środa, 29 marca 2017

Zamknięte wrota przeszłości.



Kiedy układam w myślach to co chcę tu napisać, wszystko ma sens, spójność i melodyjność słów, jednak gdy kładę palce na klawiaturze komputera, myśli chowają się po kątach jakby bały się być wywołane do odpowiedzi jako pierwsze.  

Minione dni, kończący się miesiąc to dla mnie Oczyszczenie. Jeszcze do teraz brzmi to jak bajka - a mimo to - to rzeczywistość. W ostatnie dni stanęłam z największymi lękami z przeszłości twarzą w twarz. Weszłam w ich głębie, w sam środek i ponownie doświadczając tamtych wręcz drastycznych sytuacji, słów i czynów - pozwoliłam samej sobie aby pierwszy raz w swoim życiu, to przeżyć w pełnej gamie uczuć, emocji, łez, strachu i panicznego lęku. Jako dziecko było to niemożliwe. Był zakazany płacz, odczuwanie strachu - nawet wtedy a wręcz wtedy, kiedy byłam krzywdzona zarówno cieleśnie jak i emocjonalnie. Wszystko musiało zostać we mnie. Świat i ci, którzy wyrządzali mi krzywdę, nie mogli widzieć nic, co było wyznacznikiem bólu czy dziecięcego lęku.... Wprost tego zakazywali a wręcz kazali po wyrządzonej krzywdzie dziękować sobie, za to, że tym okrutnym traktowaniem uczą mnie jak żyć i dzięki temu jest szansa, że wyjdę na ludzi. 

Dziecięcy mózg szybko uczył się, że musi udawać, że musi powstrzymywać, przetrzymywać i gromadzić w sobie - wszystko w sobie: upychać, chować tam gdzie to tylko możliwe. Wszystko to , co destrukcyjne, czego ciało w postaci krzyku, płaczu, ucieczki czy samoobrony, chce z siebie wyrzucić, oczyścić się. Niewiarygodne jak szybko w kilkuletnim dziecko powstają tak silne mechanizmy obronne, które oddzielają emocje od przeżyć, od doświadczeń, które wszystko mrożą. To nic innego jak życie w ciągłej bajce, tylko cały czas po stronie skutej lodem krainy. 

I jeszcze bardziej niewiarygodne jest,  jak dziecięcy strach i lękowy paraliż przenosi się w dorosłe życie i osadza na innych ludziach, sytuacjach a nawet miejscach. Z zewnątrz jesteś dorosły. Masz te 30, 40 a nawet 60 lat ale w środku, w twojej głowie jest wylęknione dziecko, które tobą steruje. 


Z każdym kolejnym rokiem jesteś przekonany, że to chyba twój los: taki właśnie ciemny, zdala od innych, z przekonaniem beznadziei, nieudacznictwa; że może i masz te swoje talenty ale i tak nic ci po nich, bo nikt nie chce po nie sięgnąć, nikt cię nie chce wyciągnąć z tego dołka rozpaczy, nikt ci nie chce podać ręki i w ciebie uwierzyć. Żyjesz i czekasz. A potem już tylko czekasz, bo życie utożsamiłeś z czekaniem aż ktoś pokaże ci jak żyć, aż ktoś powie ci ile jesteś wart, ile możesz i że w ogóle coś możesz. Bez innych pozostaje ci czekać i to w takim miejscu abyś nikomu nie przeszkadzał, abyś nie zawadzał. Z boku, z tysiącami masek, sztucznych uśmiechów, min adekwatnych do przeżywanych sukcesów otaczających się ludzi. Siła, która cię trzyma z dala od ciebie samego jak tak silna, że po latach prób i szarpaniny, zaczynasz w końcu wierzyć, że mieli racji ci, którzy mówili, że nic z ciebie nie będzie, że nic nie potrafisz, że nikt ciebie takiego nie pokocha. Nie ma nikogo obok ciebie, więc złość i nienawiść gromadzona przez tyle lat w tobie, może uderzyć tylko w ciebie, bo tylko ty jeden stoisz bezbronny na jej drodze. I uderza. Przechodzi przez ciebie jak huragan, niszcząc wszystko to co twoje. 

Ale czasami bywa tak, że coś w tym huraganie ocaleje. Jakaś cząstka ciebie, która cicho będzie wołać spod gruzów zawalonego życia. Możesz chcieć ją usłyszeć albo możesz udać, że to ci się tylko zdaje i wrócić do swojej jaskini życia,  bycia tym, któremu nic w życiu nie wychodzi, w którym to inni są odpowiedzialni za jakość twojego życia. 

Piszę to, bo po to powstał ten blog. Aby pomógł mi wydostać  z gruzów moje wewnętrzne zastraszone, ranione i krzywdzone dziecko. I udało się. Droga była najtrudniejszą jaką przemierzałam. Ale opłacało się. Jednak cała gama emocji, doświadczeń i tego co udało mi się przeżyć zwłaszcza w ostatnim czasie - jest aż nadto osobista i pozwólcie, że zachowam ją dla siebie. 


