poniedziałek, 28 marca 2016

ZWYCZAJNOŚĆ


Na jednych z zajęć z Opieki paliatywnej i hospicyjnej, wykładowca przyniósł magnetofon do którego włożył kasetę, po czym kazał wszystkim  posłuchać w ciszy nagrania. Gdy włączył z głośników zaczęły płynąć słowa 11-sto letniej wtedy dziewczynki. Zapytano ją jakie jest jej największe marzenie: "Chciałabym aby było tak NORMALNIE. Abym mogła usiąść przy kaflowym piecu w kuchni i patrzeć jak mama krząta się po kuchni przygotowując dla nas obiad. A potem chciałabym wyjść na łąkę i uzbierać bukiet polnych kwiatów i przynieść je do mamy. I usiąść jej na kolana tam pod tym piecem..." 
Ciszę przerwał dźwięk wyskakującej z kieszeni magnetofonu kasety. 
- Umarła tydzień temu - powiedział wykładowca. 

Zajęcia się skończyły...Nikt z nas nie wstawał przez długą chwilę...
Na zewnątrz nic się nie zmieniło. Życie było takie samo jak te 90 minut wcześniej zanim weszliśmy do jednej z uniwersyteckich sal na 9 piętrze. 



Te święta były szczególne, bo było w nich tak wiele tej pięknej zwyczajności. Widok krzątającej się po kuchni mamy, zapach piekących się ciast; jej twarz, zamyślenie, słowa, uśmiech...
Pierwszy raz spędziłam te święta z moją Mamą. A pisząc "mamą" odczuwam ciepło, matczyną miłość, bliskość i akceptację ale przede wszystkim dwie życiowe przestrzenie: jej i moją. Dotarcie do tego miejsca, do tej emocjonalnej matczynej miłości zarówno jej do mnie ale i mojej do niej zajęło mi, ale chyba tak naprawdę nam  - te już tyle razy tu wspominane pięć lat. To była jedna z najtrudniejszych dróg jakie musiałam pokonać. Najtrudniejsza i najbardziej obwarowana kajdanami emocjonalnego więzienia.

Kiedy tak na nią patrzyłam, kiedy z nią rozmawiałam, zrozumiałam, że wreszcie jej wybaczyłam i uszanowałam trud jej macierzyństwa. Po ponad 30 latach otacza mnie świadomość obecności w moim życiu MAMY. Obecności - nic ponad to, bo to, że jest - jest wszystkim. Przez te 5 dni moja dusza chłonęła jej obecność, słowa, zapach, dotyk - jak ciało chłonie wodę, kiedy odczuwa pragnienie. Chciałam się nasycić po brzegi Nią. Taką normalną, taką codzienną, taką moją...

Normalność - to w niej dzieją się największe cuda...  



sobota, 19 marca 2016

CZEKAJĄC NA JOE - Co zrobisz by przeżyć....?


Film, który jest według mnie, kropką nad "i" odnośnie poprzedniego posta i komentarzy, które znalazły się pod nim, a które były Waszymi przemyśleniami. Obejrzałam go wczoraj, choć ponad pół roku temu wpisałam go na listę "do obejrzenia" i za każdym razem pomijałam, tocząc wewnętrzny dialog z samą sobą: "Nie tym razem. Inny na pewno okaże się ciekawszy." Wydaje mi się, że wszystko ma swój czas - w dodatku odpowiedni ku temu.

 Cytując FILMWEB: "Oparta na faktach rekonstrukcja niebezpiecznej wyprawy górskiej, podczas której doszło do fatalnego wypadku." Film pokazuje niebywałą walkę człowieka z samym sobą, tę walkę kiedy wszystko zależy od jego decyzji, on sam od niej zależy. Pierwszej a potem kolejnej i następnej. Każda okupiona lękiem, przerażeniem, niemocą. Wahadło odbijające się w głowie od myśli: "zaryzykować" czy "nic nie uczynić".

