pytaniem, które nachodziło mnie w momencie powrotu do jaskimi po nieudanym strzale: "ciekawe, co by się stało, gdybym użyła tamtej a nie tej strzały? Ciekawe czy wtedy bym trafiła?". Dzięki temu, że stałam trzymając w emocjonalnych rękach błędne rozwiązanie mogłam odpowiedzieć sobie na to pytanie, postawić kropkę i nigdy więcej nie tracić czasu na zastanawianie się co by było gdyby.. Sprawdziłam. Skrótu nie znalazłam, znalazłam za to bramę z napisem WOJSKO POLSKIE!  Tyle i aż tyle, bo dzięki temu mogłam zawrócić do głównej drogi i szukać dalej.

Wypróbowałam jeszcze wiele dróg i ulic. Żadna nie okazała się alternatywą.  Rozwiązanie znalazłam  wynajmując mieszkanie nieopodal przedszkola - ale każda kolejna próba i każde kolejne błędne rozwiązanie sprawiły, że poznałam tamto miasto jak własną kieszeń. I mimo, że już tam nie mieszkam, to za każdym razem jak tam jestem i jak w oddali mijam ogrodzenie Wojska zawsze uśmiecham się i przepełnia mnie duma, bo z perspektywy czasu wiem, że tamta brama była moim największym sukcesem, ofiarowując mi całą paletę rozwiązań.

Od tamtej chwili traktuję porażkę jak zabawę w ciepło-zimno z dziecięcego podwórka. Co prawda na początku słyszę wielokrotnie w głowie: "zimno, zimno, zimno, ciepło, znowu zimno, zimno...." aż za którymś razem zazwyczaj w najmniej oczekiwanym momencie słyszę: "GORĄCO!  JESTEŚ U CELU! PROWADZIŁ SIĘ KRZYSZTOF HOŁOWCZYC!"

sobota, 2 stycznia 2016

BEZRADNOŚĆ



Wystawała, przebijając się przez ogrodzenie jednego z Ogródków Działkowych w Warszawie. Było wtedy piękne czerwcowe popołudnie, 2010 rok. To były chwile, tylko dla mnie z aparatem przewieszonym na ramieniu, z wystawioną twarzą do zachodzącego słońca. Niestety dziś tak postrzegam tamte chwile. Wtedy widziałam je inaczej..

Wtedy chodziłam dla zabicia czasu, aby choć na chwilę zapomnieć o samotności, która przebijała moje serce. Wtedy każda sekunda bycia tylko ze sobą - była piekłem, była wszędobylskimi lustrami, na których z każdej strony widziałam napis: "Jesteś do niczego!; Nikt cię nie chcę! Nie nadajesz się aby Ciebie pokochać!" Wtedy ciągle postrzegałam moją wartość przez ludzką aprobatę, przez bycie z kimś lub chociaż bycie obok kogoś. Momenty bycia tylko ze sobą były momentami, kiedy czułam się jak gnój, jak śmieć, jak dziwka, której twarzą było to, co ma pod majtkami. 




Zatrzymałam się przy niej i czułam jak coś się we mnie łamie. Z jednej strony chciałam uciec, potem w tych głupich drwinach z samej siebie szeptałam coś do siebie o pięknym zdjęciu jako wyrazie sztuki o tym o tamtym - ale tak naprawdę dotarło wreszcie do mnie, dotarło rozrysowane czarno na białym - że tak właśnie wygląda moje życie. I co bym nie mówiła, jak bym nie obrabiała tego zdjęcia - to jestem tam ja. Byłam wściekła na cały świat, na samą siebie, na ludzi, że... - że do jasnej cholery nie jestem tymi patykami ale Różą.

Co było dalej? Zwykłe chwilowe postanowienia; rozrzutne hasła wypisywane na kartach, pamiętnikach. Te pragnienia zmiany Siebie, kochania, szanowania. A po chwili kolejne nic, kolejna stagnacja, nawet cofanie się, kolejne emocjonalne skulenia w sobie  w strachu przed innymi i kolejne przykrywanie się patykami, które to nieliczne udało mi się nawet przełamać i odrzucić na bok.