Jeśli komuś przejdzie przez myśl pytanie "Czy przebaczyłam moim rodzicom?" - bo to oni byli największymi krzywdzicielami mojego dzieciństwa - to odpowiedź brzmi: NIE. Bo tak naprawdę czym jest przebaczenie? Zapomnieniem wyrządzonej krzywdy? Przecież to niemożliwe przy pełnej sprawności umysłu. Takich krzywd i zachowań nie sposób zapomnieć. Dziś  ja - jako dorosły człowiek czuję do nich odrazę, złość i nienawiść, że oni - jako dorośli wtedy ludzie - dopuścili się takich czynów na kilkuletnim dziecku - ich dziecku. Byli mądrymi ludzi, życiowo również, ale nie zrobili nic aby zmienić swoje zachowanie - jako rodziców. Najważniejsze dla nich było to jak będą postrzegani przez ludzi. Byli tymi, którzy czekają na dowartościowanie od strony innych ludzi; którzy czekają aż ktoś ich zauważy i doceni. Swój egoizm i dążenie do bycia kochanym i szanowanym przez innych nazwali MIŁOŚCIĄ RODZICIELSKĄ. 

I to są te dwie prawdy, które ścierają się od pokoleń: Miłość rodzicielska i potrzeba bycia kochanym przez dziecko. Dwie prawdy, które dzieli przepaść. Zrozumienie tego wyzwala. Zrozumienie, że oni byli tak skupieni na swojej prawdzie, że tak mocno w nią wierzyli i uważali za coś niepodważalnego, oczywistego i świętego - że nic i nikt nie był w stanie powiedzieć im, że robią źle, że ja jako dziecko, ich dziecko, potrzebuję od nich zupełnie innej miłości, zupełnie czegoś innego. 

Z tego konfliktu miłości  dorosłych - rodziców, którzy wiedzą lepiej, co jest lepsze dla ich dziecka bierze się ta przepaść w którą wpada tak wielu z nas i nie jest w stanie wydostać się z niej do końca życia. Siedzimy tam w tym ciemnym dole i czekamy na tych naszych rodziców, którzy przyjdą wreszcie po nas i dadzą nam to czego my naprawdę chcemy. Oni czekają na górze aż my przyjdziemy do nich jako dzieci i podziękujmy im za ich trud i poświęcenie a my czekamy na tym dole aż przyjdą i przeproszą nas za krzywdy, które nam wyrządzili i że dadzą nam wreszcie taką miłość jaką my pragniemy. Całe życie czekamy aż przyjdzie ojciec i weźmie nas na ręce i przytuli i powie: "Synu jestem z ciebie dumny" "Kochanie, jesteś księżniczką tatusia"; Czekamy na matkę aż przyjdzie  i bez stawiania wymogów pozwoli nam wtulić się w swojej ramiona i powie: "Kocham cię bez względu jakie masz oceny. Kocham cię, nawet wtedy, gdy jesteś zła: Kocham cię, choć wolisz ubierać te zielone spodnie, których ja nie lubię..."  Ich wewnętrzna prawda naprzeciw naszej. Dorosłość i dziecięctwo.  Tak naprawdę my nie czekamy na człowieka, który przyjdzie i nas pokocha, poślubi; nie czekamy na szefa, który nas pochwali w pracy i da premię w ramach uznania - my ciągle czekamy na rodziców, którzy przyjdą do nas, siedzących, przerażonych, samych  w ciemnym pokoju. 

To właśnie zrozumiałam; że oni nigdy po mnie nie przyjdą, bo przeświadczenie, że robili wszystko aby żyło mi się jak najlepiej i że oddali by za mnie życie z miłości, jest ich prawdą ostateczną. Zrozumienie tego, że muszę wstać, wyjść z tego pokoju i iść dalej bez tatusia i mamusi z dziecięcych lat - było jak odejście od grobu, w którym nagle pochowało się najważniejsze osoby w twoich życiu, bez których życie traci cały sens. Szarpanina, kto pierwszy przeprosi i weźmie winę na siebie, dobiegła końca. Czekanie aż mnie pokochają i zaakceptują taką jaka jestem naprawdę również dobiegła końca. Oddałam im ich słuszność. Oddałam im słuszność ich prawdy i zostawiłam przed bramą ich domu, mojego rodzinnego domu.  Pożegnałam się emocjonalnie na zawsze z tym, co się wydarzyło i odeszłam w stronę mojego obecnego domu, ku teraźniejszości. 

Ale to właśnie to pożegnanie i pogodzenie się ze stratą dało największe oczyszczenie i prawdziwą wolność dorosłego człowieka. 
Wróciłam z odległej podróży. Wróciłam wreszcie do siebie. Ta mała dziewczynka, która jest we mnie już nie tęskni za tamtą rodzicielską miłością. Wreszcie może żyć bez lęku i obaw że ten tatuś, wejdzie do pokoju i zacznie ją bić a mamusia dopowie jej, że jest nic nie warta. Może wreszcie być dzieckiem: radosnym, żywym, odważnym, w poczuciem ważności i wartości w moim sercu i razem ze mną już dorosłą tworzyć piękno obecnego życia. 

