poniedziałek, 18 kwietnia 2016

KWIETNIOWA CODZIENNOŚĆ


Kwiecień dopiero w połowie, ale mój kwiecień w tym roku jest dla mnie bardzo osobistym miesiącem. To czas, kiedy wiele spraw nabrało innego wymiaru a tak naprawdę całe moje życie nabrało innego wymiaru - Mojego!

Ten blog powstał z myślą o opisywaniu drogi osoby będącej DDA czyli takiej jak ja, zwłaszcza tej drogi, która rozpoczynała się finiszując terapię a rozpoczynając to prawdziwe życie na własną rękę. To niesamowite jakie przemiany dokonały się w mojej głowie, otoczeniu, w tych wszystkich rolach jakie reprezentuję sobą: kobieta, matka, córka, siostra, przyjaciółka, znajoma..

Kwiecień jest szczególny przez odkrycie tego "czegoś" co tak niszczyło moje życie.To "coś" było  na kształt deski - tej ostatniej, której nie mogłam podnieść, bo ciążyły na niej inne deski: krótkie, długie, ciężkie, lekkie. Wszystkie deski to efekt domu, symbolizującego moje życie, który został zburzony przez alkoholizm mojego ojca. Terapia i cała praca nad sobą to nic innego jak podnoszenie deska po desce, odłamek drewna po odłamku aby dokopać się do mojego życia, które znajdowało się pod tą ostatnią, na ziemi, przez lata przysypane, przywalone. I właśnie tym rozpoczął się kwiecień. Ujrzeniem tej ostatniej deski i decyzją aby ją wreszcie podnieść i co najważniejsze odrzucić. To było najtrudniejsze doświadczenie w całej terapii, w całym moim życiu - ale dopełniło moją wolność i dało przeświadczenie uwolnienia się od przeszłości z tego co bolesne, zagradzającego drogę do bycia w pełni sobą; szczęśliwą...

Więc tym samym kilkanaście dni po mojej rocznicy urodzin, narodziłam się na nawo do życia. Ale jak to po narodzinach, wszystkiego trzeba się nauczyć. Więc się uczę, smakuję, dotykam, próbuję, słucham, oglądam. I przede wszystkim poznaję samą siebie w świadomości, że nic i nikt już mi nie ciąży z dawnych lat, że jestem TU OD TERAZ tylko ja w pełni.

Co poza tym przyniósł kwiecień:
Wiosnę, zaglądające przez otwarte okna ciepło i słońce. Więc i ja mogłam na nowo (po zimie) wyjąć mapę i szukać miejsc gdzie chcę pojechać. Na początek coś co jest niedaleko, aby przełamać zimowe zmęczenie i zasiedzenie i przygotować ciało do tego co chcę w przyszłości zwiedzić, odkryć, odnaleźć.

1. MODLIN.
A dokładnie Twierdza Modlin, która przerosła nasze wyobrażenie co do długości w przejściu pieszo, a co niechlubnie pokazało, że nikt z nas kondycyjnie jeszcze nie był na to gotowy, z naciskiem na plątającego się między nogami mojego czterolatka. Obeszliśmy połowę, druga w najbliższej sprzyjającej okazji.






2. DĘBY/ RYNIA

Mając tak naprawdę niecałe 20 min. samochodem do Jeziora Zegrzyńskiego, postanowiłam zwiedzić go z wszystkich możliwych stron. Już rok temu co prawda sporadycznie zaczęłyśmy zatrzymywać się ze znajomą w miejscach z dala od mola i plaż, jednak to była kropla w morzu tego co to jezioro ma do zaoferowania. Wszędzie ciągnę ze sobą mojego małego wędrownika, któremu nóżki często odmawiają posłuszeństwa, więc domniemam, że zwiedzanie Zegrza zajmie nam trochę czasu. Ale "skradanie się" do niego z różnych stron: od lasu, od wałów, od wiosek to coś niesamowitego i dającego tyle odkrywczej radości niż podjechanie samochodem od strony ruchliwej drogi na Serock.




