środa, 20 stycznia 2016

DWA MIESIĄCE I OSIEM DNI

Tyle dokładnie minęło od kiedy napisałam pierwszy post na tym blogu.  Kiedy kreśliłam pierwsze słowa, panował w moim życiu ogromny chaos, rozdrażnienie, emocjonalny nieład i ta okropna niemożność bycia doskonałą, ta świadomość, że powinnam już wszystko umieć i świecić przykładem a ja ciągle zakopana w tej przeszłości, w tych rodzinnych a tak naprawdę w tych moich osobistych dramatach. Nawet w najpiękniejszych snach nie pomyślałam, że za dwa miesiące i osiem dni - będę wewnętrznie kimś innym - że spełni się moje największe marzenie a ta piekielnie długa i bolesna droga doprowadzi mnie w końcu do przystanku z napisem: WOLNOŚĆ. To prawda, że marzenia spełniają się w najmniej oczekiwanym momencie, w chwili, kiedy w czarnych znoszonych leginsach siedzisz z kubkiem mięty i wpatrujesz się w brudną szybę w oknie zastanawiając się czy w te szare zimowe dni jest sens ją w ogóle myć...


Dziewięć miesięcy od narodzin mojego dziecka jego rozwój  budził wiele zastrzeżeń. Ciągle słyszane zdania: "wszystko w swoim czasie" zaczynały tracić na ważności. Pierwsza wizyta lekarska, druga: neurolog, psycholog; jedne testy, drugie i kolejne; badanie za badaniem.. - ciągle bez konkretnej diagnozy  z jednym i tym samym powtarzanym zdaniem: "Tak, dziecko ma opóźnienie psycho-ruchowe."

Spakowałam to dziecko i wszystko co miałam i wróciłam do rodzinnego domu - do rodziców. To jedna z najtrudniejszych decyzji jaką musiałam wtedy podjąć. Bałam się, że tracę coś ważnego, coś mojego, że nigdy nie uda mi się tego odzyskać - że tracę moją autonomię, samodzielność, możliwość życia tak jak chcę. Nie pomyliłam się. Coś za coś. Tak jak w życiu. Straciłam część swojej prywatności; mieszkanie pod jednym dachem z rodzicami wymuszało na mnie zdawania raportów: gdzie idę o której wrócę - po niedługim czasie wróciłam do roli - dziecka. Ich dziecka.

Raz zasmakowana wolność, choć czasem przesolona czy nawet bez smaku - okazała się jednak moją najwierniejszą kibicką w życiu, która w każdej sekundzie zagrzewała mnie do walki o powrót na boisko. Już wtedy zrozumiałam, że to ze mną jest coś nie tak; że to w mojej głowie jest coś nie tak; że ja tak naprawdę nie wiem kim jestem i że ja tak naprawdę - pragnę być tą, którą jestem.
Poszłam na terapię - tak, szłam na tą terapię kilka miesięcy, za każdym razem tłumacząc sobie, że przecież do jasnej cholery nie jest ze mną tak źle, nie jestem na tyle obłąkana; że przecież i tym razem dam sobie radę - no wyjdę z tego - udowodnię im..
Poszłam i już po pierwszym spotkaniu uciekłam. Doczekałam do końca i zamykając drzwi czułam ulgę, że nigdy tam nie wrócę. Na drugą nawet nie dotarłam - bo wiedziałam, że to nie to - mimo, że nawet nie dotarłam. Trzecia okazała się tym, czemu poświęciłam całą siebie.

Ponad dwa lata terapii - to czas, którego nie chciałabym już nigdy powtórzyć, bo tak naprawdę prawdziwa terapia zaczynała się w momencie, kiedy zamykałam drzwi sali w której mogłam pierwszy raz być sobą: głupią, wesołą, brzydką, grubą, zaniedbaną, niechcianą, porzuconą. Pierwszy raz w życiu doświadczyłam co to znaczy być zaakceptowaną taką jaką się jest przez drugą osobę. Życie i świat nie były już tak łaskawe. Nie miałam taryfy ulgowej jako rehabilitującej się emocjonalnie po bolesnym wypadku z dziecięcego życia. Dostawałam w twarz raz po raz, los rzucał mi kłody jedna po drugiej; wyrzekałam się sama siebie tak często jak moja twarz pojawiła się w lusterku; brzydziłam się siebie, nienawidziłam i ciągle słyszałam od innych, że nie da się ze mną żyć, że tylko wymyślam, że jestem nieodpowiedzialna, dziecinna, głupia. Jeszcze nie raz byłam też zastępowana kimś innym w moim mniemaniu lepszym..

