środa, 26 lipca 2017

LĘK JAK SUPEŁ

DZIEŃ 10 (26.07.2017) ŚRODA.

Niewiarygodny czas. 

To już 10 dzień. A jakby wczoraj wszystko się zaczęło. Czuję jakbym nagle przeniosła się do innego miejsca, innej przestrzeni, jakbym była poza domem, gdzie życie obfituje w przygody, doznania, jakich na co dzień będąc w domu  nie zazna się. A potem sobie uświadamiam, że przecież jestem tak naprawdę w domu a pewna rutyna mi nadal towarzyszy: zaprowadzić do przedszkola dziecko, sprzątnąć, ugotować, zrobić zakupy, odebrać dziecko, poczytać książkę, wypić kawę… I chyba tak wyglądał mój dzień przed eksperymentem. Moje życie. Tylko rutyna i wypełnianie dnia obowiązkami, które są przypisane do dorosłości i macierzyństwa. 

Cała filozofia i struktura moich myśli i wyuczonych zachowań okazała się być nie tyle skomplikowana ale mocno ze sobą powiązana, wręcz ściśnięta. Jedno zachowanie, ciągnęło drugie i robił się supeł, nie do rozwiązania. Tak przynajmniej mi się wydawało, że to się nie zmieni, bo samo przecież się nie zmienia. I możliwe, że tkwiłabym tak do śmierci, gdybym nie spróbowała rozwiązać tego i kolejnego supła ręcznie. Gdybym nie odważyła się za przykładem pilotów przejść nagle z trybu automatycznego pilotażu do ręcznego, gdzie w dużej mierze, wszystko zależy od moich umiejętności, odwagi, opanowania i dyscypliny.


99% lęków z którymi walczę, które się ujawniły na wypisanej liście łącznie 146 pozycji a każdego dnia wychodzą na jaw nowe – to lęki zapożyczone, głównie od mojej Mamy, ale też od nauczycieli, krewnych czy ludzi, którzy w dzieciństwie mnie otaczali. 

Po 10 dniach, mogę nawet odważyć się je podzielić: na te, które były ZAKAZEM i złamanie ich, czy przeciwstawienie się im było jak  wyrok śmierci dla psychiki dziecka, bo niedopowiedziane: „Pamiętaj, jeśli to zrobisz, to zobaczysz co się czeka…” – stało się przepaścią, do której mając te kilka lat, bało się podejść aby nie zginąć.

Ale są też lęki, które wynikają z presji, głównie szkoły, rówieśników: sport, moda, imprezy... Wychowując się w biedzie o większości tego co robili inni można było tylko marzyć, więc uciekało się w kamuflaż bycia fajnym, lubianym, nawet śmiesznym aby tylko nikt nie spojrzał za mnie i nie dostrzegł tego co skrywa mój dom, rygorystyczne wychowanie czy rów w którym bało się, że akurat będzie leżał mój ojciec, wtedy zapity wręcz do nieprzytomności.

Są też takie lęki, które były kumulacją wszystkiego a balansowały na granicy życia i śmierci w najlepszym razie uszkodzeniu ciała. To ogromna i wewnętrzna siła do bycia kochanym a przez to udowadnianie, że jest się tego wartym. Jeśli nie działało to na Najbliższych, biegło się do znajomych, szkolnego środowiska czy nawet obcych ludzi. Udowadnianie - to nawet nie wychodzenie ze strefy komfortu ale wchodzenie bez odpowiedniego przygotowania czy sprzętu na pękający lód po to tylko, aby inni zobaczyli we mnie, kogoś lub coś,  co sprawi, że mnie zaakceptują, albo przynajmniej zauważą i wezmą pod uwagę moją determinację. Stawiało się wtedy wszystko na jedną szalę: karę, która czeka po powrocie do domu, opinię i bycie lubianym wśród znajomych ale przede wszystkim własne życie.

I te ostatnie są najtrudniejsze do opanowania, bo są najcięższe. Jest w nich tyle chaosu, zagubienia, tyle ludzkich twarzy, tyle wypowiedzianych słów i tyle przyjętych uwag, obelg, wyśmiania, niekiedy pochwały, która mieszała się w tym wszystkim w wielkiej maszynie dorastania i kształtowania masy, własnej tożsamości i pewności siebie. 

Przez te ostatnie najtrudniej się przebić. Zrozumieć je. Bo lęki trzeba zrozumieć, odnaleźć dwa zwisające kawałki sznurków, za pomocą których można cały supeł rozwiązać. Niestety te ostatnie są zazwyczaj zasupłane gdzieś pośrodku i aby do nich dotrzeć, trzeba najpierw rozwiązać te, które są przed nimi, z jednej i z drugiej strony. 
Tylko, że te pośrodku ściskają najmocniej życie, często nie dostarczając odpowiedniej ilości tlenu i blokują życie  po całości.

Aby to zrozumieć wystarczy zawiązać kilkakrotnie z całych sił supeł w jednym miejscu, przed nim i za nim zawiązując jeszcze kilka innych, potem zanurzyć to w wodzie i dłońmi z przyciętymi po samej skórze paznokciami spróbować go rozwiązać. Niektórzy już po pierwszym rozwiązanym supełku mają dość; inni po pierwszej próbie rozwiązania, mają dość… To właśnie jest metafora naszych lęków. Zostawiamy, odchodzimy, wrzucamy tam, gdzie ich nie widać i dostosowujemy się do życia razem z nimi. A potem się przyzwyczajamy, bo sama myśl, że miałoby się podjąć ich ponownego rozwiązania, powoduje odwrócenie głowy w drugą stronę i udawanie, że nic takiego nie miało miejsca.

ALE WARTO.  Każdego dnia, rozwiązać choćby jeden supeł…


Dzień 6. (22.07.2017)

"Wrzos przynosi nieszczęście" - takie słowa rozbrzmiewały mi od wielu lat w głowie. Nie wierzę w przesądy, ale tego się trzymałam jak ślepy laski, na równi z tym, jak bardzo pragnęłam je mieć na swoim balkonie czy w domu. Kupiłam. Uśmiecham się za każdym razem do siebie, gdy go widzę.
Ten dzień był bogaty w odwagę, ale wrzos stał się symbolem tego dnia ...



Dzień 7 (23.07.2017)

Od tego dnia zostało 111 dni do końca mojego eksperymentu. Zawsze miałam problem z oceną w oczach innych a zwłaszcza tego co piszę czy publikuję. I wtedy idąc za jedną z blogerek OTO JA i jej projektem 365 dni, postanowiłam każdego dnia przez 111 dni publikować na Instagramie jedno zdjęcie. Dziś jest 4 dzień a ja pragnę od tego uciec jak najdalej. Usunąć wszystko co tam się znajduje, powyczyszczać, aby być bezpieczna i nieoceniana. Bo każde rozwiązanie jest dla mnie obezwładniające. Zarówno to, jeśli ktoś to polubi czy napisze komentarz, bo od razu tysiąc myśli przychodzi do głowy i rozsiada się na władczym tronie i mnie napomina; jak również wtedy kiedy nikt tego nie zauważy, bo to znaczy, że jestem do niczego a moje zdjęcia czy opisy tylko zabierają wirtualną przestrzeń innym. To jest naprawdę dla mnie trudne - wyjść z tym co robię i z tym co piszę do ludzi, którzy mnie znają na co dzień.. Bardzo trudne...

 

Dzień 8 (24.07.2017)

To moja bieżnia.  Łączna długość ok. 0,5 km.
Z każdym dniem jest mi bliższa, spokojniejsza, już nie straszy tak bardzo jak pierwszego dnia; Ludzie, którzy tam pracują lub biegają, zaczynają być już niekiedy niewidoczni.To duże osiągnięcie jak dla mnie. Ale nadal serce uderza mocnej, kiedy ją przekraczam. 



Dzień 9. (25.07.2017)

To był wspaniały dzień. Jeden z tych, które się długo pamięta. Tu złamałam dość mocno siebie wewnętrznie. Pozaglądałam w wiele ukrytych zakamarków a zwłaszcza tych, do których nie chciałam zaglądać, bo tak mocno straszyły w dziecięcych wspomnieniach. 
Padał deszcz od samego rana - to za mało powiedziane. Lało. A gdy odwiozłam syna do przedszkola (tak w wakacje też chodzi do przedszkola), wiedziałam, że to właściwy dzień na mierzenie się z tym co w głowie głośno wybrzmiewa: "Pada deszcz. Nigdzie nie wychodzisz. Siedzisz w domu, bo się przeziębisz i rozchorujesz." Tego dnia nie poszłam na bieżnie. Poszłam do lasu, gdzie czekał na mnie drugi mur: "Tylko pamiętaj, żeby nie wchodzić do lasu a już broń boże wchodzić gdzieś dalej niż przy drodze. Bo jak wejdziesz to zgubisz się i nikt cię nie znajdzie, albo zaatakuje cię coś i nawet zagryzie na śmierć..."  
Dwa potężne mury do pokonania. Lejący deszcz i droga, którą jeszcze tak naprawdę nigdy nie szłam. Miałam punkty odniesienia, tam,  po tamtej stronie, muszę się kierować w tę a potem w tamtą stronę. Przeszłam prawie 8 km. Zgubiłam się dwa razy. A raczej zabłądziłam lub mówiąc prościej wyszłam w drugim końcu sąsiedniego miasta. Większość czasu w lesie, niekiedy przez jakieś ścieżki polne przy których tu tu, to tam stały domy a niekiedy rosło zboże. Po 1,5 godzinie odnalazłam samochód i prawie popłakałam się ze szczęścia - że się odważyłam i nie przestałam ufać sobie, pomimo tysiąca głosów, jakie rozbrzmiewały w mojej głowie i płynących ze strachu łez w kulminacyjnych momentach.  Co prawda miałam włączoną nawigację w telefonie, ale miejsca w których się gubiłam w środku lasu, były jedną zieloną plamą. Byłam zdana zatem tylko na siebie... 
Ubrania suszą się do teraz :)
Ale dalszy dzień przyniósł jeszcze kilka innych zwycięstw, to jednak będę wspominać długo i z sentymentem.



Dzień 10. (26.07.2017)
Tak się zaczął dzisiejszy dzień.. Nie poprzestałam na jednym zwycięstwie. Zaciągnęłam dziś ponownie na siebie kurtkę i poszłam na poranny trening w las przy padającym deszczu. Dziś zaufanie do siebie w lesie było pomimo wszystko nadszarpywane kilkakrotnie (choć tę drogę znałam o wiele lepiej niż wczorajszą, bo wczorajszej nie znałam prawie w ogóle) a mimo to, wewnętrzne wylęknione dziecko w obawie przed karą za wejście do lasu i to w deszcz odzywało się ze zdwojoną siłą, nie wiedząc do końca dlaczego. Dziwne te rzeczy dzieją się w naszych głowach...



Czym wchodzę głębiej w ten eksperyment, tym, coraz trudniej mi się tym dzielić publicznie, bo sama, gdy patrzę na te moje lęki z boku, wydają się dziecinne i nieadekwatne do wieku jaki mam i do doświadczeń jakie za mną czy obowiązków i odpowiedzialności w jakich się znajduję. To trudna część tego eksperymentu ale wierzę, że za niedługo spojrzę na to inaczej, spokojnie i BEZ LĘKU :)

Dziękuję, że jesteście obok.

22 komentarze:

  1. Masz rację, wiele z lęków dziedziczymy po przodkach, też parę takich przykładów mi przypomniałaś. Wiele lęków tkwi w nas i nie umiemy ich racjonalnie wytłumaczyć...ale trzeba je przełamywać, inaczej nie ruszymy do przodu. Niektórzy nazywają to zabobonami, duchami przeszłości.
    Piszesz o rutynie, powtarzalności itd. Czasami bywają w życiu takie zawirowania, że za tą rutyna i spokojem sie tęskni lub mentalnie, zmęczeni psychicznie za tym tęsknimy, taka angielska flegma, o piątej herbatka itp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie neguję rutyny pod żadnym pozorem, jednak w moim przypadku, rutyna równała się z zasiedzeniem, ze stagnacją, z obowiązkiem wypełnienia czegoś bo tak trzeba, bo kazano, bo Bóg wie co jeszcze. Zdrowa rutyna, uważam wręcz, że jest pomocna, nadaje pewien kręgosłup naszym przedsięwzięciom. Moja niestety była już wręcz przegniła i wszystko zmierzało w kierunku zawalenia się struktur życia. Na szczęście przyszło opamiętanie.

      Usuń
  2. Znów mnie poruszyłaś do głębi, do szpiku kości. Jak ja to znam - te lęki, choć nieco inne, równie utrudniające życie swoją mocą. Imponujesz mi tym eksperymentem, nigdy takiego nie przeprowadziłam. Życie pozwoliło mi wyzwolić się z tych najważniejszych, najtrudniejszych lęków. Bo zdarzyło się tak, że umierał mój tata. Na raka. I to ja byłam tą osobą, która przecierała tu w Warszawie wszelkie ścieżki, by znaleźć lekarza, przyjąć na klatę miażdżącą diagnozę a mimo to uśmiechać się do niego i zachowywać jak gdyby nigdy nic. Zrobiłam wtedy wiele, bardzo wiele dźwignęłam, a to wiązało się z przełamaniem lęków. Zamiast lasu i bieżni był szpital, lekarze, ordynatorzy. Musiałam do nich iść, rozmawiać, słuchać w spokoju, pytać mądrze. Być dorosłą. Byłam wtedy tuż po 30... Dziś, 20 lat późnej mogę ci powiedzieć: uda się tylko wytrwaj. Pozdrawiam bardzo serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Iwono za te słowa ale też za podzielenie się Swoją jakże ważną historią. Mogę tylko sobie wyobrażać, ile odwagi, determinacji i siły musiało Cię to wszystko kosztować. A jeśli dochodziły tam lęki, które trzeba było łamać - to jestem pełna podziwu dla Ciebie i dzięki Tobie zyskuję nowe pokłady siły, odwagi i przeświadczenia zwłaszcza w te trudniejsze dni, że naprawdę warto podążać dalej tą drogą.
      Dziękuję Ci, za ten komentarz.

      Usuń
  3. Wewnętrzne lęki często utrudniają nam codzienne funkcjonowanie i nigdy nie jest za późno, aby się z nimi zmierzyć. Życzę Ci dużo wytrwałości!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Takie słowa wiele znaczą w ten niesamowitej ale trudnej wędrówce.

      Usuń
  4. Trochę u mnie trwało zanim zaczęłam żegnać swoje lęki, ale zaświadczam, że da się! Powoli, małymi krokami, ale da się ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z dużym opóźnieniem ale dziękuję za te słowa :) Dodają sił do podążania przed siebie we wskazanym kierunku. Pozdrawiam :)
      PS. Gratuluję, że udało Ci się je pokonać u Siebie.

