niedziela, 21 sierpnia 2016

USUWAJ - WŁĄCZAJ cz.I



Zrozumienie tej zasady przyszło znienacka, jak zresztą większość życiowych mądrości. Siedziałam na starym mieszkaniu, gdzie panował permanentny półmrok przez usytuowanie na pierwszym piętrze z widocznością na prawie przylegający 11 piętrowy blok i trzy ogromne drzewa, pełna jakiejś goryczy, melancholii a wręcz myśli depresyjnych, które odbierały mi wszelkie a tym samym ostatnie resztki ochoty na radość z życia. Starałam się stworzyć jakiś plan żywieniowy, który pomoże mi pozbyć się kilku kilogramów aby odciążyć co dopiero zdiagnozowane chore kolano, które bólem zwalało mnie z nóg. Otworzyłam książkę autorstwa Jillian Michaels: "Opanuj swój metabolizm", którą już jakiś czas temu przeczytałam i która naprawdę okazała się dać namacalne efekty nie wpadając przy tym w paranoje odchudzania czy nieziemskich diet. I dlatego przeszłam od razu do części drugiej: "Plan generalny" a w nim trzy kroki: Usuwaj; Włączaj; Równoważ.

I wtedy właśnie zrozumiałam: że nic nie zmienię w swoim życiu, jeśli nie usunę tego, co je niszczy, spowalnia czy wpływa destrukcyjnie na nie, a tym samym wprowadza mnie w stan wegetacji a nie życia w pełni.



Jestem zwolenniczką starych dobrych papierowych kartek A4 w kratkę, niebieskiego długopisu i zapisywania wszystkiego ręcznie w chwilach, kiedy coś ważnego tworzę, czy buduję jakiś projekt w głowie albo wyznaczam swoje osobiste cele. Zrobiłam tabelę USUWAJ/WŁĄCZAJ. Wypisałam to wszystko co mnie wewnętrznie cofa a raczej to czym ja sama siebie cofam przed życiem w pełni. Kiedy to napisałam dopiero do mnie dotarło jak wielkie to mury ale dzięki ciężkiej pracy możliwe do pokonania.

Przyjęłam zasadę 21 dni - najsłynniejszą jaką znam. Jestem z tych, którzy zaczynają z ogromną werwą a po trzecim dniu odpuszczają; jak i z tych, którzy efekty i zmiany chcą mieć Już, Teraz, Tu. Dlatego te 21 dni były w pierwszej chwili wiecznością. Pierwsze co postanowiłam usunąć to LENISTWO. Tak, nawet nie zdawałam sobie sprawy jak było obecne w moim życiu, jak było wszędzie, w każdej minucie. Jak pociągało za sobą zrezygnowanie, odpuszczanie, poddawanie się i to wybrzmiewające w mojej głowie zdanie: "Mam to wszystko gdzieś. To i tak nie ma sensu."

Usuwając lenistwo zaczęłam robić miejsce na nowy nawyk. Chciałam czegoś prostego, wręcz dziecinnego, bo chciałam dać sobie szansę na to aby się udało i abym przekonała samą siebie, że ta metoda naprawdę działa. Aż wstyd się przyznać, ale od zawsze stroniłam od wieczornego mycia zębów. I dlatego postanowiłam każdego dnia rano i wieczorem przez te 21 dni myć zęby. Właśnie tak, cofnęłam się do samych początków rozwojowych :)

8 sierpnia minęło 21 dni. Czy było trudno? Nie tak jak zakładałam, choć w niejeden dzień musiałam wyciągać siebie wręcz na siłę do poczynienia starań wytrwania na drodze USUWANIA. 21 dni okazały mieć w sobie pewną magię, która faktycznie zadziałała na mój umysł. Mycie zębów stało się nowym nawykiem, nawet przyjemnym:)

A co stało się z lenistwem?

Nie zniknął całkiem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Praca nad zlikwidowaniem go trwa nadal. Jednak moje życie nabrało innego wymiaru. I gdyby nie podjęcie walki z lenistwem odpuściłabym i morze i nowe mieszkanie i nowe znajomości i nie jeden wspólnie spędzony miło wieczór czy spacery w nieznane dotąd miejsca. Dziś mogę z całą świadomością powiedzieć, że byłam leniwa, okropnie leniwa, że sama pozwalałam aby lenistwo okradało mnie z tylu doświadczeń, doznań...