Jest filmem wyjątkowym ale bardzo specyficznym. Raczej ciężko przy nim delektować się popcornem czy popijać wino - ja nie mogłam. W mojej pamięci znalazł szczególne miejsce i uznanie. Może u kogoś jeszcze znajdzie równie zaszczytne miejsce jeśli nie w pamięci, to chociaż na liście tych do których warto wrócić.


wtorek, 15 marca 2016

W rozkroku niezdecydowania.


"Źle czy dobrze, okaże się później. Ale trzeba działać, śmiało chwytać życie za grzywę. Wierz mi, malutka, żałuje się wyłącznie bezczynności, niezdecydowania, wahania. Czynów i decyzji, choć niekiedy przynoszą smutek i żal, nie żałuje się."
Andrzej Sapkowski

Nie czytałam go. Nie znam kontekstu w jakim rozegrały się te słowa. Ale dziś uświadomiłam sobie, że to faktycznie prawda, choć w tej samej chwili przez głowę przemknęły mi te wszystkie decyzje po których wyrywałam sobie włosy z głowy z rozpaczy i złości na samą siebie, że zdecydowałam się na coś, na kogoś. Żałowałam decyzji tylko dlatego i tylko wtedy, kiedy ujrzałam przed sobą nie to rozwiązanie, nie tę myśl, nie tę sytuację czy nie tego człowieka; kiedy po mojej decyzji była tylko głucha cisza a nie  dźwięk  telefonu, dzwonka do drzwi czy sygnał komunikatora w wirtualnym świecie; kiedy po decyzji mój świat był pomniejszony o tę czy inną osobę, przedmiot, miejsce. Żałowałam, bo decydując się na coś założyłam tylko jeden, konkretny scenariusz, jedno rozwiązanie, jedną ewentualność mocno wpasowaną w moje pragnienia, potrzeby czy braki. 

Później okazuje się jednak, że nawet jeśli błędna - to jednak decyzja wskazała mi kierunek. Ten moment, czasami liczony w ułamkach sekundy, ukierunkował mnie na tę czy inną drogę. Ale pchnął dalej, dał siłę aby zrobić ten następny krok a nie stać w miejscu i czekać z obawy, że nie wyjdzie, że to nie to i nie tamto. 

Tak - po latach żałuje się jedynie bezczynności, niezdecydowania i tych wahań, które zabierają nam masę czasu, energii, ludzi i naszego potencjału. 

Bo do póki się żyję wszystko jest możliwe - o ile pokona się niezdecydowanie. 







środa, 9 marca 2016

Ten zwyczajny zwykły dzień

Gdybym nadal tkwiła w starym systemie myślenia i postrzegania świata a przede wszystkim siebie, nigdy nie odważyłabym się na napisanie tego co zawarłam chociaż w samym tytule. Jutro 10 marca będę mogła jak to mam w zwyczaju, wbiec na chwilę do pustego kościoła od kilku lat na Freta w Warszawie i szepnąć aby nikt oprócz Niego nie usłyszał: "Dziękuję".

12053 dni temu przyszłam na ten świat. Nic nie pamiętam - a może tylko nie wiem, że nie pamiętam. Urodziłam się również w czwartek 10 marca o godzinie 9.15. Nie zagubiłam się w nawale urodzonych niedawno dzieci, dzięki jednej żyłce, która była mocniej zarysowana na moim nosie a która jest ze mną do dzisiaj. To po niej moja mama miała pewność, że ja to właśnie ja. Tamtego dnia dzień trwał 11 godzin i 23 minuty. Mój pierwszy dzień życia trwał aż 11 godzin i 23 minuty.