      Usuń
  5. Gratuluje odwagi i jestem naprawdę dumna, ze z dnia na dzień idzie coraz lepiej i leki zostają pokonane choć droga jest naprawdę trudna. Brawo , nie jest łatwo pisać o tym wszystkim zdaje sobie z tego sprawę, ale zwycięstwo jest tego warte. Inspirujesz naprawdę i sprawiasz, ze "nie ma rzeczy niemożliwych na nabiera zupełnie innego głębszego znaczenia". Trzymaj tak dalej !! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Klara za te słowa. To prawda nie jest łatwo. Z jednej strony czym głębiej się wchodzi w te lęki - stają się one mniej intensywne, jednak z drugiej strony stan lękowy niekiedy niespodziewanie się kumuluje i odbiera siły i odwagę do dalszego zwalczania tych destrukcyjnych stanów. Ale warto tego wszystkiego doświadczać, bo zarówno jedno jak i drugie jest uzdrawiające.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  6. Podziwiam Cię za decyzję i bardzo trudny eksperyment. Trzymam kciuki i wierzę, że doprowadzisz go do końca, choć jak sama wiesz łatwo nie będzie. Bo wytrwać w długoterminowym postanowieniu - to wymaga konsekwencji i samodyscypliny.
    Pozdrawiam serdecznie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak. Najtrudniejsza w tym wszystkim jest SAMODYSCYPLINA. Ale jak to mówią, jeśli czegoś naprawdę się chce, człowiek znajdzie powody aby do tego dążyć a nie wymówki :)
      Pozdrawiam równie serdecznie.

      Usuń
  7. Swoim eksperymentem, a właściwie jego upublicznieniem, budzisz mój ogromny podziw. To, co robisz bardzo odsłania ciebie, z drugiej strony jest motywacją dla innych, na pewno dla mnie, aby spojrzeć swoim lękom prosto w oczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli tak to działa, to tylko pozostaje mi się ucieszyć i iść dalej wytrwale przed siebie i w głąb swoich lęków :)
      Pozdrawiam.

      Usuń
  8. Te wszystkie lęki tak bardzo zakorzeniają się w nas, że czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy z ich istnienia. Podziwiam za walkę z nimi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za dopingowanie :)
      Tak lęki to rzeka, która niezmierzona przepływa przez nas i porywa wszystko co ma po drodze. Ale często w trudnej pracy, niekiedy mozolnej a przede wszystkim systematycznej i długoterminowej w niektórych przypadkach można ją ujarzmić i cieszyć się jej widokiem i ochładzać się w jej strumieniu:)
      I do tego dążę :)

      Usuń
  9. oj, już widzę, że z niektórymi spośród Twoich (ale i moich lęków) nie byłoby mi dane się rozstać. chyba siedzą zbyt głęboko. Dobrze, że Twój supeł powoli się rozluźnia - powodzenia w kolejnych starciach!

    OdpowiedzUsuń
  10. Jest w tym coś pokrzepiającego, że nie tylko jedna osoba na świecie zmaga się z lękami. Chociaż wiadomo, lepiej, żeby one nikogo nie nękały. Niedawno również miałam drogę, którą nigdy nie szłam - była panika, ale w końcu weszłam na szczyt - dosłownie i w przenośni. :)
    Trzymam kciuki za rozplątywanie supełków i supłów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lęki są potrzebne, zresztą są naturalnym substytutem naszego życia, dają chociażby ogromne połacie radości, gdy tak jak Ty wchodzisz na szczyt pomimo paniki. Gratuluję:)

      Usuń
  11. A gdyby tak obniżyć ważność niektórych codziennych rzeczy?Lęki by odpuściły.Czasem w pracy gdy mnie wszystko przytłacza udaje, że Ci ludzie dookoła to pingwiny :) Skutkuje.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grunt to mieć własny sposób na radzenie sobie z dokuczliwymi dniami, osobami.. Gratuluję takiego sposobu. Rozbawił mnie, naprawdę :) Wiele mądrości w tym co napisałeś (łaś). Jednak w moim przypadku sprawdza się, droga przyglądania się lękom i rozpuszczania ich w ich podłożu prawdy.
      Pozdrawiam :)

      Usuń

Dziękuję, że chcesz towarzyszyć w mojej osobistej wędrówce. Każde słowo pozostawione w tym miejscu, jest dla mnie ważne i cenne. Zapraszam i czuj się jak u Siebie :)