Wczoraj rozpoczęłam mój drugi etap usuwania i włączania w moje życie i z mojego życia. I kiedy wiem, że takie małe kroczki przynoszą w tak krótkim jednak czasie takie efekty, zrozumiałam, że znalazłam swoją drogę - wreszcie swoją własną, mimo, że może powolniejszą drogę do wprowadza zmian w swoje życie i wyprowadzenie go ze starych schematów myślenia na nowe, oby lepsze. Nawet nie bolało zrezygnowanie ze zdobywania czegoś "na już". Fakt, na początku czułam się jakbym opuszczała stadion na którym do tej pory rozgrywałam albo starałam się rozgrywać mecze o moje pragnienia, marzenia i wygrywania w pierwszych minutach meczu do zwykłego szkolnego boiska, na którym od nowa, krok za krokiem, będę szlifować swoją formę, charakter i nawyki, z których mam cichą nadzieję, będzie nie jeden życiowy chleb...


wtorek, 16 sierpnia 2016

Z WIDOKAMI NA NOWE

Czekałam na tę chwilę, kiedy mogę wreszcie przelać myśli na papier. Czas, który za mną był zarówno piękny jak i trudny; dający wiele niezapomnianych wspomnień jak i naginający emocje do granic wytrzymałości a czasem i łez. Nie sposób podzielić się wszystkim; nie sposób wszystko nawet opisać, bo ciągle gdzieś w środku odczuwa się jakby to działo się chwilę przed a, nauczona z rodzinnego domu, że nie kroi się gorącego ciasta bo zrobi się zakalec, skupię się na tym co można naruszyć w jestestwach posiadanych wspomnień.

Za mną wyjazd nad morze a tak naprawdę za nami. Mój prawie że, pięcioletni syn okazał się przecudownym kompanem podróży. To były nasze rodzinne wakacje, choć zawsze jak wypowiadam słowo "rodzinne" zastanawiam się czy mogę z tą moją niepełną rodziną kwalifikować siebie do miana wczasowych rodzin z pełną obstawą ojca i matki. Ale na przekór sobie czynię to od niedawna z wielką dumą. A więc to były moje pierwsze rodzinne wakacje z których cieszyłam się jak dziecko i które na długo a może na zawsze zapiszą się jak pięknie napisana książka, którą pamięta się długo. Było tam wszystko: dziecięca swoboda, radość, chwile grozy, małe lub większe wypadki, cudowne zachody słońca i wspólny posiłek, który mogliśmy dzielić ze znajomymi u których nocowaliśmy. To tak niewiele, ale kiedy choć na chwilę łamię się codzienność i zasiada się z kubkiem kawy w obecności drugiego człowieka - to nie ma w takich chwilach nic piękniejszego. Mam nadzieję, że nasza nieopisana wdzięczność jakoś dotrze do znajomych, którzy otworzyli przed nami swoje drzwi ale i serca.







Jastrzębia Góra; Karwia; Wydmy Łąckie


A potem była przeprowadzka na nowe mieszkanie. To jak wyjście z klatki na wolność; z ziemi w niebo. Przez ostatni rok mieszkaliśmy na pierwszy piętrze z widokiem na trzy ogromne drzewa i 11 piętrowy blok. W małej 30 metrowej kawalerce. Teraz wznieśliśmy się jak już wiecie na 10 piętro na granicy przyległego prawie że do Warszawy miasteczka, co sprawia, że nic nie ogranicza nam widoczności na Warszawę a mało tego daje z drugiej strony widoczność na całe miasto. Tęskniłam za tym, za mieszkaniem na wysokościach, ponad wszystkimi i w sąsiedztwie nieba, jeszcze trudno mi uwierzyć, że po 6 latach to marzenie się spełniło. Teraz mamy dwa pokoje, ponad 43 metry, okna na wschód i zachód, przestrzeń i to Niebo, które od zawsze było moją miłością. Potrafię zachwycać się każdą namiastką zmieniającego się nieba. I to niesamowite jak wiele dzieje się na nim podczas całego dnia, nawet jeśli spoglądając w nie z ulicy wydaje nam się, że nic się nie zmienia przez cały dzień. 
Sami oceńcie:


 A to widok na Pałac Kultury i Nauki z ok 30 km i przyległe mu wieżowce:)







I z tymi widokami Was dziś zostawię. Aby dać sobie możliwość do częstszego przebywania w tej blogowej strefie. 

czwartek, 4 sierpnia 2016

Jeszcze chwila

Moi Drodzy, moja chwilowa przerwa w zaglądaniu na Wasze ale i na swojego bloga jest podyktowana nagłą okazją wyjazdu nad morze a zaraz po powrocie przeprowadzką na nowe mieszkanie. Wszystko spontanicznie, z dnia na dzień. Jestem gościem w Internecie. Ubolewam, bo nie mam nawet kiedy poczytać co u Was. Pomału widać możliwość zwolnienia i znalezienia chwili na kawę i bloga. Jak tylko ta chwila nadejdzie nadrobię wszelkie zaległości Waszego blogowego życia.
Tymczasem pozdrawiam każdego z Was, życząc udanych urlopów, wakacji, wyjazdów itd..:)
A takie mam widoki siedząc na balkonie 10 piętra już na Nowym:)