Dziś dopijając tę mięte widzę jak każda osoba, która wtedy mnie raniła, odrzucała, opluwała emocjonalnie musiała się pojawić i zachować się w taki a nie inny sposób abym odnalazła w niej i w tym co robi cząstkę siebie - tej właśnie oplutej i znieważonej i abym wreszcie zrozumiała, że to ja mam się tą mną oplutą zaopiekować. Każde najboleśniejsze zdarzenie sprawiało, że przybliżałam się do mojej wolności - nie mając jeszcze wtedy o tym pojęcia.

Po trzech latach niekiedy uwłaczającej walki zarówno ze środowiskiem medycznym jak i z biurokracją moje dziecko otrzymało wstępną diagnozę medyczną, dzięki czemu mógł wreszcie zacząć się cały proces leczenia, terapii i specjalnych zajęć.
Dziś też po pięciu latach od kiedy pierwszy raz usłyszałam bicie jego serca pod moim - moje macierzyństwo jest dla mnie istotną częścią mojego życia. I dziś sprawia mi wreszcie radość i dopełnia mojego szczęścia.

Dziś też nie ma już we mnie chaosu; nie ma tego ciągłego nieładu, tego kręcenia się w kółko bez jakichkolwiek sprecyzowanych planów na choćby kolejną godzinę. Ale to co najbardziej różni mnie od życia jakim żyłam wcześniej - to to, że już NIE CZEKAM! Te wszystkie doświadczenia, które mnie spotkały a najbardziej te bolesne -  sprawiły, że nauczyłam się szukać rozwiązań; nauczyłam się pytać, mówić, przyznawać do błędu i brać odpowiedzialność za to co zrobiłam; nauczyłam się, że jeśli coś się dzieje, to znaczy, że tak ma właśnie być - nawet jeśli nie jest to po mojej myśli; i że jeśli czegoś zapragnę to znaczy, że mogę to też osiągnąć.

Nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Nigdy nie było - i chyba dlatego przetrwałam całe piekło alkoholizmu mojego ojca - ale po terapii, po tej ogromnej pracy nad sobą i z samą sobą wiem, że wszystko jest możliwe... I nie ma już takiej siły, która zawróciłaby mnie teraz z drogi mojego życia, na którą wkroczyłam.

Moje życie zatoczyło koło. Kilka miesięcy temu wróciłam do Warszawy. I pierwszy raz w życiu nie uciekłam z domu, ale wyjechałam żyć własnym życiem. Wreszcie mogę patrzeć na moich rodziców jak na ludzi a nie na Bogów; wreszcie udało mi się w sobie im wybaczyć i przestać ciągnąć tamte wydarzenia i zasłaniać się nimi.

Często się zastanawiałam: "dlaczego ja? dlaczego muszę przejść przez to? dlaczego nie mogłam sobie żyć, normalnie, pięknie? " Dziś zrozumiałam, że gdyby to wszystko się nie wydarzyło w moim życiu, możliwe, że nigdy nie doświadczyłabym tak głęboko i tak mocno życia; możliwe, że nigdy nie balansowałam bym tak mocno na granicach mojej świadomości, człowieczeństwa i tego co naukowcy nazywają siłami wszechświata. Kiedy rozmawiam z innymi - po tych pięciu latach walki z samą sobą - zaczynam rozumieć, że tak naprawdę wygrałam los na loterii, który otworzył mi drzwi w tak odległe zakątki ludzkiego rozumu, możliwości i świata.

MOJE ŻYCIE OKAZAŁO SIĘ BYĆ OD ZAWSZE TAKIE JAKIE BYĆ POWINNO - W MOJEJ PRZESTRZENI ŻYCIA. 


