niedziela, 17 stycznia 2016

W KOKONIE MACIERZYŃSTWA


Jestem matką, która nie usłyszała płaczu własnego dziecka w momencie oddzielenia go od jej ciała ani też nie usłyszała tego dla wielu tak oczywistego "10 pkt." Jestem za to matką, dla której pierwsze pięć minut po narodzinach jej dziecka, były jak wieczność i jak kolejny moment, kiedy tym razem ktoś inny podejmował  decyzje a tym samym walczył o jego życie.

Kiedy po kilkunastu minutach od momentu, kiedy liczyła się każda sekunda, położono mi go na moim nagim ciele, wygrawszy walkę o jego życie, wszyscy włącznie ze mną uważali, że wszystko jest w porządku, że skoro na zewnątrz jest dobrze to cała reszta też taka jest. Dopiero później miałam przekonać się, że to co zewnętrzne piękne i dobre nie zawsze jest lustrzanym odbiciem tego co wewnętrzne.

Etap, który rozpoczął się od przejścia z sali porodowej na poporodową i cały ciąg dalszy a tak naprawdę początek mojego macierzyństwa - okazał się jednym z tych najtrudniejszych etapów mojego życia. 



Byłam mechaniczną matką, zewnętrzną, automatyczną. To wszystko. Przez pierwsze 3 miesiące ani razu nie powiedziałam na siebie: "mama";
- mama cię teraz nakarmi;
- mama cię teraz wykąpie;
- mama cię teraz utuli do snu:
Nawet jednego razu, nawet tego przez pomyłkę. Zewnętrznie podobnie jak w szpitalu było wszystko w porządku: zadbana, umalowana, z uśmiechem (sztucznym ale nikt nie pytał czy prawdziwy), codziennie z wózkiem na spacerze. Potem był cały system automatycznego zarządzania: umyć, nakarmić, przewinąć, uśpić, przytulić, ponosić itd. A potem był masywny mur, do którego nawet nie dochodziłam ale czułam go w każdej sekundzie, kiedy zbliżałam się do automatu aby wcisnąć odpowiedni przycisk po którym wykonam daną czynność.

To właśnie był kokon mojego macierzyństwa. Dokładnie za tym murem. Dokładnie tam było moje prawdziwe człowieczeństwo - ta moja wolność o której marzyłam: zaryglowana, zabudowana i w dodatku na samym końcu ciemnego tunelu. I może zabrzmi to dość zuchwale i wyniośle, ale jestem przekonana, że ten kokon był wysłuchaniem moich wieloletnich modlitw o tę moją wolność. Jednak wypowiadając pośpiesznie zdrowaśki podeszłam równie pośpiesznie, do zupełnie pustego stanowiska z napisem: "Wysłucham*", co by nie stać  w tej przerażająco długiej kolejce z napisem: "CUDA" ,  nie rozumiejąc jeszcze wtedy, że to, co niewidoczne dla oczu, okazuje się mieć ogromne znaczenie:

*droga często się urywa: trzeba szukać rozwiązań; droga kręta, piaszczysta, długa; skróty nie zostały uwzględnione; wiele odcinków to podróż w samotności; często towarzyszy ból; wiele drogowskazów w naprawie - grozi pobłądzeniu; nie zapewniamy transportu powrotnego. WYBIERASZ NA WŁASNE RYZYKO! 

Dziewięć miesięcy wcześniej obiecałam sobie, że za każdym A będzie kolejne B. Nie chciałam zawrócić, choć mogłam, bo zawsze możemy - bo każda najgorsza decyzja jest zawsze decyzją i możliwością zmiany. 

Jaką stawałam się matką? Nie wiem, przestałam się na tym skupiać. Nie to okazało się być wtedy moim wyznacznikiem a kolejny raz trywialna codzienność. Byłam też matką, która nie wie co to urlop macierzyński. Tego, że pracując w ciąży na umowę zlecenie można samemu opłacać sobie ubezpieczenie co zwróci się w postaci opłacania przez ZUS tych sześciu miesięcy po porodzie - tego właśnie nie udało mi się dowiedzieć. Nieświadomość tej kwestii to widocznie  ten jeden z drogowskazów w naprawie o którym nie doczytałam. Miałam jedynie 274 zł miesięcznie. Tyle i biorąc pod uwagę, że gdyby nie te zasiłki nie miałabym nic - to aż tyle. Mleko, pieluchy a może chleb? Na co wydać? Po kilku miesiącach przychodzący przelew naprawdę powodował uśmiech na mojej twarzy, kiedy "planowałam" miesięczne wydatki. No bo co innego mi pozostało? Płakać? Może gdyby ktoś wtedy płacił za łzy - zapewne nie pogardziłabym takim zarobkiem. W końcu chłopaki nie płaczą a jeśli chodzi o utrzymanie rodziny, w tej kwestii  stawałam się ojcem - więc na łzy pozwalałam sobie sporadycznie, zresztą wypłakałam chyba większość przez pierwsze dwa miesiące po odejściu ojca mojego dziecka. 
I tak jak nauczyłam się żyć za tę minimalną kwotę przez cały miesiąc, tak też dość szybko nauczyłam się wierzyć w to co mówię i traktować to jako obecny stan, coś co istnieje - choćby istniało tylko w mojej głowie: "tak u mnie wszystko dobrze, już niedługo stanę mocno na nogi" - i stanęłam, może nie mocno ale w miarę stabilnie. Finansowo stanęłam. Po sześciu miesiącach znalazłam pracę..

Cały paradoks mojego macierzyństwa polegał na tym, że zewnętrznie i niezmiennie od pierwszej chwili ono było naprawdę piękne. Jestem matką, która nie wie co to niemowlęca kolka, nieprzespane do bólu noce, usypianie na rękach, nawet choroby  przez pierwszy rok. Zewnętrznie moje macierzyństwo było naprawdę jak z bajki. Cała trudność  była tylko i wyłącznie w mojej głowie. I mimo, że po kilku miesiącach zaczęłam nazywać siebie "mamą"; mimo, że w wielu kwestiach byłam w pełni emocjonalna i uczuciowa a nie zautomatyzowana jak na początku - to nadal było we mnie mnóstwo blokad, których nie umiałam w żaden sposób ominąć, pokonać. Całe zrozumienie zmierzało do mnie w tempie, które  wymusiło na mnie podjęcie decyzji,  a te z kolei okazały się przyciskiem, dzięki któremu wewnętrzny mur zaczął pomału otwierać swoje mosiężne drzwi, za którymi widniał ten ciemny tunel a w nim to szczelnie pozamykane moje życie i gdzieś na końcu ta moja wolność...
c.d.n.






4 komentarze:

  1. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić jaka to trudna sytuacja - zostać samą z tyloma dylematami, problemami. Chociaż tak to podobno jest, że przerażają nas różne wydarzenia, ale gdy już w nich uczestniczymy, musimy sobie jakoś poradzić, jakoś się odnaleźć w tej sytuacji i okazuje się, że dajemy radę.
    Ale i tak jesteś dzielna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudność naprawdę była w mojej głowie. Zewnętrznie? To chyba jest tak jak napisałaś przeraża nas coś, czego nie doświadczamy, jak się w to wejdzie okazuje się całkiem normalne. Nigdy też nie starałam stawiać siebie w kategoriach: "ja mam trudniej". I to też nie prawda, że przy pełnej rodzinie jest łatwiej, powiedziałabym, że nawet w wielu kwestiach właśnie trudniej. Ale nie będę wyprzedzać faktów, które mają nastąpić.

      Usuń
  2. też wciągnęłam na siebie taki kokon po pierwszym porodzie, i dłużej go miałam na sobie niż trzy miesiące, ale jak już go zdjęłam, to NIGDY więcej nie założyłam.

    OdpowiedzUsuń
  3. I obyś nigdy więcej nie musiała go założyć. Tego życzę..

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że chcesz towarzyszyć w mojej osobistej wędrówce. Każde słowo pozostawione w tym miejscu, jest dla mnie ważne i cenne. Zapraszam i czuj się jak u Siebie :)