piątek, 30 czerwca 2017

UBIERZ SIĘ I ZAŁÓŻ BUTY


Musisz być gotowy w razie czego do ucieczki. Musisz być gotowy do ratowania życia. Swojego przede wszystkim.

Nikt jednak do końca nigdy w to nie wierzył, że będziemy musieli biec i stamtąd dokąd dobiegniemy, pozostanie nam patrzeć na zgliszcza, na ruinę tego co było ostoją. "W razie czego" oznaczało bardziej tyle co: jakby naprawdę się tak wydarzyło, że - co raczej jest mało prawdopodobne - ale uderzyło właśnie w nas dom; tyle co: bo tak się powinno zrobić; bo tak dyktuje ciało - aby uciekać, aby chronić życie.

Nie pamiętam aby ktoś zakładając buty czy spodnie wkładał do kieszeni dokumenty, pieniądze. Nie pamiętam, aby ktoś pomyślał o telefonie czy dodatkowej parze ubrań, albo o butelce wody...
Pchani wiarą matki, która wystawiała w okna krzyże i święconą wodę, formuła: "Ubierz się i załóż buty" bardzo szybko stała się formułką a co za nią idzie nieodłącznym elementem burzy.

Bo jeśli bierzesz pod uwagę fakt, że za chwilę twój dom ma ulec spaleniu, zawaleniu, zniszczeniu; jeśli masz świadomość, że Ty zdążysz uciec i przeżyć; i jeśli masz świadomość, że nie będziesz miał do czego wracać - naprawdę nie zabierzesz ze sobą pieniędzy, dokumentów czy choćby drugiej pary ubrań?

Od środowego wieczora nieprzerwanie jest ulewny deszcz, grad, , burze, grzmoty i ten przeogromny w swojej sile wiatr, który niszczy tak wiele po drodze. Połamane słupy, drzewa, zniszczone samochody, uliczne lampy.

Kiedy pakowałam plecak "w razie czego" stanęłam między nim a wszystkimi rzeczami, które zgromadziłam w tym mieszkaniu. Spakowałam ubrania, dodatkowe buty, dokumenty, laptopa, telefon... Wiedziałam, że nie mogę zabrać dużo, bo " w razie czego" będę musiała zbiegać z dzieckiem po schodach z 10 piętra i ratować nie tylko swoje ale i jego życie.

A potem gdy wyszło słońce, zastanawiałam się nad tym, gdybym naprawdę straciła te wszystkie rzeczy, gdybym naprawdę nie mogła ich odzyskać, dotknąć, użyć.

A potem się uśmiechnęłam  i podziękowałam Bogu za dotychczasowe doświadczenia, które spotkały mnie w życiu. Zrozumiałam, że nawet gdybym to straciła i tak potrafiłabym zacząć od nowa, bo tragiczne sytuacje życia nauczyły mnie już wielokrotnie zaczynać od nowa  z jedną parą butów, kilkoma ubraniami, dokumentami i świadomością, że:

Nie to co mamy pozwala nam żyć, a to jak potrafimy żyć sprawia, że posiadamy rzeczy. 

Wczoraj jadąc samochodem w jedną z popołudniowych wichur, milimetry przed maską  samochodu złamała się uliczna lampa. To były sekundy a ona łamała się jak plastikowa łyżeczka. Wiatr pchnął ją w prawo od mojego samochodu.
Dopiero gdy szczęśliwie dotarłam do domu, uświadomiłam sobie jak blisko było od tragedii a może nawet od śmierci....

Szczęśliwego weekendu, pomimo burz...






poniedziałek, 12 czerwca 2017

BIAŁOWIEŻA - tam gdzie natura i cisza zadziwia człowieka.




Dziś, bardziej opowiem obrazem niż słowem.
Białowieża. Podlasie. 4 km od granicy z Białorusią.
Cisza, spokój, piękno natury i powietrza.
Z gwaru stolicy przeniesieni w otchłań szumu drzew i śpiewu ptaków...




Jeden dzień wystarczył aby choć w małym stopniu poznać to miejsce i - zakochać się w nim a dokładnie w tym spokoju, w wolności życia wolno.
To +/- 250 km od obrzeży Warszawy, skąd ruszaliśmy, w zależności jaką wybierze się trasę. 
Co prawda nie mijaliśmy majestatycznych widoków jak to było w przypadku wyjazdu w Bieszczady, czy nie rzuciły się nam w oczy przewodnikowe zabytki, ale od samego początku towarzyszył nam - brak pośpiechu, brak ram czasowych, brak czegokolwiek w kategoriach: "musimy". Nic nie musieliśmy a mogliśmy wszystko.. 
To były też jedne z najcudowniejszych chwil w ostatnim czasie zapracowania, gonitwy warszawskiej i potyczek życia codziennego jakie mogliśmy spędzić ze sobą tylko my dwoje: ja i mój syn. Dopiero z dala od domu utwierdziłam się w przekonaniu, że najcenniejszym prezentem jaki mogę mu ofiarować jest nic innego jak mój czas na jego wyłączność, obecność i wspólne bycie tu i teraz..