Po 34 latach życia, wreszcie dowiedziała się, że ci, na których czekałam całe życie już nie wrócą. Umarli. A tym samym nie zrobią mi już żadnej krzywdy. Mogę wreszcie żyć bez strachu, bez lęku, bez negacji i poniżania. Strata boli ale czas ma w sobie moc uzdrawiania. Życie stanęło dla mnie otworem... Jestem wolna... Jestem szczęśliwa...

Wybaczcie tą mnogość słów. Ale ten blog był właśnie po to, aby pomógł mi odnaleźć samą siebie. I to właśnie się wydarzyło. Dawno też nie było mnie u Was. Skupiłam się w marcu na poszukiwaniu siebie, kosztem rezygnacji z relacji, choćby blogowych. Ale wracam pomału i do Was. 

Dziękuję, że przez cały czas trwania bloga i moich wewnętrznych historii, towarzyszyliście mi przez cały czas. 
R. 






środa, 1 marca 2017

"I tak wiele się stało. I nie stało się nic."


Uciekł, nawet nie wiem kiedy. 
Zresztą jakby się chował cały czas. 
Skończył się. 
Zerwałam dziś lutową kartkę z kalendarza. 
Był chwilą, która nie wiem kiedy minęła. 
Z całej listy lutowych zadań, udało się postawić krzyżyk tylko przy jednym. 
Z pięciu wypożyczonych książek, zaledwie jedna doczytana do połowy. 
Odwołane zajęcia, spotkania..
Wszystko na opak, wszystko jakby dostało drgawek i schowało się pod ciepłe koce,
 bez kontaktu z rzeczywistością.
Permanentne przeziębienie i pozostałość równie przeziębionej ambicji, 
że przychodnie i lekarze to nie dla mnie.
Samochód pozostawiony w warsztacie;
Telewizor w naprawie, po której nawet zielona dioda nie zamierza dać o sobie znać.
Piesze wyprawy z wózkiem w deszczowym towarzystwie;
Siatki sklepowych zakupów obwieszone na palcach rąk a tu jeszcze samoloty zrobione przez przedszkolną ciocią trzeba gdzieś uchwycić i jakimś cudem złapać choćby za kaptur rozpędzonego pięciolatka, przy najbliższym skrzyżowaniu.

No nie tak miał urealnić się wypisany pięknie scenariusz lutego. 

Pokora. 
Luty to pokora. 
Nic ponad to. 
Plany swoją drogą a życie swoją. 
Rozeszły się tym razem. 
Nie było im po drodze ze sobą.

Jednak życie  pustką nigdy nie jest.
"Kiedy Bóg drzwi zamyka to otwiera okno",
mawiał ksiądz Twardowski.
Za zamkniętymi drzwiami zostało wiele z planów,
jednak przez otwarte okno weszło to i owo:
Karnet na siłownie;
Wiadomość od znajomego, który zamilkł na kilka lat;
Tulipany w słoiku po kawie;
Materialna miłość Ojca;
Ciepłe wieczory w towarzystwie Mamy;
Przepiękne wschody słońca, zatrzymywane w kadrze przez niedomytą szybę, 
i równie piękne zachody.




10.02.2017 - zachód słońca


Luty jakoś szarością zapisał swój byt, 
Szybko przyszedł, szybko odszedł. 

Przyszło nowe.

Pachnie wiosną, wspomnieniami.
Stoi pudło gotowe pomieścić w siebie zimowe kurtki i buty z kożuchem. 
Balkon coraz częściej otwiera się na oścież,
Ptasi śpiew unosi twarz do słońca.


22.02.2017 - wschód słońca w niedomytej szybie.


Marzec aż czerwieni się od dat urodzin. 
Lista prezentów zaczyna się tworzyć.
A gdzieś pomiędzy, dla samej siebie sto lat zaśpiewam.
Słoik już pusty, kwiaty kupić trzeba.
Prymulka od mamy za wczasu już dana,
Niby mała, jednak  miłości w niej tyle, że w doniczkę większą przesadzić trzeba.

Plany rozpisane, cele postawione.
Czas wszystko pokaże, w którą pójdę stronę...

Nowe się zaczyna. 
Życia rok przybywa, 
Trójka z czwórką miejscami się zamienia,
na szczęście nie z przodu.
A szczęście, że z tyłu, bo to znak, że żyję, że życie przede mną.

A dopóki żyję - wszystko jest MOŻLIWE!!! :)

Cudownego Marca Wam życzę!
I pięknej wiosny!
Tej w Waszych sercach również! 

A tak sentymentalnie ale jakże pięknie na koniec: