sobota, 11 listopada 2017

KAŻDY KONIEC JEST POCZĄTKIEM - eksperyment


"(...) a 11 listopada napisze do nas INNY CZŁOWIEK." To słowa Iwony, która zamieściła je, w komentarzu pod jednym z moich pierwszych postów na temat: "EKSPERYMENT - WALKA Z LĘKAMI". Pod tym samym postem Jotka napisała: "(...)dla mnie to nie są jakieś pojedyncze lęki, to jeden wielki lęk przed życiem (...)".

Kiedy układałam w głowie co napiszę na zakończenie mojego osobistego eksperymentu, miałam w głowie mnóstwo słów, pomysłów, treści - tego czym chciałam się dzielić, chwalić. 

118 dni minęło jak jedna chwila. 

Dziś wreszcie nadszedł ten dzień - 11 listopada. 
To dzień jaki obrałam sobie za datę kończącą ten projekt. Bo dokładnie 2 lata temu, 11 listopada 2015 powstał ten blog. Chciałam chyba postawić kropkę i zamknąć przeszłość w przeszłości. Ale to też dzień Niepodległości - czyli Wolności. I jak to było w całym dotychczasowym moim życiu, miałam ogromne plany, marzenia i pragnienia bycia wreszcie wewnętrznie wolną, ale byłam przekonana, że to nie wyjdzie, że w pewnym momencie odpuszczę, nie udźwignę tego co Nowe i nie wytrzymam presji stanięcia w oko w oko z przekleństwami jaki czaiły się w LĘKACH. 


Droga Jotko, miałaś w 100% rację, to nie były pojedyncze lęki a jeden wielki lęk przed życiem. Iwono, na szczęście Ty też miałaś rację, bo: 
PISZE DZIŚ DO WAS INNY CZŁOWIEK!

Jednak bardzo ciężko mi cokolwiek do Was napisać, bo całe te 118 dni walki z lękami uczyniły ze mnie kogoś naprawdę innego, kogoś WYJĄTKOWEGO DLA MNIE SAMEJ; kogoś, kto jeszcze nigdy nie był siebie tak świadomy jak teraz; kogoś kto nie szanował siebie tak mocno i głęboko jak teraz. 


Wszystko co odkryłam, każdy lęk z którym przyszło mi się zmierzyć - a wierzcie mi było ich naprawdę dużo, jakby odrywały ze mnie skorupę i pomału odsłaniały to kim naprawdę jestem. Na wierzch wyszła moja historia życia, wątki, sytuacje, które mnie ukształtowały a które tak mocno były skrępowane przez lęki. Historia, którą tak naprawdę nie chcę dzielić się ze światem, bo to wyraz mojego szacunku do osoby jaką naprawdę jestem... 



Każdy koniec jest początkiem, każda śmierć daje nadzieję odrodzenia. I to właśnie ŚMIERĆ  stanowiła matkę wszystkim moich lęków. Uciekałam od życia, bałam się życia - bo bałam się umrzeć. Bałam się ryzykować, niekiedy wychodzić z domu, bo bałam się, że zginę, że ktoś mnie zabije. Bo dla mnie jak się okazało śmierć nie była końcem, linią ciągłą, zimnym ciałem, pustką, odejściem. Śmierć była czymś, po czym dopiero wtedy będą działy się okropne rzeczy, będę bita, będę krzywdzona, będę zamykana w tych trzech komorach: piekła, czyśćca, nieba. 
Zrozumienie tego mechanizmu, było niewyobrażalne dla mnie, przerażająco smutne, bolesne ale uzdrawiające i kończące wewnętrzne poszukiwania przyczyn mojego lęku przed życiem. 




Może szukacie teraz powiązania, jakiegoś logicznego wytłumaczenia tak pojmowanej śmierci. Znajduje się ono na jednej wersalce i w NIEDOKOŃCZONYM PRZYTULENIU MOJEJ MAMY, gdy miałam 6 lat. Zbliżającym się niebezpieczeństwem czyli w oczach dziecka wręcz śmiercią, był pojawiający się w domu pijany tatuś. Wtedy będąc tulona przez mamę, zostawałam odstawiona na bok łóżka i zostawałam na tym łóżku sama. Widziałam ich kłótnie, łzy mamy i czułam mój strach.. A gdy mama wracała - nigdy nie kończyła przytulenia. Nigdy nie tuliła mnie, bo możliwe, że nigdy nie miała świadomości jaki potworny lęk towarzyszył mi w tamtych chwilach. 

I tak naprawdę matką moich lęków, było niedokończone przytulenie MAMY.
 Ja przez całe życie do teraz szukałam w każdym napotykanym człowieku - tego przytulenia. Nawet nie miłości, akceptacji ale PRZYTULENIA. Ja tak bardzo chciałam aby ktoś mnie mocno przytulił - ale tak naprawdę całe życie to moje wewnętrzne dziecko, czekało, że ta mama weźmie mnie z powrotem na swoje kolana, przytuli do piersi, będzie kołysać i śpiewać tym matczynym, dającym poczucie bezpieczeństwa głosem..
Przerażała mnie ta samotność na tym łóżku i patrzenie na to co dzieje się na moich oczach. Przerażało mnie to co dzieje się, gdy mama znika, gdy tracę mamę, gdy ona już mnie nie trzyma. Bałam się śmierci nie samej z siebie, ale bałam się tej samotności po śmierci i tego że nikt mnie nie uratuje, nie przytuli, nie podejdzie do mnie, jak wtedy na łóżku. 
Niewyobrażalna tęsknota i strach za mamą gdy coś strasznego się dzieje. 
Naprawdę niewyobrażalne i nieuświadomione w dorosłych życiu.
Do teraz....


Dlatego całe życie, wewnętrznie byłam dzieckiem. Nigdy dorosłą Kobietą. Dlatego w każdym towarzystwie, grupie ludzi, choćby w sklepie czułam się dzieckiem, które czeka aż mama je przytuli i da mu poczucie, że nic mu nie grozi...
 Kilka dni to opłakiwałam, kilka dni, nie byłam w stanie powstrzymać łez, ale potem poczułam jak przestaję uciekać; jak przestaję walczyć z tym życiem jak wkracza we mnie spokój, jakby ktoś włożył we mnie odpowiednią duszę, myśli, samoświadomość... 
Wtedy dorosłam. Pierwszy raz w życiu poczułam się w pełni dorosłą Kobietą. 

Zanim jednak doświadczyłam dorosłości i odkryłam przyczynę lęku przed śmiercią, dokonały się niejedne zmiany na wielu tak zróżnicowanych płaszczyznach.
Dwie z nich okazały się jednak najważniejsze.



 Ten eksperyment diametralnie zmienił moje podejście do macierzyństwa, do mojego synka, do mnie samej jako matki. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wreszcie jestem dumna z bycia Mamą; wreszcie udało mi się też zaakceptować jego niepełnosprawność i wznieść się ponad to, widząc w nim człowieka, dziecko, osobowość a nie jedynie chorobę. Wreszcie się tym cieszę i doceniam każdą chwilę. 


Ale przede wszystkim  zaakceptowałam moją niepłynność mowy. Od tamtego pamiętnego okresu powrotów ojca i bycia zsadzaną z uścisku mamy, zaczęłam się jąkać. Nie było to tak ciągłe i silne jak u typowego jąkały, ale ja uważałam siebie za potwora, kiedy tylko zdarzyło mi się zająknąć przed kimś. Jak niesamowicie naznaczyłam swoje życie jąkaniem, może świadczyć fakt, że w szkole średniej,  będą wyśmiewaną i gnębioną przez jedną z nauczycielek - próbowałam popełnić samobójstwo rzucając się pod pociąg. Na szczęście (dziś na szczęście)ktoś mnie uratował. Nigdy tego nie zaakceptowałam. Nigdy nie zaakceptowałam tej części mnie, która się jąka. Nienawidziłam siebie; nie dawałam sobie żadnych szans na prestiżową pracę, mimo skończonych dwóch wyższych uczelni; nie dawałam sobie szans na to, że ktokolwiek może mnie chcieć pokochać - całą pokochać, byłam przekonana, że takie coś jak ja, z tymi  zająknięciami nie da się pokochać..
To był jeden z największych lęków poza śmiercią z którym przyszło mi się zmierzyć a mierzyłam się z nim ponad miesiąc, każdego dnia. Mogę powiedzieć, że - tak, pokochałam siebie - całą, włącznie z tą moją częścią, której zdarzy się zająknąć. I wtedy świat się przede mną otworzył a ja sama weszłam na zupełnie inny poziom człowieczeństwa...

Ale najpiękniejsze w całym eksperymencie jest to: 
ŻE ANI RAZU SIĘ NIE PODDAŁAM; NIE ZREZYGNOWAŁAM.
Zdarzały się gorsze dni, chwile; zdarzały się momenty, kiedy stare myślenie chciało zniweczyć to czego dokonywałam - ale nie uległam.. 




Dzisiaj miałam brać udział w biegu na 10 km w Warszawie z okazji dnia Niepodległości. To miała być taka wisienka na torcie tego eksperymentu. Moje początki o których Wam pisałam, okazały się cudowną przygodą z bieganiem. Naprawdę to pokochałam, bieganie potem już nie męczyło, ludzie na bieżni czy w parkach nie straszyli, nawet nauczyłam się rozciągać przy innych. Udawało mi się jednorazowo pokonywać 5 km - i wtedy pewnego dnia wróciła kontuzja kolana. Ból był niedowytrzymania a dalsze bieganie stanęło pod ogromnym znakiem zapytania jak i cały bieg. Kolano odpoczęło. Po kilku dniach spróbowałam na nowo biec. Po 1,5 km ból powrócił. To było jedno z trudniejszych doświadczeń, bo poniekąd odczułam Porażkę, taką przez duże "P". Myślałam sobie, gdyby się to stało na początku, ale nie teraz, nie kiedy naprawdę to pokochałam i co buduje mnie wewnętrznie.. Tu też uroniła się niejedna łza. Ale potem zrozumiałam, że może i przegrałam z bieganiem ale wygrałam dorosłe myślenie i racjonalne podejście do życia. Odłożyłam bieganie, z ogromnym bólem serca ale odłożyłam. Za kilka dni mam wizytę u ortopedy a potem mam nadzieję z jego pomocą powrócić na bieżnię.. 

Dziś sobie tak myślę, że nie dobiegłam co prawda do mety biegu, ale przebiegłam jedną  z najtrudniejszych tras ludzkiego życia, jaka wiedzie przez największe lęki; 
 nie widziałam po drodze cyferek z mijanymi kilometrami ale za to stawałam w oko w oko, twarzą w twarz z tym wszystkim co od dziecka budziło przerażenie i od czego zawsze uciekałam. 



Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że gdy pojawia się nagle jakaś sytuacją stresogenna, gdy mózg w pierwszej chwili wysyła automatyczne przekaźniki strachu, gdy  ciało reaguje w ułamku sekundy lękiem, po chwili uświadamiasz sobie i dociera do ciebie, że: 
JA NIE MUSZĘ SIĘ TEGO JUŻ BAĆ... 
Uśmiechasz się wtedy i idziesz dalej...

zdjęcie z Internetu.

Co prawda to nie koniec mojego eksperymentu. Teraz czas na Fazę II "Świadome działanie". Bo gdy umysł został oczyszczony z tego całego brudu i wszystkiego co ciągnęło go w dół i w przeszłość, mogę wreszcie zacząć robić to co chciałam. I choć niektórych rzeczy nadal boje się robić, to o tyle mi łatwiej, że mam świadomość, czego tak naprawdę się boję i że to tylko strach... 

Dziękuję, że byliście przez cały czas ze mną. Dziękuję za wszystkie słowa wsparcia, zarówno podczas tego eksperymentu ale i całego naszego wspólnego blogowania. Staliście się dla mnie  bliscy, pod wieloma względami. 
Blog spełnił swoją funkcję. Stał się kropką, która kończy cały terapeutyczny czas i moje zmagania z przeszłością. Za niedługo go zablokuję. Jeśli zechcecie go zachować, skopiujcie link adresu (tak to chyba działa i dajcie znać, to dodam Was do odbiorców). Nie omieszkam zapewne założyć nowego, ale pokaże czas, dlatego się nie żegnam a jedynie dziękuję każdemu z Was za tą dwuletnią znajomość i wędrówkę zarówno w moim życiu i jak i moją obecność w Waszym. 

Niech ODWAGA będzie z Wami - tam gdzie panuję LĘK!
:)

PS. Stworzyłam też fabułę do mojej książki. Znalazłam temat,  bohaterów, nadszedł czas aby ich ożywić :) 


PS. Dziękuję szczególnie kilku osobom, które swoją obecnością, słowami i czynami były dla mnie wsparciem przez te ostatnie lata powrotu do tego "tu" i "teraz":

- mojej terapeutce Kasi Cz. - szczególnie za jej cierpliwość i przestrzeń w której pierwszy raz w życiu poczułam się akceptowalna;
- mojej terapeutce głosu Marcie P. - za jej ciepło i pokazanie mi, że mój głos ma w sobie ogromny potencjał a jąkanie tak naprawdę jest w głowie;
- Milenie Z. - za te wszystkie napisane słowa a była ich nieprzeliczona ilość; że mogłam upadać tak wiele razy przy niej a ona zawsze czekała a gdy za długo leżałam zawsze po mnie wracała..
- Agnieszce - mojej siostrze - nawet nie wie ile tak naprawdę jej zawdzięczam, zwłaszcza teraz, gdy widzę tę siostrzaną miłość, wolną od przeszłości. 

I choć nie pierwszemu, to dziękuję Bogu, że wysłuchał moich wieloletnich modlitw o moją wewnętrzną wolność. Szkoda tylko, że czekał z nią tak daleko i zgotował mi taką wyboistą drogą aby do niej dotrzeć. Teraz już wiem, że marzyć i prosić Boga trzeba z uwagą - bo marzenia i modlitwy się spełniają :)

21 komentarzy:

  1. Najważniejsze jest odnalezienie siebie tu i teraz. Dla siebie i swojego nowego życia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednak dopiero gdy się odnajdzie siebie, człowiek doświadcza jaki to ogromny skarb i zysk.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Bardzo cenne zwierzenia, wiele wyjaśniające. Jesteś dla mnie bohaterką, bo tylko tak to mogę nazwać.
    Udało Ci się i cokolwiek przed Tobą, na pewno dasz radę. Myślę, że każdy z nas ma jakieś lęki do pokonania, ale nie wszyscy sobie z nimi radzą.
    Życzę otwartej głowy, lekkiej duszy i wsparcia innych we wszystkim, co robisz :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do bohatera mi daleko, ale dziękuję, po tak wyczerpującej drodze takie słowa, mimo, że to tylko słowa budują :)

      Usuń
  3. A ja, podpisując sie pod tym, co napisała Jotka, zaproponuję tylko jedną zmianę, jednego słowa - bo moim zdaniem to nie jest tak, że Cisie udało - bo słowo "udało się" sugeruje przypadek. Ty to wypracowałaś. A to juz nie ma nic wspólnego z przypadkiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo, że to może egoizm w czystej formie, to tak właśnie było. Mało w tym było przypadku, choć czasami pragnęłam aby coś jakoś tak rozwiązało się samo. Niestety, albo stety do wszystkiego dochodziłam krok po kroku, mozolnie i samodzielnie. Ale było warto.
      Pozdrawiam Anno :)

      Usuń
  4. Ogromne zaskoczenie i podziw rozplywaja sie w mej glowie. Brawo!!!
    To wiecej niz myslalam, duzo wiecej...Co moge powiedziec- trzymam kciuki za dalsze dzialanie, za realizacje wszystkich pragnien tych wiekszych i mniejszych!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Lux:) Takie słowa naprawdę budują po tak długiej wędrówce. Wszystko co miłe przyda się też na kolejne etapy życia.
      PS. Ja też nie myślałam, że aż tyle się zmieni :)

      Usuń
    2. Wiesz, ciesze sie ze sie zmienilo i pewnie nadal zmiani/ a
      Fakt, ze zdecydowalas sie ten krok, to juz krok milowy! Gdy spojrzysz wstecz pomysl jakie nowe piekne jutro sie szykuje - i to wszystko zawdzieczasz sobie! Gratuluje jeszcze raz!

      Usuń
  5. Budzisz mój podziw, gratuluję ci z całego serca. Dokonałaś świadomie wielkiej rzeczy. Wiem o czym piszę, wiem, co czułaś i miałaś na myśli. Tym bardziej gratuluje i... przytulam cie mocno:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Iwono, Twoje słowa wiele znaczą dla mnie.
      A przytulenie odwzajemniam :)

      Usuń
  6. Swój bieg o siebie samą wygrałaś, chociaż jest to bieg, w którym biegnie się nieustannie, nawet po wygranej.
    Może ten ból kolana jest też sygnałem, że nie ze wszystkim trzeba się forsować? Albo jeszcze innym sygnałem, nie wiem jakim?
    Szkoda, że zamykasz blog, ale to jest bardzo logiczne rozwiązanie, po zakończeniu pewnego etapu. Mam nadzieję, że założysz nowy i będziesz pisać, bo niewiele w sieci jest miejsc takich, jak twoje, które skłaniają do przemyśleń, do spojrzenia w głąb siebie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawid, dziękuję za tak przychylne słowa odnośnie mojego bloga. Nie spodziewałam się, że tak jest odbierany. Raczej nie przestanę blogować, ale jeszcze sama nie wiem jakim torem to blogowanie pójdzie. Czas pokaże.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  7. Gratuluję!!
    Sporo udało Ci się osiągnąć przez te 2 lata. Swoimi wpisami motywujesz też innych do działania i do pokonywania swoich lęków i kompleksów.
    Co do biegania, to szkoda, że nie udało Ci się wystąpić w biegu na 10 km, ale z drugiej strony zdrowie jest najważniejsze i nie wszystko udaje nam się zmienić.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Maks za te słowa. Chciałam egoistycznie pomóc sobie tym blogiem a że udało mi się innych motywować do przekraczania granic komfortu - to nadprogramowe spełnienie marzeń.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  8. Chylę czoła i jestem pod ogromnym wrażeniem Twojego tekstu i opisanych w nim osobistych dokonań. Przytulam Cię mocno i trzymam kciuki za powodzenie na nowej drodze życia. Lubię czytać Twoje interesujące wpisy i powtórzę za Hegemonem - szkoda że zamierzasz zakończyć pisanie. Ale skoro taka Twoja decyzja, szanuję ją. Pozdrawiam serdecznie 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję.
      Najbardziej szczerze, nie zdawałam sobie sprawy, że mój blog jest odbierany w taki sposób, że pobudza do wewnętrznej dyskusji. Patrzyłam zupełnie inaczej na niego i na całe moje blogowanie, ale to dużo dla mnie znaczy. Zaczęłam wierzyć, że widocznie jest tak jak piszecie i zaczęłam inaczej podchodzić do mojego pisania w ogóle:)
      Ja również pozdrawiam Cię bardzo serdecznie :)

      Usuń
  9. Dziękuję losowi, że dane mi było zawitać w Twoje progi. Kibicuję Ci cały czas i nadal będę trzymać kciuki, byś zdecydowanie mogła na swojej drodze odrabiać lekcję za lekcją w drodze do osiągania kolejnego celu. Dziękuję Ci, że pozwoliłaś się poznać i mam nadzieję, do kolejnego spotkania na blogowym szlaku (czy też może wydawniczym - któż to wie?!). Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Wydawniczy szlak? Zabrzmiało tak DOROŚLE :) Nie ukrywam, że to jedno z moich odwiecznych marzeń. Na pewno dam znać jak aż tam dotrę a naprawdę w to wierzę, że dotrę właśnie tam;) Ja Tobie też dziękuję za obecność ale i za gościnę u Siebie. Człowiek tak naprawdę sam a przede wszystkim dla siebie za wiele by nie osiągnął, gdyby nie Ci Inni, którzy wędrują obok niego: bo ileż można samotnie przeżywać radość, szczęście, płakać czy zwyciężać. Jesteśmy sobie po prostu potrzebni, abyśmy mogli być Sobą :)
      Pozdrawiam.
      Niedługo przybędę z odwiedzinami.

      Usuń
  10. Wzruszający wpis...Taka przemiana, odrodzenie było Ci potrzebne. Teraz Twoje życie będzie pełniejsze i piękniejsze. Życzę Ci tego:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i odwzajemniam życzenia również dla Ciebie.
      :)

      Usuń

Dziękuję, że chcesz towarzyszyć w mojej osobistej wędrówce. Każde słowo pozostawione w tym miejscu, jest dla mnie ważne i cenne. Zapraszam i czuj się jak u Siebie :)