KSIĄŻKI/ FILMY

W porównaniu do marca, kiedy przeczytałam 7 książek, od początku kwietnia do teraz przeczytałam zaledwie dwie i dwie kolejne zaczęłam. 
1. "Dzika droga" - Cheryl Strayed. Na podstawie tej książki powstał film o tym samym tytule, który polecałam kilka postów wcześniej. Pierwszy raz film obejrzałam pierwszy. Zawsze czytam książkę a potem oglądam film. Tym razem nie żałuję tego kroku. Nie zawiodłam się ani na jednym ani na drugiem. Książka, zwłaszcza w początkowych rozdziałach ma w sobie wiele opisów przyrody, nazw miejsc po których bohaterka podąża. Czasami gdyby nie upór aby przeczytać do końca, było to bardzo nudzące. Po pewnym czasie, kiedy bohaterka zaczyna spotykać na szlaku ludzi, którzy podobnie jak ona wędrują szlakiem PCT książkę naprawdę czyta się szybko. Nie ukrywam, że książka, która opisywała wędrówkę szlakiem ale tak naprawdę wędrówkę w głąb samej siebie, wędrówkę aby siebie prawdziwą odnaleźć była mi bardzo bliska - jest tak naprawdę nadal. 

2. "Na rozstajach" - Jose Mauro de Vasconcelas (o ile nie przekręciłam nazwiska, rozczytując moje zapiski). Hmm,.. Ciężko mi coś konkretnego napisać o tej książce. Miała 80 kilka stron. Przeczytała się szybko i to jej zaleta. Szczerze nie znalazłam tam głębszego przesłania, jakiejś akcji. Książka w zamierzeniach z tego co zrozumiałam z opisu z tyłu miała być książką o odwadze rzucenia wszystkiego dla swoich marzeń o byciu sobie wiernym. No i faktycznie na końcu książki ten 20 letni chłopak porzuciwszy studia, wcześniej dziewczynę niby wyrusza po swoje marzenia. Tylko, że książka się kończy. A wszystko co wcześniej, skupia się jedynie na przeszłości, na dzieciństwie, na relacjach w domu, głównie z ojcem. Nie powiem, żeby był to czas zmarnowany, ale czy sięgnę po inne książki tego autora? Może kiedyś..

Film:

Tak naprawdę tylko jeden:
"Podróż na sto stóp" (2014). OPIS  Miły, łatwy do oglądania. O wartościach rodzinnych, o marzeniach, o wyborach, o byciu wiernym sobie o miłości w tle i przede wszystkim o gotowaniu.

COŚ Z CODZIENNOŚCI:

Kupiłam rower. Jeden jedyny jaki miałam w życiu to polski zwykły Romet, sprezentowany mi na Komunię. Zawsze marzyłam o takim górskim, z przerzutkami. Ale rodziców nigdy nie było stać, potem były studia, potem praca, dziecko i pomyślałam, że zawsze będzie coś "potem". Więc kupiłam. Pierwsza przejażdżka próbna to ponad 6 km - a potem dwa dni trudności z siedzeniem:)
Zaczęłam też chodzić, to decyzja jeszcze sprzed roweru. To taki przedsmak zmian mojej kondycji, dbania o zdrowie i wygląd, który właśnie jest w rozpisce i do rozpoczęcia realizacji początkiem maja, zaraz po potrzebnych badaniach. 

Uff... To mój pierwszy wpis na tym blogu odsłaniający tak szczegółowo moją codzienność. Wbrew wszystkiemu to nie takie łatwe. 
Miłej drugiej połowy kwietnia dla Was, mimo, że pogoda trochę mam wrażenie bawi się z nami w chowanego.

Renata.