A potem żyłam. Jak? No cóż. Tak jak potrafiłam najlepiej. Tak jak dyktowało mi moje ciało, rozum i serce. Nie raz wybierając tylko jedno z nich wpadałam w dziecięce i młodzieńcze tarapaty. Nie raz rzucałam się z moją ufnością w przepaść, wierząc bezgranicznie, że przecież ktoś mnie złapie, ocali, albo w nadmiarze darzących mnie uczuć skoczy za mną w czeluście mojego światopoglądu.
Uwielbiałam swoje dzieciństwo. Oczywiście to w mojej głowie, bo to zewnętrzne z każdym dniem stawało się coraz bardziej szare i głośne. Jednak to moje było cudowne. Stawałam się tym, kim pragnęłam być; szłam tam gdzie zamarzyłam pójść; robiłam to, co po prostu chciałam robić. Tak, po prostu. Bez analiz dorosłego człowieka, bez zastanawiania się, bez patrzenia pod nogi, czy nie leżą gwoździe, odłamki desek czy wystające kamienie o które mogłabym pociąć moje stopy.
Jako dziecko marzyłam aby uciec z domu. Znalazłam nawet starą szopę do rozbiórki i pomyślałam, że to będzie moja własność w której nikt mnie nie skrzywdzi, jednak sama myśl o tym, że mogło być mi zimno sprawiła, że zostałam w rodzinnym domu. Ale uciekłam, wiele lat później. Może nie całkiem w filmowym stylu, bo połowicznie za pozwoleniem ojca i za niezgodą matki, która stała w drzwiach i kategorycznie zabraniała mi wyjść. Marzyłam również aby brać narkotyki, aby doznawać tych tak spektakularnych odlotów, bycia na haju czy rozmawiania ze słoniem, który stoi na drewnianym płocie. Tego jednak nie zrealizowałam. Choć dzieliło mnie dosłownie 0,5 punktu na wynikach z egzaminu na Uczelnię w Piotrkowie Trybunalskim gdzie po dostaniu się byłam co prawda z perspektywy czasu ale pewna, że wpadłabym w towarzystwo, które może i zaprowadziło by mnie na sam dół ludzkiej rozpaczy. Na szczęście nie zaprowadziło.
Mój pierwszy pamiętny pocałunek, był przypadkowy i jak to bywa najczęściej nieudany. "Ty nie umiesz się całować z języczkiem - usłyszałam pod tym ciężkim grubym kocem, pod którym znaleźliśmy się wylosowani przez plastikową butelkę" Ale on też tego nie potrafił - więc byliśmy kwita. Ciężko oczekiwać po 12latce tamtych czasów, wychowanej pod srogą kontrolą rodziców w wiosce gdzie wzajemna wymiana informacji okazywała się szybsza niż dzisiejszy fb czy messenger aby znała tajniki tak mocno strzeżonej tajemnicy jaką był seks, uważany za świętość dla wybranych a grzeszność i wykluczenie dla pozostałych.   Przechodziłam w tym moim życiu przez tysiące stadium rozwojowych, poznawczych, kulturowych. Od żądnej rozkoszy ciała po tym jak chwile po nieudanym pocałunku poczułam chłopięce ręce między nogami, na szczęście lub i nie zasłoniętymi spodniami po wręcz ludzką fiksację bycia ponadczasową świętą, która podpisywała krucjaty czystości, trzeźwości; która każdą wolną chwilę spędzała w kościele, wygłaszając przesłania, które miały zbawić grzeszność ludzi, aby w niecałe trzy miesiące pod wpływem z pozoru oddanych przyjaciół wejść bez żadnej zgody w odrzwia satanizmu i uciekać czym prędzej od drzwi kościołów.
A potem były góry, Podkarpacie a potem były jedno studia, drugie; jedna obrona, druga. A potem pojawiła się Warszawa i tamta Róża. A potem pojawił się on a potem zniknął, tak z dnia na dzień. Zostawił pustkę, którą wypełniałam pięć lat łzami, wspinaniem się na szczyt, ku samej sobie. A potem powstał ten blog. A dzisiaj widzę całą panoramę tego co za mną. Mojego życia.

I powiem Wam, że jestem Bogu wdzięczna za nie, choć jeszcze wczoraj ścierałam łzy z mojej twarzy, wykrzykując Mu, że w wielu momentach był niesprawiedliwy. Wieczorem pozwalając aby woda zmywała ze mnie niemoc, zrozumiałam wreszcie sercem to co wydawało mi się, że rozumiem od dawna. To co dziś tak bardzo boli, jutro może zacząć prowadzić mnie do miejsca w którym poczuję na sobie falę szczęście; to co dziś rozchyla kąciki mych ust w wyrazie uśmiechu i zachwytu, jutro może pociągnąć za sobą sznurek na którym zaczepiona jest nadzieja i ta dzisiejsza wiara i strącić ją w otchłań ludzkiego znienawidzenia.
Życie jest tajemnicą, która ujawnia się najczęściej w nietuzinkowy sposób; która obchodzi nasze życie nieraz wielokrotnie nim zasiądzie spokojnie na progach naszego domu. A my chcielibyśmy tak wszystko na już; jednorazowo; często chętni zagarnąć tylko kawałek aby coś mieć, aby coś znaczyć. A życie jest przestrzenią, w której mogą i wydarzają się cuda, a których my nie jesteśmy już w stanie zauważyć, bo nie pasują do naszego dawno wyrytego w głowach scenariusza najczęściej zaczerpniętego z tego co odniosło furorę, sukces, uznanie.

Czy składaliście sobie życzenia z okazji swoich urodzin? Takie prawdziwe, te wyjątkowe, jakich zapewne nikt inny Wam nie złoży bo Was nie zna aż tak głęboko? Ja nigdy. Raz nawet stanęłam przed lustrem i powiedziałam jakby na siłę: "Wszystkiego Najlepszego!", ale raczej z obawy, że nikt inny tego nie zrobi niż z dobroci i prawdziwej chęci spełnienia tego.

Jeśli pozwolicie zatem?:

Droga R.
Życzę Ci tak z głębi naszego życia abyś nie pozwoliła już nigdy nikomu dać się zawrócić na drogę na której musiałabyś być zależna od ludzkiej obecności, dotyku, uznania, słowa czy gestu. Abyś wytrwała do końca na tej właściwej i w pełni Ci należnej drodze Twojej wolności nie przez siłę ale z miłości do samej siebie, z tej wewnętrznej potrzeby i pragnienia życia tak jak tego pragniesz; jak żyjesz już teraz;

Abyś nie uciekała od zranień, niepowodzeń, łez, smutku - bo na nich nauczysz się najwięcej o istocie swojego życia; jednak nie uciekając nie oznacza pozwolenia na to abyś dawała się ranić. Walcz do końca o swój należny szacunek i życie, bo walka nie znaczy nienawiść ale miłość - miłość która została Ci dana abyś  była za nią odpowiedzialna;

Życzę Ci odwagi do marzeń, bo ludzka natura niejednokrotnie wplątuje w dorosłość: niepewność; lęk o tych, dla których jesteś kimś ważnym; pewną strategię tego co opłacalne i tego z czego lepiej zrezygnować. Nie porzucaj nigdy marzeń; szukaj ich w sobie i z odwagą je spełniaj - dla siebie -dla doświadczeń i przeżyć, które niosą ze sobą a których tylko tu za życia możesz doświadczyć;

Życzę Ci zaufania pomimo. Pomimo tego czego doświadczyłaś w życiu; pomimo tego, że czasami bezpieczniej niż zaufać jest uciec i nie wrócić. Ufaj - pomimo.
I kochaj również Pomimo. Kochaj w przestrzeni ludzkiej wolności: swojej i innych. Miłość jak całe życie ma wiele odmian, smaków, kolorów, doznań i ścieżek. Odnajdź je wszystkie.

Życzę Ci głębin i wyżyn prawdziwego życia - Twojego życia  - Pomimo.