A więc byliśmy. 
Choć najpierw zabłądziliśmy. 
Kilka kilometrów przed Białowieżą, chcąc najpierw  zwiedzić Rezerwat Żubrów.
Ale udało się.
Oto i on!:


 i dojście do niego:

A potem był podziw ale też i smutek. 
Zacznijmy jednak od podziwu i dziecięcej radości:







Podziwu raczej tłumaczyć nie trzeba. A smutek?
Chyba wystarczy ostatni obrazek, który powie więcej niż nie jedno słowo. 
Wilk - ten, przez którego przemawia dzikość, siła, życie i wszystko do czego człowiek nie raz pragnie dążyć. A wystarczy drut aby wszystko mu zabrać, co stanowi o nim. 

Cała wędrówka po Rezerwacie i widok tych przepięknych i okazałych zwierząt nasuwała pytanie, o sens bycia na pokaz, w klatkach, choć na wybiegu. Zwłaszcza, że gdzie nie sięgnąć wzrokiem, roztaczała się Puszcza Białowieska i ich prawdziwy dom.. 
Ale nie mi do końca oceniać słuszność czy tragizm tej sytuacji. 


A potem w samej Białowieży, najpierw poszliśmy na pizzę. Może nie wpisuje się to w opowieści o puszczy, dzikości i oderwaniu od materialnej gonitwy, ale sam pobyt w pizzerii miał dla mnie wymiar rodzinny. Cudownie było cieszyć się widokiem dziecka, wspólnym posiłkiem. A pizza sama w sobie przepyszna. Jeśli będziecie polecam:
Pizzeria Siciliana, ul. Waszkiewicza 22. 


Tak naprawdę po odliczeniu czasu na dojazd i powrót, mieliśmy na miejscu jakieś 5 godzin na wszystko. To mało, Zwłaszcza z dzieckiem, które ma swoje potrzeby i zachcianki i trudno wszystko ustawić w szereg gotowy do zwiedzania. Ale uważam, że to co zobaczyliśmy i tak pokazało nam w dużym stopniu co kryje w sobie Białowieża i okolice. 

 Sama Białowieża zaprasza do Białowieskiego Parku Narodowego. 
Przepiękne miejsce. Park, Muzeum, Przeszłość i ta powtarzalna ale jakże unikatowa w obecnym czasie Cisza. 


 Dworek Gubernatora Grodzińskiego. Skąd? Kiedy? Kto? Jak?
Nie wiem. Wolałam chłonąć obrazy niż słowa wypisane na tablicach informacyjnych. 


Muzeum Przyrodniczo-Leśne. 
Niestety byliśmy tam już późną porą jak na muzeum, bo po 16.00, kiedy ono zamknęło główne sale przyrodnicze i jedyne co mogliśmy zobaczyć to dwie wystawy i wjechać na wieżę widokową. 
Wjechaliśmy zatem.



A Park sam w sobie?




Ominęło nas kilka atrakcji, dostępnych w weekend.
Piątek okazał się jednak weekendem nie być.  
Wrócimy zatem... 


Ale jest jeszcze coś, co jeśli się wybierze polecam. 
Nam się nie udało, ze względu na porę, czyli 17.30. 
Wracając z Białowieży, na początku Hajnówki, 
zaraz przed cmentarzem, skręćcie w prawo w ulicę Celną a dalej na jej którymś zakręcie w kolejne  prawo w las. 
A w lesie będą kierować Was już znaki na - KRYNOCZKĘ.



To Cerkiew Św Braci Machabeuszy a zarazem źródło uznane przez wiernych kościoła prawosławnego za cudowne. To oczywiście informacje z Wikipedii, bo jedyne co ujrzeliśmy to zamkniętą na kłódkę bramę i w oddali niebieską Cerkiew. 
Ale samo bycie w środku lasu dawało magiczne odczucie, jakby uniesienia ponad całym pędzącym światem. Zdjęć nie zrobiłam nawet przez bramę. Chciałam, ale fakt, zostawienia aparatu w Białowieży - uniemożliwił mi i szybko ostudził chęci, kierując nas z powrotem do Białowieży po zgubę.
Jeśli będziecie tam przed nami, lub już byliście - podzielcie się jak było poza bramą :)

Mimo, że byłam w Białowieży tylko ten jeden raz;
mimo, że wiele jeszcze przed nami do odkrycia w tamtym miejscu i jego okolicach; 
POLECAM. 
Dla tej CISZY - naprawdę warto.