O bezradności - mojej bezradności a dokładnie o mnie bezradnej słyszałam całe dzieciństwo, dorastanie a nawet wtedy kiedy zaliczałam się już do ludzi dorosłych. "Bezradna" - to moje drugie imię, czasami nawet pierwsze. Śmieszne, infantylne, głupie - bez względu jak kto by tego nie nazwał - ja żyłam w przekonaniu, że bezradnym jest się do końca życia, że nic nie da się już z tym zrobić. Koniec. Kropka. 

A jednak. 1,5 roku temu słuchałam jak Brian Tracy opowiada o bezradności nie w kategoriach Matki Guru a wręcz plamie oleju rozlanym na stole. Wreszcie po tylu latach dotarło do mnie, że bezradność można zlikwidować, może nie od razu i nie wszystkim co  wpadnie w ręce ale można. 
Od tamtej chwili  odzwyczajam się od bezradności. I nawet nie sposób opisać ile tego we mnie było - i jest ciągle. Ile tej życiowej wmówionej stagnacji znalazło sobie ciepły kąt w moim życiu; ile zmarnowałam okazji w życiu; ilu straciłam cudownych ludzi; ile kilogramów talentu, potencjału i mądrości nie zostało wykorzystane - bo żyłam w przekonaniu, że za słowami wypowiadanymi przez innych nic nie istnieje, że muszę pozostać tu gdzie jestem z tym: "nic nie jesteś warta"; "nic nie umiesz"; "nic nie osiągniesz" itd... 

Cały grudzień upłynął mi pod hasłem: "Działanie". Na początku oczywiście były ambitne ponad miarę, jednak początki miesiąca szybko je zweryfikowały. Zaczynałam kilkakrotnie układać choćby mój plan dnia; wypisywać priorytety, zadania do wykonania. I to w szczególności na tych prostych i błahych czynnościach dnia codziennego najwięcej się nauczyłam. I to dzięki nim uwidoczniła się bardzo moja bezradność. Zaczęła się mozolna praca nad sobą. Takie państwo w państwie. Pracując na sobą całościowo musiałam pracować szczególnie mocno nad poszczególnymi przywarami różnie to określane jako: "z lenistwa"; "z niechcenia" "z braku odpowiednich środków, pieniędzy, ludzi i możliwości". Zrozumiałam, że to nie lenistwo, nuda czy brak czegoś - ale strach, wewnętrzne lęki no i ta cholerna bezradność trzymały mnie  uwięzioną za mnóstwem starych ale mocnych gałęzi.

To zdjęcie jest dla mnie bardzo symboliczne i bardzo moje, nie tyle przez bycie jego autorem ale przez wizualną więź z moim wewnętrznym "ja".  Za każdym razem zatrzymuję się na chwilę, kiedy natykam się na niego. Kiedy je robiłam, kiedy naciskałam spust migawki wewnętrznie żyłam zamknięta w wysokiej wieży, w zamku otoczonym bajkową krainą ludzi, zwierząt, rycerzy i księżniczek. To właśnie świat, jaki widziałam z okna zamkowej wieży:


NIEDOSKONAŁOŚĆ:
 

"(...)Prosiłam w modlitwach o inny scenariusz,
Wierzyłam, że miłość zawsze jest do końca,
Może poszarpana, może cała w łatach, ale zawsze wierna jak pies zostawiony przy pobocznym słupie..
Wierzyłam też w ludzi, w ich szczerość i prawdę, w dobro, które ponoć w każdym jest człowieku..
Wierzyłam w marzenia, te tak wręcz banalne, na przekór mądrości, tradycjom i szeptom..

Wierzyłam też w życie, że nie jest przypadkiem, że każdy narodził się by móc spełnić misję.." (R.)