13 komentarzy:

  1. Gratuluję odbycia terapii, wytrwałości w wychowywaniu dziecka, wyjazdu do Warszawy i blogu. Sporo tego jest:)
    Mnie też sporo pomogła terapia. Najpierw przez kilka lat chodziłem do psychologa, później na grupę DDA, a tak sobie teraz pomyślałem, że od kilku lat moją terapią jest blog;)
    Pozdrawiam:)


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Maks za te wszystkie gratulacje:) Więc niech blogowa terapia trwa u Ciebie.. Będę się przysiadywać:) Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Wow, podziwiam Cię za to, że dałaś radę, pewnie nie raz Ci to już napisałam, ale naprawdę nie każdy potrafi tak szczerze opisywać swoje życie. Ja tez doskonale znam te pytania, dlaczego mi się to przytrafia itd, dopiero po pewnym czasie człowiek dowiaduje się sensu wielu trudnych dn albo nawet miesięcy.

    Cieszę się, że odnalazłaś wolność :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Klaro! Szczerość w pisaniu też potrzebowała pewnego przełamania lęku o opinię innych, ale bez względu na odbiór mojej przeszłości przez innych ludzi - nie żałuję decyzji podzielenia się swoimi doświadczeniami.. A te pytania "dlaczego?" chyba dotykają każdego - kwestia co z nimi robimy:) Pozdrawiam!

      Usuń
  3. O tylu ważnych rzeczach napisałaś.. żeby pytać, żeby mówić, żeby przyznawać się do winy i ponosić odpowiedzialność za swoje czyny, a także to żeby brać życie takim, jakie jest i pamiętać, że wszystko dzieje się po coś. Czasami myślę sobie, że mnie potrzebna jest jakaś "terapia wstrząsowa" żebym się obudziła i zaczęła w pełni żyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałabym Ci życzyć, abyś nie musiała przechodzić w Swoim życiu przez te "terapie wstrząsowe", ale abyś każdego dnia odnajdywała w Sobie i wokół Ciebie radość każdej chwili, napotkanej osoby a przede wszystkim radość z posiadania Samej Siebie..

      Usuń
  4. 5 lat temu o tej porze moje myśli krążyły wokół myśli rzucić wszystko i wrócić do rodziców, czy zostać i męczyć się z mężem alhokolikiem. Wybrałam mniejsze zło - rodziców. Ale dopiero po 2 miesiącach podjęła ostateczną decyzję. Łatwo nie było ale moim mottem stało się zdanie "ją też mam prawo być szczęśliwa". Nikt nam nie powie, że droga do celu będzie usłana płatkami róż, że czasem ta droga to wyłącznie pobite szkło które rani. Ale kiedyś droga się kończy i kończy się to szkło i zaczynają się te płatki róż...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo podziwiam ludzi, którzy decydują się postawić siebie na pierwszym miejscu i odejść od osób, które raniły. Ja nie musiałam odchodzić. Ktoś podjął za mnie decyzję tak naprawdę odchodząc ode mnie - mi pozostało albo się poddać albo walczyć. Wybrałam walkę. Mogę tylko sobie wyobrażać ile potrzeba odwagi i ile jest w tej odwadze lęku, strachu i ryzyka, że straci się wszystko. Cieszę się, że zostawiłaś kawałek Siebie u mnie. Jak widać, nie mając pojęcia - szłyśmy w tym samym kierunku prawie obok Siebie - po swoje szczęście:)

      Usuń
  5. Podziwiam Cie za wytrwałość, zaczęłaś walkę. Nie poddałaś się. Nie wiem czy ja miałam bym w sobie tyle siły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Zazwyczaj dowiadujemy się o swojej sile w momencie wyzwań, jakie stawia nam życie i nie raz jesteśmy zaskoczeni ile jej mamy w sobie.

      Usuń
  6. Witaj. Dziękuję za odwiedziny i pozostawione słowa. Dla wielu z nas, blog jest miejscem w którym możemy pozostawić cząstkę siebie, tą na co dzień ukrytą. Tutaj czas ma inny wymiar, tutaj słowa mają inne znaczenie, tutaj często możemy odnaleźć siebie. Własnie tutaj pozwalamy sobie na uwolnienie myśli i to jest piękne. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dopiero odkryłam Twojego bloga, ale czytam z ogromnym zainteresowaniem. Trzymam kciuki za dobre zmiany w Twoim życiu. I pozwalam sobie dołączyć Twojego bloga do listy ulubionych.
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że chcesz towarzyszyć w mojej osobistej wędrówce. Każde słowo pozostawione w tym miejscu, jest dla mnie ważne i cenne. Zapraszam i czuj się jak u Siebie :)