środa, 13 kwietnia 2016

ALE BĄDŹ NA WYCIĄGNIĘCIE RĘKI


Szliśmy wczoraj z synkiem do pobliskiego sklepu. Między blokami, plac zabaw i słup z lampą. A do tego słupa mocno przyczepiona dziewczynka. Nigdy nie umiałam oceniać wieku: może 7,8 a może nawet i 6 lat. Szczupła, długie blond włosy spięte w kocyk. Kurtka wiosenna a na nogach rolki. Kilka kroków przed nią matka z uśmiechem na twarzy. Gdy równaliśmy się z nimi, rozbrzmiewał właśnie dialog:

- Ale mamo, proszę podejdź jeszcze bliżej.
- Córciu, ale ja wierzę, że dasz radę do mnie dojechać.
- Mamo ale proszę, podejdź tak blisko abym  mogła uchwycić Twoją rękę.
- Córciu jestem na tyle blisko abyś mogła odważyć się puścić słup i ruszyć do mnie.

Zrównaliśmy się z nimi, minęliśmy, odeszliśmy już dość daleko. Co chwilę odwracałam głowę i patrzyłam czy Mała jest już w ramionach matki, czy może podnosi się z ziemi. Nie. Ona cały czas stała przy tym słupie, trzymając go z całych sił - choć na wyciągnięcie ręki miała zapewnienia matki, że w nią wierzy; że jej się uda; że nawet jeśli coś, ona ją uratuje przed upadkiem. A mimo to, cały czas stała. Nie wiem jak długo. Nie wiem czy odważyła się na ten pierwszy krok w pokonaniu lęki i nauki jazdy na rolkach czy zrezygnowała, rozpłakała się a może nawet obiecała sobie, że już nigdy więcej nie włoży rolek. Musieliśmy skręcić w uliczkę prowadzącą do sklepu, gubiąc za sobą tamten sytuacyjny obrazek.

Ale ta mała dziewczynka uświadomiła mi, jak bardzo każdy z nas czasami latami stoi przy takim swoim życiowym słupie i nie odważa się na ten pierwszy krok w nieznane, w nowe - bo boi się, że nie wyjdzie; że upadnie, że wyśmieją, że mu się nie uda. Musimy być pewni na 100% że wyjdzie, musimy dotykać tego nieznanego aby wiedzieć, że nic po drodze nam się nie stanie, że nikt nas nie pokaże palcem, gdy coś nam nie wyjdzie. Pamiętam wielokrotnie siebie ile czasu zajęło mi oderwanie się choćby od rodzinnego domu i wyjazd do innego miasta. Moje emocjonalne rolki posuwały się o kilka milimetrów wprzód, po czym wracały do tej samej pozycji i z całych sił przytwierdzały ciało i ręce do słupa z pozoru dające bezpieczeństwo a tak naprawdę słupa, który tym bezpieczeństwem przytwierdzał mnie do danego miejsca fizycznie ale i emocjonalnie odbierając wszelkie szanse na doświadczenie tylu różnorodności życia.

Nie każdy z nas ma szczęście mieć przy sobie taki głos płynący od bliskiej nam osoby, jak głos tamtej matki: który wierzył, który wspierał, który nie wyśmiewał i który Był obok. Ale wydaje mi się, że każdy ma w sobie swój własny głos, który wie najlepiej, że damy radę, że porażka, upadek czy nawet to wyśmianie to tak naprawdę nic a nawet jeśli to przecież tylko na chwilę. Potem przecież jest kolejna i kolejna szansa, kolejny dzień, kolejna odwaga. Ale chyba za mocno skupiamy uwagę na utrzymaniu się przy tym słupie w dodatku w takiej pozycji, z taką mimiką i przekonaniem aby nikt z mijających nas ludzi nie pomyślał sobie, że się boimy, że próbujemy czegoś co może w oczach ludzi już nam nie wypada.

Mam nadzieje, że ta blond dziewczynka odważyła się na te pierwsze rolkowe kroki, że za kilka lat będzie brała udział w zawodach, wygrywała, jeździła po świecie, stawiała sobie coraz wyższe cele i że to doświadczenie tego blokowego słupa zabierze ze sobą w całe swoje życie, wierząc, że wszystko zaczyna się od odwagi i zaufaniu sobie, w momencie kiedy dłonie ześlizgują się ze słupa.